This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
12 krzeseł/02
| ←Rozdział I | 12 krzeseł Rozdział II written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow |
Rozdział III→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
Zgon pani Pietuchowej.
Klaudja Iwanowna leżała na wznak z rękami splecionemi pod głową. Na głowie miała jaskrawo - morelowy czepek. Kolor ten był ostatnim krzykiem mody w owych niepamiętnych czasach, gdy panie nosiły „Chanteclaire” i gdy zaczynał zaledwie wchodzić w modę argentyński taniec „tango”.
Twarz Klaudji Iwanowny była uroczysta, lecą nic się na niej nie malowało. Wzrok miała utkwiony w sufit.
— Klaudjo Iwanowno — szepnął Worobjaninow.
Teściowa poruszyła wargami, lecz zamiast zwykłych dźwięków przypominających głos trąby jerychońskiej, do których tak bardzo przywykł Hipolit Matwiejewicz, rozległ się cichy, słaby i tak żałosny jęk, że serce Hipolita Matwiejewicza drgnęło boleśnie i łza nakształt rtęci stoczyła się po jego obliczu.
— Klaudjo Iwanowna — powtórzył Worobjaninow — co wam dolega?
Lecz i tym razem nie otrzymał odpowiedzi. Stara przymknęła oczy i odwróciła się do ściany.
Do pokoju weszła cicho sąsiadka i wyprowadziła Worobjaninowa z pokoju.
— Lekarz zabronił wszelkich wzruszeń. Mój drogi, niech pan tymczasem idzie do apteki. Tu jest kartka i proszę konieczne zapytać o cenę pęcherzy do lodu.
Hipolit Matwiejewicz oddał się pokornie do dyspozycji pani Kuzniecowej, zdawał sobie bowiem sprawę z jej niezaprzeczalnej wyższości w tych sprawach.
Do apteki był spory kawał drogi. Hipolit Matwiejewicz zacisnął po sztubacku receptę w dłoni i wybiegł spiesznie na ulicę. Było już prawie ciemno. Na tle zachodzącego słońca odcinała się mizerna figurka mistrza Bezenczuka, który — oparty o sosnowe drzwi, posilał się chlebem z cebulą. Tuż obok przycupnęli trzej właściciele „Nimfy” i, oblizując łyżki, zajadali z żelaznego garnka gryczaną kaszę. Na widok Hipolita Matwiejewicza, karawaniarze stanęli na baczność. Bezenczuk wzruszył pogardliwie ramionami i burknął pod adresem konkurentów:
— Pętają się tu wciąż — a niech ich jasny piorun strzeli!
Hipolit Matwiejewicz, znużony już zlekka niezwykłą emocją, chodził zapamiętale po pokoju. Do głowy tłoczyły mu się same nieprzyjemne, związane z gospodarstwem myśli. Rozmyślał nad tem, że trzeba będzie zaciągnąć w kasie samopomocy pożyczkę, kłopotać się o popa i odpowiadać na kondolencyjne listy krewniaków. Aby się nieco rozerwać, wyszedł Hipolit Matwiejewicz na ganek. W zielonkawym blasku księżyca stał mistrz cechu karawaniarskiego.
— A więc, panie Worobjaninow? — spytał mistrz cechu, uchylając nisko kapelusza.
— A no, cóż robić... — ponuro odrzekł Hipolit Matwiejewicz.
— Czyż taka „Nimfa", a niech ją piorun strzeli, może zadowolnić klijenta? — gorączkował się Bezenczuk.
— Do kroćset! A to piła!
— Przepraszam. Słóweczko tylko rzekną wedle palm i. politury. Jak to wszystko najgodniej wyrychtować. Chyba pierwsza klasa? Co?
— Obejdzie się bez palm i bez politury. Zwykła drewniana trumna. Sosnowa. Rozumiesz?
Bezenczuk przyłożył palec do ust na znak, że wszystko rozumie, poczem odwrócił się i, mnąc w rękach kapelusz, poszedł, zataczając się, do siebie. Wtedy dopiero Hipolit Matwiejewicz zauważył, te mistrz karawaniarzy jest kompletnie zalany.
Hipolit Matwiejewicz znów się pogrążył w przerwanych na chwilą niewesołych myślach. Nie wyobrażał sobie poprostu, że będzie przychodził do opustoszałego, zaśmieconego mieszkania. Wydawało mu się, że śmierć teściowej położy nieodwołalnie kres temu, pożal się Boże, komfortowi, z takim wysiłkiem osiągniętemu po rewolucji, która unicestwiła istotny prawdziwy komfort. „Ożenię się chyba” — pomyślał Hipolit Matwiejewicz, — ale z kim? Z bratanką komendanta policji, z Barbarą Stiepanówną, czy też może z siostrą Prusisa? A może raczej przyjąć służącą? Ale, cóż znowu! Po sądach włóczyć mnie jeszcze gotowa. A i koszt przytem niemały”.
Hipolit Matwiejewicz ujrzał nagle życie w czarnych kolorach. Pełen żalu i nienawiści do świata, wrócił do domu.
Klaudja Iwanowna przestała majaczyć. Leżąc wysoko na poduszkach, spoglądała na Hipolita Matwiejewicza zupełnie przytomnie i, jak mu się wydawało, z pewną nawet surowością.
— Hipolicie — szepnęła dobitnie — siądź koło mnie. Muszę ci powiedzieć...
Hipolit Matwiejewicz niechętnie posłuchał wezwania. Wpatrując się w wychudłą, wąsatą twarz teściowej, próbował uśmiechnąć się i dodać chorej otuchy. Ale uśmiech całkiem mu się nie udał, a słów otuchy nie mógł w żaden sposób wykrztusić. Ze ściśniętej krtani wyrwało mu się tylko parę nieartykułowanych dźwięków.
— Hipolicie — powtórzyła teściowa — czy pamiętasz meble z naszego salonu?
— Jakie? — zapytał Hipolit Matwiejewicz z uprzedzającą grzecznością, możliwą jedynie wobec bardzo chorych ludzi.
— Te... Obite angielskim kretonem...
— Ach, u mnie w domu?
— Tak, w Starogrodzie.
— Pamiętam, doskonale pamiętam... kanapa, tuzin krzeseł i okrągły stolik na sześciu nóżkach. Meble były pierwszorzędne. Gambsa robota. A czemu o tem wspominacie?
Klaudja Iwanowna nie mogła odpowiedzieć. Twarz jej zaczęła zwolna nabierać ziemistego koloru. Hipolit Matwiejewicz poczuł nagle ni stąd, ni zowąd, że zapiera mu dech w piersiach. Uprzytomnił sobie plastycznie salon w swoim domu, rozstawione symetrycznie orzechowe, na giętych nóżkach meble, wywoskowaną posadzkę, stary, bronzowy fortepian i wizerunki dostojnych krewnych w czarnych, owalnych ramach.
Nagle Klaudja Iwanowna drewnianym, obojętnym głosem odezwała się:
— W obicie krzesła zaszyłam swoje brylanty.
Hipolit Matwiejewicz zerknął nieufnie na starą.
— Jakie brylanty? — spytał bezwiednie, lecz zaraz zorientował się. — Czyż nie zabrano ich wówczas, podczas rewizji?
— Zaszyłam brylanty w obicie krzesła — powtórzyła z uporem stara.
Hipolit Matwiejewicz zerwał się na równe nogi. Przyjrzał się uważnie kamiennej twarzy Klaudji Iwanowny, oświetlonej ubogą naftową lampą i zrozumiał, że stara nie majaczy.
— Brylanty! — krzyknął, przerażony siłą swego głosu. — W krześle! Kto wam to doradził? Czemu nie daliście ich mnie?
— Czyż mogłam ci dać brylanty? Roztrwoniłeś przecież majątek mojej córki — ze złośliwym spokojem rzekła stara.
Hipolit Matwiejewicz Siadł, lecz po chwili znów wstał, gwałtownie mu biło. W głowie zaczynało szumieć.
— Lecz wyjęliście je chyba stamtąd? Są tutaj?
Stara przecząco kiwnęła głową.
— Nie zdążyłam. Pamiętasz, jak szybko i nieoczekiwanie musieliśmy uciekać? Zostały tam w krześle, które stało między porcelanową lampką i kominkiem.
— Ależ to szaleństwo! Wykapana córka! — krzyczał Hipolit Matwiejewicz donośnym głosem i, nie licząc się już z tem, że znajduje się przy łożu konającego, z hałasem odsunął krzesło i począł biegać po pokoju.
Stara obojętnie obserwowała ruchy Hipolita Matwiejewicza.
— Czy macie choć blade pojęcie, dokąd te krzesła mogły zawędrować? A może wyobrażacie sobie, że stoją w moim salonie najspokojniej i czekają, aż przyjdziecie po swe precjoza?
Stara nie odrzekła ani słowa.
Ze złości spadły kierownikowi ZAGS-u binokle i mignąwszy złotą oprawką, spadły na ziemię.
— Jakto? Wsadzić w krzesło brylanty, wartości siedmdziesięciu tysięcy rubli? W krzesło, na którem niewiadomo kto siedzi.
Lecz w tej chwili Klaudja Iwanówna załkała i całem ciałem oparła się o brzeg łóżka. Ręka jej, zakreślając w powietrzu półkola, starała się schwycić Hipolita Matwiejewicza, lecz natychmiast opadła bezwładnie na fioletową kołdrę.
Hipolit Matwiejewicz, wydając okrzyki przerażenia, pobiegł do sąsiadki.
— Zdaje się, że umiera.
Sąsiadka przeżegnała się z powagą, i, nie dorywając swej ciekawości, wraz z mężem, brodatym agronomem pobiegła do domu Hipolita Matwiejewicza. On sam, oszołomiony, zabrnął zaś aż do miejskiego parku.
I podczas gdy rodzina agronoma, wraz ze służącą, robiła porządki w pokoju zmarłej, Hipolit Matwiejewicz błądził po parku. Pozbawiony okularów, potykał się o ławki i brał zastygłe we wczesnej, wiosennej miłości zaskoczone parki za zwykłe krzaki.
Co za cudeńka działy się w głowie Hipolita Matwiejewicza! Szumiały tam chóry cygańskie, piersiste damskie orkiestry bezustannie grały „tango”; marzyła mu się zima moskiewska i czarny rasowy koń, parskający wzgardliwie na pieszych przechodniów. Wiele rzeczy rysowało się w wyobraźni Hipolita Matwiejewicza: i pomarańczowe, olśniewające, drogie kalesony i lokajska wierność i możliwość wycieczki do Tuluzy.
Chóry cygańskie umilkły.
Hipolit Matwiejewicz zwolnił kroku i naraz potknął się o ciało mistrza cechu karawaniarskiego Bezenczuka. Mistrz spał, leżąc w kożuchu wpoprzek ścieżki. Potrącony, przebudził się, kichnął i raźnie wstał.
— Bez obawy, panie Worobjaninow — powiedział z przekopaniem, kończąc jak gdyby zaczętą poprzednio rozmowę — trumna, panie, pracy wymaga.
— Klaudja Iwanowna umarła — oznajmił klijent.
— Świeć. Panie, nad jej duszą — przytwierdził Bezenczuk.
— A więc staruszka zasnęła w Panu. Staruszki zawsze w Panu zasypiają. Albo duszę Bogu oddają. To już zależy od tego, jaka staruszka. Wasza, na ten przykład, mała i gruba, a więc zasnęła w Panu. A na ten przykład, która jest większa i szczuplejsza — o takiej powiadają, że Bogu duszę oddaje...
— Jakto, powiadają? Któż tak powiada?
— Ano niby my. Majstrowie... Ot, Pan, na ten przykład, mężczyzna okazały, wysokiego wzrostu, chociaż chudy. Jeżeli Pan, nie daj Boże, umrze, to powiadają, że Pan świat pożegnał. A jeżeli jakiś handlowiec, dawny kupiec pierwszej gildy, to powiada się, że opuścił nas na wieki A jeżeli ktoś jest na niższem stanowisku, jeżeli jest naprzykład stróżem, albo ze wsi pochodzi o takim mówi się, że wykopyrtnął się, albo kitę odwalił. Lecz gdy umierają ci dygnitarze, konduktorzy kolejowi, lub też naprzykład, jakaś władza, to nazywa się, że kiwnęli. Tak właśnie mówi się o nich: „A dyszałeś, że nasz X. kiwnął?”
Zdumiony tą, dość dziwaczną klasyfikacją śmierci ludzkich, Hipolit Matwiejewicz zapytał:
— No, a gdy ci się zemrze, jak o tobie majstrowie powiedzą?
— Ja jestem taki sobie, niepozorny człeczyna. Powiedzą: — „Zmarło się Bezenczukowi'”. I nic więcej nie rzekną.
Tu dodał surowo:
— O mnie nikt nie powie, że kiwnąłem, albo, że pożegnałem ten świat. Jestem wątłej budowy. A jakże będzie z trumną, panie Worobjaninow? Czyżby kazał pan zrobić trumnę bez palm i politury?
Lecz Hipolit Matwiejewicz zatonął znów w rozkosznych marzeniach i ruszył naprzód, nie odpowiadając ani słowa. Bezenczuk kroczył tuż za nim, obliczając coś na palcach i mrucząc swoim zwyczajem.
Księżyc już dawno zaszedł. Powiał zimowy chłód. Kałuże znów zaszkliły się, kruchym, jak wafle, lodem. Na ulicy „tow. Biurokracego“, gdzie znaleźli się nasi przyjaciele, wicher walczył z szyldami. Od strony Staropanieńskiego placu, wśród dźwięków, podobnych do zgrzytu opuszczanej rolety, jechał tabor strażacki na mizernych koniach.
Strażacy w hełmach, spuściwszy z platformy nogi, kiwali głowami do taktu i śpiewali obrzydliwie fałszując:
„Chwała naszemu ogniomistrzowi,
Naszemu drogiemu towarzyszowi Nasosowowi sła-a-awa!”
— Na ślubie Kolki, syna ogniomistrza hulali — obojętnie oznajmił Bezenczuk i podrapał pierś pod kożuchem. — Więc, czyżby doprawdy zrobić bez politury i wszelakich ozdób?
Właśnie w tej chwili Hipolit Matwiejewicz zadecydował: „Pojadę — postanowił, — znajdę. A potem zobaczymy”. I wśród tych różowych perspektyw, nawet nieboszczka teściowa wydała mu się sympatyczniejszą, niż była w istocie. Zwrócił się do Bezenczuka:
— Niech cię kule biją! A niech już będzie politurowana! Z palmami!