This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
12 krzeseł/30
| ←Rozdział XXIX | 12 krzeseł Rozdział XXX written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow |
Rozdział XXXI→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
Wygnanie z raju.
Hipolit Matwiejewicz wziął w rozdygotane dłonie płaską drewnianą skrzyneczkę. Ostap zaś po ciemku grzebał dalej w krześle. Błysnęło światło Latarni morskiej. Złocisty słupek odbił się w wodzie i popłynął za parowcem.
— Kie licho! — rzekł Ostap. — Nic więcej niema!
Worobjaninow z zapartym tchem padł na kolana i zanurzył po łokieć rękę w krześle. Poczuł między palcami deski, do których przymocowane były sprężyny. Nic twardego więcej nie było. Krzesło wydawało suchą szkaradną woń nieruszanego długo kurzu.
— Niema? — spytał Ostap.
— Niema.
Wtedy Ostap podniósł krzesło i wyrzucił je hen za burtę. Słychać było ciężki plusk. Spólnicy, dygocąc w skutek nocnego chłodu, wrócili rozczarowani do swej kajuty.
— Tak! — rzekł Bender. — Coś niecoś jednak znaleźliśmy.
Hipolit Matwiejewicz wydostał z kieszeni skrzyneczkę i osowiale spojrzał na nią.
— Dawajcie, dawajcie! Czego wybałuszacie ślepia?
Otworzyli skrzynkę. Na dnie jej leżała miedziana spleśniała blaszka z napisem:
Napis ten przeczytał Ostap głośno.
— A gdzież są brylanty? — spytał Hipolit Matwiejewicz.
— Podziwiam waszą domyślność, kochany łowco taburetów — brylantów, jak widzicie, niema.
Na Worobjaninowa żal było poprostu patrzeć. Wąsy, które zdążyły już odrosnąć, zaczęły się poruszać, szkła okularów powlekły się mgłą. Wydawało się, że z rozpaczy bije się wąsami po twarzy.
Zimny, rozważny głos wielkiego kombinatora wywarł zwykły magiczny skutek. Worobjaninow stanął na baczność i umilkł.
— Cicho, Kiso, ukój żal swój! Nadejdzie jeszcze chwila, gdy śmiać się będziemy z głupiego ósmego krzesła, w którem znaleziemy idjotyczną deszczułkę. Nie poddawajcie się. Są tu jeszcze trzy krzesła — dziewięćdziesiąt dziewięć na sto!
W ciągu nocy na policzku strapionego okrutnie Hipolita Matwiejewicza wyskoczył pryszcz. Wszystkie cierpienia, wszystkie niepowodzenia, wszystkie męki pościgu za brylantami — wszystko to, zdawało się, skoncentrowało się w tym pryszczu i mieniło się teraz różem, fjoletem i błękitem.
— Czy to umyślnie tak ? — spytał Ostap.
Hipolit Matwiejewicz ciężko westchnął i wysoki, zlekka pochylony, poszedł po farby. Zaczęło się szykowanie transparentu. Wspólnicy pracowali na głównym pokładzie.
I zaczął się trzeci dzień podróży.
Zaczął się od krótkiej zwady między orkiestrą dętą a realizacją dźwiękową o miejsce na próby.
Po śniadaniu jednocześnie z dwóch stron udali się na tył okrętu krzepkie zuchy z miedzianemi trąbami i chudzi rycerze Esmarchowskich opasek. Pierwszy zdążył usiąść na ławie Gałkin. Następnie przybiegł klarnet z dętej orkiestry.
— Zajęte — oznajmił ponuro Gałkin.
— Przez kogo? — spytał złowrogo klarnet.
— Przezemnie, Gałkina.
— I jeszcze przez kogo?
— Przez Pałkina, Małkina, Chałkina i Załkinda.
— A Jałkina niema czasem u was? To jest nasze miejsce.
Z obu stron nadeszły posiłki. Trzykrotnie opasany miedzianym wężem, stał helikon — najpotężniejsza machina w orkiestrze. Kołysała się zwolna waltornia. Trombony stały gotowe do boju. Słońce przeglądało się w rynsztunku bojowym.
Szaro i mizernie wyglądała realizacja dźwiękowa. Migotało gdzieniegdzie szkło butelek, połyskiwały blado lewatywy. Saksofon — oburzająca parodja instrumentu dętego, ekstrakt nasienny z prawdziwej trąby — miał wygląd nader żałosny.
— Ten zafajdany bataljon — zaczął przekorny klarnet — miejsce chce nam sprzątnąć.
— Banda z pod ciemnej gwiazdy — zauważył pogardliwie pierwszy bas.
— Wy — rzekł Załkind, starając się znaleźć najbardziej obraźliwe przezwisko — wy, wy, konserwatorzy muzyki!...
— Nie przeszkadzajcie nam podczas próby!
— To wy nam przeszkadzacie!
— Bo to wam można przeszkadzać! Im mniej prób odbywa się na waszych nocnikach, tem ładniej wychodzi.
— A na waszych samowarach z próbą, czy bez próby — uszy puchną.
Nie osiągnąwszy porozumienia, obie strony pozostały i uparcie zaczęły grać — każda swoje. Popłynęły w dół rzeki dźwięki, które mógłby chyba jedynie wydać tramwaj, ruszający się zwolna po szkle. Orkiestrowicze grali marsz Keksholmskiego pułku gwardyjskiego, a realizacja dźwiękowa — taniec murzyński „Antylopa u źródeł Zambezi”. Kres skandalowi położyła osobista interwencja prezesa komisji pożyczkowej.
Dnia tego parowiec zatrzymał się dwukrotnie. W Kazmodiejańsku stał aż do zmierzchu. Odbyły się zwykłe ceremonje: wstępny miting, ciągnięcie loterji, występ teatru Kolumba, bałałajka i tańce na wybrzeżu. Przez cały ten czas pracowali wspólnicy w pocie czoła. Kilkakrotnie zaglądał do nich zawchoz i, otrzymawszy zapewnienia, że do wieczora wszystko będzie skończone, wracał spokojnie do swych bezpośrednich prac.
O godzinie 11-ej wielka praca była skończona. Cofając się w tył, Ostap i Worobjaninow zanieśli transparent w stronę kapitańskiego mostku. Przed Worobjaninowem, z rękami wzniesionemi ku gwiazdom, biegł grubas — kierownik gospodarczy. Wspólnemi siłami przymocowano transparent do poręczy. Górował nad pasażerskim pokładem, wyglądał jak ekran. W ciągu pół godziny przeprowadził elektrotechnik do wnętrznej strony transparentu druty elektryczne i ustawił wewnątrz trzy lampki. Trzeba było tylko przekręcić taster.
Przed statkiem po prawej stronie migotały już ognie miasta Wasjuki.
Na uroczystość iluminacji transparentu zwołał zawchoz wszystkich mieszkańców parowca. Hipolit Matwiejewicz i wielki kombinator, stając po bokach nieoświetlonego jeszcze transparentu, przyglądali się ciekawym zgóry.
Każde wydarzenie na parowcu wywoływało w pływającej instytucji nader żywy oddźwięk. Maszynistki, gońcy, odpowiedzialni pracownicy, kolumbowcy i komenda parowca — stłoczyli się na pokładzie pasażerskim i, zadarłszy głowy, gapili się na transparent.
— Już — zakomenderował grubas.
Transparent rozświetlił się.
Ostap spojrzał na dół w tłum. Różowawe światło padało na twarze. Widzowie śmieli się. Potem zaległa cisza. I surowy głos z dołu spytał:
— Gdzie zaw-choz?
Głos był tak władczy, że zawchoz, nie licząc stopni, zbiegł na dół.
— Spojrzyjcie — rzekł głos — podziwiajcie waszą robotę!
— Zaraz nas stąd wykurzą! — szepnął Ostap do Hipolita Matwiejewicza.
Jak jastrząb wpadł na górny pokład grubas.
— No, jak wypadł transparencik? — spytał bezczelnie Ostap. — Udał się?
— Zabierajcie manatki — wrzasnął zawchoz.
— Dlaczego taki gwałt?
— Za-bie-raj-cie manatki! Żeby mi tu śladu po was nie było!
— Bardzo wam z tem, grubasku, do twarzy.
— Precz!
— Tak? A odprawa?
— Pod sąd pójdziecie! Nasz naczelnik nie lubi żartować.
— Wypędźcie go! — rozległ się na dole władczy głos.
— Doprawdy, nie podoba się wam transparent? Uważacie, że to kiepski transparent?
Nie miało najmniejszego sensu prowadzić dalej gry. „Skrjabin” przybił już do Wasjuków i z parowca można było widzieć oszołomione twarze stłoczonych na brzegu wasjukińców. Wypłaty pieniędzy kategorycznie odmówiono. Na wyniesienie się wyznaczono pięć minut.
— Koński przemysł! — odezwał się Symbijewicz - Syndejewicz, gdy wspólnicy schodzili na przystań. — Trzeba było mnie powierzyć realizację transparentu. Takbym go zrobił, że żaden Meyerhold nie dorównałby mi.
Na przystani wspólnicy przystanęli i popatrzyli w górę.
Na tle czarnego nieba świecił się transparent.
— T-tak — rzekł Ostap — transparencik dość cudaczny. Kiepskie wykonanie!
Rysunek, chlaśnięty ogonem nieposłusznego muła, wydawałby się w porównaniu z transparentem Ostapa, skarbem muzealnym. Zamiast siewcy, rozrzucającego obligacje, narysował Ostap jakiś kloc z głową cukru i cienkiemi biczyskami - rękoma.
Za wspólnikami został parowiec pełen światła i hucznej muzyki, a przed nimi, na wysokim brzegu, była ciemność małomiasteczkowej nocy, ujadanie psów i dźwięki dalekiej harmonji.
— Krótkie resume naszej sytuacji — rzekł Ostap zuchowato — passywa: ani grosza w kieszeni, trzy krzesła odpływają w dal, niema gdzie nocować i niema ani jednego znaczka na komitet pomocy dzieciom. Aktywa: przewodnik po Wołdze z 1926 roku (trzeba było z konieczności pożyczyć go sobie z kajuty monsieur Symbijewicza). Bilans bezdeficytowy bardzo trudno przeprowadzić. Nocować trzeba będzie na przystani.
Wspólnicy rozłożyli się na ławkach. Przy podłem świetle naftowej latarni przeczytał Ostap z przewodnika:
„Na prawym, wysokim brzegu miasto Wasjuki. Wywożą stąd produkty leśne, smołę, łyko, rogoże, a przywożą przedmioty codziennego użytku dla okolic, odległych o 50 kilometrów od kolei, mieszkańców 18.000, państwowa fabryka tektury, zatrudniająca 320 robotników, mała odlewnia żelaza, browar i garbarnia. Z zakładów naukowych, oprócz szkół ogólno-kształcących, szkoła gospodarstwa leśnego”.
— Sytuacja znacznie poważniejsza, niż przypuszczałem, — rzekł Ostap. — Wydębienie od wasjukinców pieniędzy wydaje mi się, jak dotąd, zadaniem ponad siły. A potrzeba nam conajmniej trzydziestu rubli. Po pierwsze — musimy odżywiać się, a po drugie — musimy wyprzedzić tę loteryjną balję i spotkać się z kolumbowcami na lądzie — w Carycynie.
Hipolit Matwiejewicz zwinął się w kłębek, jak stary chudy kot po utarczce z młodym rywalem — pełnym temperamentu władcą dachów, strychów i facjat.
Ostap przechadzał się pomiędzy ławkami, rozważając coś w duchu i kombinując wszelakie możliwości.
O pierwszej w nocy wspaniały plan był gotów. Bender położył się obok spólnika i zasnął.