This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Niezwykła przygoda misji Barsaca/I/05

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział IV Niezwykła przygoda misji Barsaca • Wyprawa w głąb Afryki • Tom I. Rozdział V. • written by Juliusz Verne Rozdział VI→
←Rozdział IV Niezwykła przygoda misji Barsaca
Wyprawa w głąb Afryki
Tom I. Rozdział V.
written by Juliusz Verne
Rozdział VI→
Uwaga! Tekst wydano w 1929 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ V.

DRUGA KORESPONDENCJA PANA AMADEUSZA FLORENCE.


Drugi artykuł pana Amadeusza Florence ukazał się dnia 18-go stycznia. Poniżej podajemy jego treść w całości.


WYPRAWA POSŁA BARSAC’A.
(Od naszego specjalnego korespondenta).
Czas leci. — Mój gość. — Balet. — Popełniam niedyskrecję. — Cudowny połów pana de Saint-Bèrain. — Boruja. — Niezwykłe dowody czci. — Timbo! stracone dwie doby. — Jarmark. — Dauheriko. — Różowe życie na czarnym lądzie. — Czyżby pan Barsac miał rację? — Zagadka do rozwiązania.

Dauheriko 16-go grudnia. Od czasu ostatniego mego artykułu, pisanego wieczorem przy niepewnem świetle latarni w pierwszym dniu naszej podróży, nic szczególnego nie zaszło, dlatego dotąd nie pisałem. Posuwamy się zwolna, ale szczęśliwie.

Dnia 2-go grudnia o 5-ej rano zwinęliśmy obóz i gromada nasza, powiększona o jedną osobę — a może zgodnie z teorją, że jeden biały wart dwóch czarnych, nazwać ją pół-osobą? — ruszyła w drogę.

Jednego osła przydzielono Malice, a bagaż, który dźwigał, rozdzielono między pozostałe zwierzęta. Młodociana murzynka, jak przystoi dziecku w jej wieku, zda się już nie pamiętać minionych nieszczęść. Śmieje się bez przerwy. Szczęśliwa młodość!

W dalszym ciągu posuwamy się drogą równą i wygodną, to też poza kolorem skóry ludności i nędznym krajobrazem nic nam nie przypomina, że już dawno opuściliśmy Francję.

Krajobraz ten istotnie nie jest piękny. Mijamy okolicę jednostajnie płaską, gdzieniegdzie tylko zlekka sfalowaną umiarkowanemi wyniosłościami na północy. Gdzie okiem sięgnąć, wszędzie karłowata roślinność, mieszanina przysadzistych krzewów i traw, dwa do trzech metrów wysokich, wspólnem mianem dżungli objęta. Od czasu do czasu kępa nędznych drzew, wyniszczanych stale pożarami, których pastwą regularnie padają stepy w okresach suszy. Zrzadka skrawki uprawnych pól, w gwarze tubylczej „luganami“ zwane, otoczone okazalszemi drzewami.

Znajdujemy się właśnie wpobliżu jakiejś wioski. Wioski te nazywają się najdziwaczniej: Fongumbi, Manfuru, Kafu, Ussu i t. p.

Z pośród przeróżnych nazw wiosek jedna szczególniej nas ubawiła. Ta ważna miejscowość, którą już dawno zostawiliśmy za sobą, położona jest na granicy angielskiej Sierra Leone i ochrzczona jest mianem Tassin. Naszego dostojnego geografa rozpierała nielada duma, gdy odkrył w odległości stu trzydziestu sześciu kilometrów od Konakry wioskę swego imienia.

Ludność tubylcza wita nas z sympatją i sprawia wrażenie gromady istot bezbronnych. Nie przypuszczam, żeby posiadali inteligencję Victora Hugo, lub Pasteura, ale ponieważ, jak to wykazało wieloletnie doświadczenie, inteligencja nie jest koniecznym warunkiem zdobycia praw wyborczych, więc być może, iż słuszność jest po stronie pana Barsac’a.

Zbyteczne byłoby dodawać, że przewodniczący wyprawy zatrzymuje się w najnędzniejszych wioszczynach rozprawia z ich mieszkańcami.

Niezależnie od niego poseł Baudrieres zbiera materjały i prowadzi badania, ktorych wyniki mają poprzeć jego krańcowo odmienną opinję.

Jak to łatwo przewidzieć, panowie Baudrières i Barsac dochodzą na podstawie tych samych obserwacyj do wręcz przeciwnych wniosków i obaj są z siebie zadowoleni. W ten sposób wszyscy mają, czego chcieli. Wszystko układa się jak najlepiej.

W krótkim stosunkowo czasie przebywamy następujące rzeki, lub posuwamy się z ich biegiem: Forekarjah, Mellakore, Skarje, Kaba, Diegunko i t. d. i zwiedzamy dolinę za doliną. Wszystko to nie jest zbyt zajmujące.

Próżnobym szukał w moich notatkach, nic godnego uwagi nie zaszło przed dniem 6-ym grudnia, kiedy to pan de Saint-Bèrain, który wierzę, iż wkrótce stanie się moim najserdeczniejszym przyjacielem, rozweselił mnie przygodą, która i was, jak przypuszczam, ubawi.

Tego wieczoru rozbiliśmy obóz wpobliżu wioski Ualia, nieco większej od napotykanych poprzednio. We właściwej porze wracam do mego namiotu, aby udać się na spoczynek. Wpadam tu na pana de Saint-Bèrain rozebranego do bielizny. Ubranie jego porozrzucane jest w nieładzie. Łóżko jest posłane. Od pierwszego rzutu oka zdaję sobie sprawę, że pan de Saint-Bèrain zamierza u mnie nocować. Zatrzymuję się na progu namiotu i przyglądam się memu nieoczekiwanemu gościowi.

Saint-Bèrain nie zdaje się być zaskoczonym moją obecnością. Zresztą nie dziwi się on nigdy niczemu, jest bardzo zajęty, w ciągłym ruchu, myszkuje wszędzie, nawet w mojej walizie, którą otworzył i której zawartość wysypał na ziemię. Ale nie znalazł tego, czego szukał, i to go wprowadza w gniew. Zwraca się w moją stronę i nie dziwiąc się wcale, skąd się tu wziąłem, oznajmia z przekonaniem:

— Nie znoszę ludzi roztargnionych. To jest klęska.

Przytakuję bez zająknienia:

— Klęska... Ale cóż się panu przytrafiło, drogi panie de Saint-Bèrain?

— Niech pan sobie wyobrazi — brzmi odpowiedź — że nie mogę znaleźć mojej pyjamy. Założę się, że to bydlę Czumuki zapomniał jej na ostatnim postoju. Wesoła historja!

Podaję mu myśl:

— A może znajdzie pan zgubę w swojej walizie?

— W mojej...

— Bo ta należy do mnie, drogi przyjacielu, podobnie zresztą, jak ten namiot gościnny i to dziewicze łoże.

Pan de Saint-Bèrain oniemiał z przerażenia. Nagle uświadomił sobie swoją pomyłkę, zbiera pośpiesznie rozrzucone części ubrania i ucieka, jakgdyby go gonili ludożercy. Ja zaś siadam na mojem łóżku i zanoszę się od śmiechu.

Cóż za kapitalny typ!

Nazajutrz, dnia 7-go grudnia, gdyśmy po marszu rannym zabierali się właśnie do jedzenia, zauważyliśmy kilku murzynów, którzy śledzili nasze ruchy. Kapitan Marcenay rozkazał swoim ludziom odpędzić ich od obozu. Rozbiegli się, ale po chwili wrócili.

— „Wypędzisz krajowca jednemi drzwiami — powróci drugiemi“ — uważał za stosowne powiedzieć przy tej sposobności doktór Chatonnay, który miał zwyczaj rzucania na czasie, a jeszcze częściej nie na czasie aforyzmów, przeważnie pozbawionych sensu. Ale któż z nas jest bez wad?

Morilire wysłany z wywiadem oznajmił nam, że ci murzyni w liczbie dziesięciu są handlarzami i czarodziejami i nie mają żadnych wrogich względem nas zamiarów, pragną tylko jedni sprzedać nam swoje towary, inni dostarczyć rozrywki przy pomocy swojej wiedzy magicznej.

— Pilnujcie kosztowności — polecił, śmiejąc się poseł Barsac — i wprowadźcie ich do sali jadalnej.

Zbliżyli się więc ci czarnoskórzy włóczykije, prześcigający się wzajemnie w brzydocie i brudzie, przysięgli próżniacy, znający wszystkie rzemiosła, a właściwie nie znający się na niczem. Są to wędrowni sprzedawcy, którzy wyrabiają garnki, tanie ozdoby, koszyki, sprzedają tkaniny, a zwłaszcza owoce kola, których kupiliśmy spory zapas. Znane są własności podniecające tego owocu, który doktór Chatonnay nazywa „produktem oszczędnościowym “. Byliśmy uszczęśliwieni, że udało nam się zdobyć większą jego ilość, wzamian za trochę soli. W okolicach, które przebywamy, sól jest rzadkością i skutkiem tego jest wprost bez ceny. Wartość jej wzrośnie jeszcze w miarę, jak się będziemy oddalali od wybrzeża. Wiedząc o tem, wieziemy ze sobą kilka baryłek soli.

Zkolei wezwaliśmy kuglarzy i kazaliśmy im uczcić naszą miłą towarzyszkę podróży najpiękniejszą pieśnią czarnoskórych trubadurów. Było ich dwóch. Pierwszy trzymał w ręku gitarę. Coż to za przedziwna gitara! Proszę sobie wyobrazić tykwę przeciętą trzema bambusowemi deseczkami, z których każda zaopatrzona jest w strunę z jelit baranich. Instrument ten nosi nazwę dianne.

Drugi magik, starzec dotknięty zapaleniem oczu, co tu jest zjawiskiem codziennem, uzbrojony był w rodzaj fletu, po bambaryjsku „fabresoro“ zwanym. Jest to zwykły kawałek trzciny, do której każdego końca przytwierdzona była mała tykwa.

Koncert rozpoczyna się. Stary murzyn, którego jedyny strój stanowił rodzaj płóciennego paska, założonego na biodra, zaczyna tańczyć, gdy jego towarzysz nieco dokładniej okryty długą bluzą odrażająco brudną, zwaną „doroke“, siada na ziemi, potrąca struny gitary i wydaje gardlane okrzyki, które miały być, przynajmniej ja tak sądzę, śpiewem, skierowanym do słońca, księżyca, gwiazd i do panny Mornas.

Małpie ruchy jednego, niemiłosierne wycie drugiego, dziwaczne dźwięki, jakie obaj wirtuozi wydobywali ze swych instrumentów, podnieciły naszych poganiaczy osłów. Porzucili oni proso, ryż i kukurydzę i zorganizowali balet, który był widowiskiem niecodziennem.

Zachęceni przykładem, uzbroiliśmy się w garnki i rondle, w które uderzaliśmy metalowemi łyżkami i widelcami, pan de Saint-Bèrain stłukł talerz, używając jego odłamków, jako kastanietów i wraz ze mną zaimprowizował fantastyczny taniec fandango; poseł Barsac — mam że wyznać prawdę? — stracił zupełnie panowanie nad sobą, zrobił sobie turban z serwetki i, ku zgorszeniu Baudrières’a, czcigodnego posła północnych departamentów, wykonywa z temperamentem prawdziwego południowca jakieś fantastyczne pas. Jazz-band w całej pełni.

Każda przyjemność i dobra zabawa ma jednak swój koniec. Po pięciu minutach tej kociej muzyki zatrzymaliśmy się znużeni. Panna Mornas płakała ze śmiechu.

Wieczorem tego samego dnia popełniony został przez niżej podpisanego Amadeusza Florence grzech, do którego przyznałem się w nagłówku niniejszej korespondencji. Prawdę mówiąc, jest to grzech, który popełniam często, gdyż zbytnia ciekawość jest mniej sympatyczną cechą wszystkich reporterów.

Tego więc wieczoru, w którym przypadek umieścił mój namiot obok namiotu panny Mornas, usłyszałem, kładąc się już na spoczynek, rozmowę mojej sąsiadki. Zamiast zatkać sobie uszy, słuchałem. Na tem polega moja wina.

Panna Mornas gawędziła ze swoim służącym Tonganem, który jej odpowiadał łamaną angielszczyzną. Tłumaczę tę rozmowę dla przyjemności mych czytelników na poprawny język francuski. Rozmowa przypuszczalnie trwała już długo. Panna Mornas wypytywała Tongana o jego przeszłość. W chwili gdy zacząłem podsłuchiwać, pytała:

— W jakiż sposób Aszanti taki, jak ty...

Patrzcie państwo! Tongano nie jest bambaryjczykiem. Nie przypuszczałbym tego nigdy.

...stał się strzelcem senegalskim? Już raz mi to wyjaśniłeś przy zawieraniu umowy, ale zapomniałam.

Nie wiem, czy to moje przywidzenie, ale zdaje mi się, że panna Mornas nie jest szczera. Tongano odpowiada:

— Stało się to po awanturze z Buxton’em...

Buxton?... To nazwisko nie jest mi obce. Ale skądże je znam? Słuchając, wciąż szukałem we wspomnieniach.

— Brałem udział w jego wyprawie — ciągnął Tongano — kiedy Anglicy przyszli i zaczęli nas ostrzeliwać.

— Czy wiesz, dlaczego strzelali? — pyta panna Mornas.

— Bo kapitan Buxton zbuntował się, łupił i mordował ludzi.

— Czy to jest prawda?

— Szczera prawda. Palono wioski. Zabijano biednych murzynów, kobiety i małe dzieci.

— I temi okrucieństwami kierował kapitan Buxton? — nalega w dalszym ciągu panna Mornas, której głos wydaje mi się zmieniony.

— Nie — odpowiada Tongano. — Nie widziano go nigdy. Nie opuszczał zupełnie swego namiotu od chwili przybycia innego białego. Ten nowy biały wydawał rozkazy w imieniu kapitana.

— Długo był wśród was ten nowy przybysz?

— Bardzo długo. Pięć do sześciu miesięcy, a może i więcej.

— Gdzieście go spotkali?

— W dżungli.

— A kapitan Buxton, czy przyjął go bez trudności?

— Ciągle byli razem, aż do dnia, w którym kapitan przestał wychodzić z namiotu.

— Przypuszczalnie od tego dnia rozpoczęły się okrucieństwa?

Tongano waha się.

— Nie wiem — wyznaje wkońcu.

— Czy przypominasz sobie nazwisko tego białego?

W tej chwili jakiś hałas z zewnątrz zagłuszył głos Tongana. Nie wiem więc, co odpowiedział. W gruncie rzeczy jest mi to obojętne. Historja ta straciła już dawno na aktualności i dlatego mało mnie obchodzi.

Panna Mornas podejmuje na nowo:

— Co stało się z tobą, gdy Anglicy zaczęli strzelać?

— Mówiłem to już pani w Dakar, gdzie mnie pani najęła — odparł Tongano. — Wraz z wielu innymi uciekłem ze strachu i skryłem się w dżungli. Gdy poźniej wróciłem, nie było już nikogo na miejscu walki. Pozostali tylko polegli. Pochowałem kilku moich przyjaciół, a także szefa, kapitana Buxton’a...

W tem miejscu usłyszałem wyraźnie zdławiony okrzyk.

— Potem — ciągnął Tongano — włóczyłem się od wioski do wioski, aż dotarłem do Nigru. Przebyłem go w łódce skradzionej i dostałem się wreszcie do Tombuktu, właśnie gdy wkraczali tam Francuzi. Prawie pięć lat straciłem na tę podróż. W Tombuktu zaciągnąłem się jako strzelec, a gdy mnie zwolniono, udałem się do Senegalu, gdzie pani mnie spotkała.

Po chwili milczenia panna Mornas pyta:

— A więc pan kapitan Buxton zginął?

— Tak, pani.

— I ty go pochowałeś?

— Tak, pani.

— A zatem wiesz, gdzie jest jego grób?

Tongano się śmieje.

— Oczywiście. Trafiłbym tam z zamkniętemi oczyma.

Znów chwila milczenia, poczem słyszę:

— Dobrej nocy, Tongano.

— Dobranoc pani — odpowiada murzyn, który opuszcza namiot i oddala się.

Panna Mornas udaje się na spoczynek i ja, nie zwlekając, wstępuję w jej ślady. Zaledwie jednak zgasiłem latarkę, pamięć z całą wyrazistością nasunęła mi minione zdarzenia.

— Buxton? Boże, wszak znam tę historję! Gdzież miałem głowę, że mogłem o tem zapomnieć? Straciłem przecie wówczas okazję wspaniałej podroży i jeszcze lepszych feljetonów.

W owym to czasie — że sięgnę pamięcią do wspomnień prywatnych — zaklinałem redaktora pisma, w którem pracowałem, aby wysłał mnie na miejsce zbrodni celem zebrania informacyj u źródła t. j. wprost u zbuntowanego kapitana. W ciągu kilku miesięcy redaktor wzdragał się wobec kosztów wyprawy. Cóż robić? Nie wszyscy trzymają rękę na pulsie życia, nie wszyscy wyczuwają tętno aktualności! Gdy zgodził się wreszcie, było już zapóźno. Siadając na pokład statku w Bordeaux, dowiedziałem się, że kapitan Buxton nie żyje.

Teraz wszystko to należy do zamierzchłej przeszłości i niejednego zdziwi może, poco przytoczyłem podsłuchaną rozmowę pomiędzy Tonganem i jego panią?... Przyznaję, że sam nie umiałbym na to odpowiedzieć.

Pod datą 8-go grudnia raz jeszcze spotykam w mym notatniku nazwisko pana de Saint-Bèrain. — Niewyczerpane to źródło humoru!

Od dwóch godzin byliśmy już w drodze do pierwszego porannego postoju, gdy wtem pan de Saint-Bèrain począł wydawać nieartykułowane dźwięki i jednocześnie w najdziwaczniejszy sposób kręcić się w siodle. Wybuchnęliśmy odrazu śmiechem na zapas, ufając mu już na tyle, że nie zawiedzie naszych oczekiwań. Lecz pan de Saint-Bèrain nie przyłączył się do naszego wesołego chóru. Z trudem zstąpił na ziemię i dotknął ręką tego miejsca swego ciała, na którem miał zwyczaj siadać, i jednocześnie wykonywał z miną boleściwą najdziwaczniejsze gesty.

Zbliżyliśmy się do niego. Zaczynamy wypytywać. Cóż mu się stało?

— Haczyki... — szepce pan de Saint-Bèrain omdlewającym głosem.

— Haczyki?... Nic nam to nie mówi. Dopiero znacznie później, gdy przyczyna nieszczęścia została usunięta, zrozumieliśmy sens tego słowa.

Być może, nie wszyscy jeszcze zapomnieli, iż w chwili gdyśmy opuszczali Konakry, pan de Saint-Bèrain przywołany do porządku przez swą ciotkę, czy też siostrzenicę, nadbiegając pośpiesznie, wypchał sobie kieszeń dopiero co nabytemi od murzyna haczykami. Oczywiście, poźniej o tem nie pamiętał. Haczyki owe mściły się teraz za niedbalstwo, z jakiem je potraktowano. Na skutek jakiegoś fałszywego ruchu haczyki zajęły miejsce pomiędzy siodłem a jeźdźcem i trzy z pośród nich wpiły się głęboko w ciało właściciela.

Pomoc doktora Chatonnay okazała się niezbędną. Dla ulżenia nieszczęśnikowi wystarczyły trzy zręczne cięcia lancetem. Doktór nie mógł odmówić sobie jednak przyjemności wygłoszenia kilku złośliwych uwag.

— Możnaby powiedzieć, że pan „chwycił“! — zawołał najpierw, badając dokładnie miejsce poddane operacji.

— Och! Och! — jęknął w odpowiedzi Saint-Bèrain po wyjęciu pierwszego haczyka.

— Połów był niezgorszy — dorzucił doktor, wyjmując drugi.

— Ojej!... — krzyknął znów pacjent.

— Może pan być dumny z pojmania tak pięknej sztuki — zachwalał złośliwie lekarz.

— Och!... — westchnął raz jeszcze Saint-Bèrain.

Operacja skończona, trzeba tylko opatrzyć rannego, który wnet dosiada konia, przybierając na nim w ciągu dwóch dni jeszcze najpocieszniejsze pozycje.

12-go grudnia przybyliśmy do Boronji. Wioska ta niczem nie różniłaby się od dziesiątków jej podobnych, gdyby nie posiadała wyjątkowo uprzejmego króla. Władca ten zupełnie młody, w wieku 17-u lub 18-u lat, gestykuluje żywo i odgania bez ceremonji batem ciekawych, którzy podchodzą do nas zbyt blisko. Sam zbliża się do nas i z ręką na sercu wyraża gotowość świadczenia wszelkich potrzebnych usług, co oceniamy należycie, ofiarowując mu sól, proch strzelniczy i dwie brzytwy. Na widok tych skarbów młodzieniec tańczy z radości.

Chcąc się wywdzięczyć, szykuje nam nocleg w ustawionych naprędce na krańcach wioski wygodnych szałasach. Udając się na spoczynek, zauważyłem kilku tubylców zajętych deptaniem i równaniem gruntu, który pokrywają suchym krowim nawozem. Na pytanie, jaki jest cel tego zbytkownego dywanu, wyjaśniają, że zabezpiecza on przed białemi robakami, żyjącemi w ziemi. Wzrusza mnie ich dbałość o nas i wynagradzam ją garścią „kori“ (moneta miejscowa, której 1600 sztuk równa się 5 frankom). Są do tego stopnia uszczęśliwieni, że plują na ściany, poczem rozcierają plwociny dłonią. Saint-Bèrain, który mieszka ze mną w jednej chacie i przypadkowo jest obecny, twierdzi, iż czynią tak, aby mnie uczcić. Jestem wzruszony, wolałbym jednak, aby to się nie powtórzyło.

Rankiem, dnia 13 grudnia, dotarliśmy bez szczególnych przygód do Timbo. Osada ta, najznaczniejsza z pośród dotychczas napotkanych, otoczona jest wałem ziemnym tata nierównej grubości, poza którym wznosi się drewniane rusztowanie z chodnikiem, służącym dla komunikacji.

Tata w Timbo zamyka w sobie właściwie trzy wioski, porozdzielane dużemi, zalesionemi, lub uprawnemi polami, po których spacerują bez opieki zwierzęta domowe. W każdej z tych wiosek istnieje rynek dla codziennego targu, prócz tego w największej odbywa się co tydzień wielki jarmark.

Co czwarta chata jest niezamieszkała i zapełniona śmieciami, odpadkami i przeróżnemi nieczystościami, których nie brak zresztą i na ulicach. Rzuca się w oczy, że nikt w tem osiedlu nie dba o czystość. Brud tu panuje i nędza. Widzieliśmy dzieci raczej do szkieletów podobne, szukające pokarmu w gnojówkach. Kobiety są odpychająco brzydkie, co zresztą nie przeszkadza im być zalotnemi. Ponieważ był to dzień targu, najzamożniejsze obywatelki wystroiły się uroczyście. Najbardziej wyszukany ich strój składa się jednak tylko z białej w niebieskie prążki przepaski na biodra; górną część korpusu owijają białym perkalem, lub tanim jedwabiem w jaskrawych kolorach; uszy ozdobione są wielkiemi metalowemi kołami, przytwierdzonemi na srebrnych łańcuszkach, krzyżujących się na szczycie głowy; szyję i nogi w kostkach zdobią bransoletki ze sznurków korali i szklanych paciorków.

Prawie wszystkie kobiety mają wysokie fryzury w kształcie hełmów. Niektóre mają podgolone kości ciemieniowe i tylko na czubku głowy zachowują kępkę włosów, upstrzoną świecidłami. Jeszcze inne są całkowicie przy samej skórze ostrzyżone. Najelegantsze mają uczesanie zupełnie błazeńskie, włosy ułożone w wysoki stożek, a po obu bokach śmieszne koki. Po sposobie uczesania można, zdaje się, poznać, do jakiego plemienia należą. Nie będę się w to jednak bawił, gdyż nie mam dostatecznej wprawy. Urywam ten szczegółowy opis w nadziei, że nasz znakomity geograf p. Tassin wyzyska kiedyś ten temat w wielkiem, w rzeczowe załączniki zaopatrzonem dziele.

Jako strój mężczyzn występują szale, białe kaftany, lub przepaski. Głowy ozdabiają w sposób najrozmaitszy: noszą zawoje, różnokolorowe czapeczki z piórkami i metalowemi brzękadłami, a nawet kapelusze słomkowe. Na powitanie uderzają się w udo, powtarzając słowa dagare, Ini-tie, lub Ini Su-Khu-ma, które wszystkie oznaczają „dzieńdobry“. Ceremonja taka trwa około 5 minut.

Udajemy się na wielki targ, gdzie gromadzi się cała arystokracja Timbo. Sprzedawcy czekają już od godziny 8-ej rano w namiotach, lub poprostu na ziemi, pod matami wspartemi na czterech drągach, ale „towarzystwo“ zbiera się dopiero około jedenastej.

Dostać tu można potrosze wszystkiego: kukurydzę, ryż, olej palmowy po 5 fr. za kilo, sól w cenie 17 fr. 50 ct. za 25 kilową beczułkę; woły, kozy, barany, kury po 3 fr.[1] za sztukę, co jednakże nie stanowi ceny stałej, strzelby skałkowe, owoce kola, tytoń, taśmy na przepaski t. zw. koyos, placki z mąki kukurydzianej lub z prosa, rozmaite tkaniny, jako to perkale i kretony, kapelusze, turbany, nici, igły, szpilki, proch strzelniczy, skałki, naboje itd., itd., wreszcie szeroko rozłożone na suchych skórach niewielkie porcje zgniłego mięsa o ponętnym zapachu dla smakoszów.

Timbo, jak to już wyżej wspomniałem, jest pierwszą większą osadą, którą spotkaliśmy na naszej drodze. Zatrzymaliśmy się tam dwa dni, 13 i 14 grudnia, ze względu na zupełnie zresztą zrozumiałe znużenie zwierząt i tragarzy, niemniej od zwierząt objuczonych.

W czasie tych czterdziestu ośmiu godzin przechadzaliśmy się często w obrębie tata. Starałem się jak najdokładniej odmalować moje wrażenia i obserwacje. Tych wszystkich, którzy pragną bardziej szczegółowych opisów, odsyłam do specjalnych naukowych rozpraw. Moja rola ogranicza się do roli historjografa wyprawy posła Barsac’a i to mi w zupełności wystarcza. Klio[2] dodaje mi coprawda natchnienia, lecz nie mam duszy geografa, co stwierdzam dla ścisłości.

Nazajutrz po naszem przybyciu, a zatem dnia 14 grudnia, ogarnął wszystkich silny niepokój z powodu zniknięcia naszego przewodnika. Całodzienne poszukiwania okazały się daremne. Morilire przepadł, jak kamień w wodę.

Uspokójcie się państwo, 15-go grudnia w chwili wymarszu był na posterunku i zanim przebudziliśmy się, zdołał już rozdać sporą ilość uderzeń pałką, aby poganiacze osłów nie wątpili w jego obecność. Zapytywany przez p. Barsac’a twierdził uporczywie, że przez cały dzień wczorajszy nie opuszczał ani na chwilę obozu. Ponieważ nie mieliśmy żadnych dowodów i cała sprawa ostatecznie była błaha, gdyż nie można się było dziwić przewodnikowi, gdyby nawet pozwolił sobie na t. zw. wagary, zamknęliśmy dyskusję na ten temat i nie powracaliśmy więcej do tej sprawy.

Opuściliśmy Timbo dnia 15 grudnia o zwykłej godzinie i całodzienna nasza droga odbyła się bez żadnych niespodzianek, ściśle podług ułożonego planu. Należy tylko zaznaczyć, że wspaniały, wygodny trakt, który wiódł nas aż do Timbo, skończył się bezpowrotnie, przekształcając się stopniowo w zwykłą ścieżkę. Od Timbo dopiero zaczyna się właściwa nasza eskapada. Poza tem jeszcze jedna zmiana: teren jest falisty. Ciągle wspinamy się w górę i opuszczamy nadół. Bezpośrednio za Timbo musieliśmy wspiąć się na znaczną wyżynę, aby zaraz potem zejść w dolinę, za która wznosiły się dalsze pagórki i tak posuwaliśmy się aż do wsi Dauheriko, gdzie wreszcie rozbiliśmy na noc namioty.

Ponieważ ludzie i zwierzęta były dobrze wypoczęte, posuwaliśmy się dnia tego szybciej niż zazwyczaj i dotarliśmy do wsi jeszcze przed godziną 6-tą wieczorem. Oczekiwało nas tu jaknajserdeczniejsze przyjęcie. Na nasze spotkanie wyszedł naczelnik, wręczając podarki i upominki. Podziękowanie posła Barsac’a przyjęte było głośnemi powitalnemi okrzykami.

— Nie doznaję gorętszego przyjęcia nawet w Aix, skąd jestem posłem — stwierdził z zadowoleniem poseł Barsac. — Byłem tego pewien. Trzeba tylko umieć do nich przemówić.

Zdaje mi się, że pan Barsac ma rację, chociaż poseł Baudrières wzruszył ramionami i pogardliwie wydął usta. Tymczasem nie było końca uprzejmościom ze strony naczelnika wioski. Ofiarowywał nam mieszkania w najpiękniejszych chatach i prosił naszą towarzyszkę o przyjęcie gościny w jego własnym domu. To gorące przyjęcie chwyciło nas za serce i malowało w różowych kolorach dalszą podróż, gdy wtem Malika zbliżyła się do panny Mornas i powiedziała jej szeptem:

— Nie chodzić tam, pani! Tu zostać! Tam śmierć czeka!

Panna Mornas przyglądała się małej murzynce ze zdumieniem. Samo przez się jest zrozumiałe, że jako obowiązkowy i przykładny reporter słyszałem te słowa. Ale i uwagi kapitana Marcenay’a, jakkolwiek podsłuchiwanie nie ma nic z jego zawodem wspólnego, nie uszła ta rozmowa. W pierwszej chwili zdawał się być zaskoczony, ale po krótkim namyśle powziął szybko decyzję.

Uwolnił się momentalnie od natrętnego władcy i kazał rozbić namioty, dając eskorcie szczegółowe rozkazy. Wywnioskowałem z nich, że będziemy dobrze strzeżeni. Te ostrożności nasunęły mi refleksje. Czyżby kapitan, obeznany z tym czarnym krajem, wierzył w możliwość niebezpieczeństwa, o którem ostrzegła Malika?

A jeśli tak jest?...

A jeśli tak jest, rozmyślałem przed zaśnięciem, w takim razie któż ma rację, poseł Barsac, czy Baudrières?

Dowiem się o tem może jutro.

Tymczasem trwam w niepewności.

 Amadeusz Florence.




Przypisy

  1. ↑ Mamy tu do czynienia, oczywiście, z przedwojenną wartością franka, dzisiejsza cena tych przedmiotow byłaby co najmniej pięciokrotnie wyższa. (Przyp. tłum.).
  2. ↑ Klio — jedna z 9-ciu muz, opiekunka historji. (Przyp. tłum.).