This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Niezwykła przygoda misji Barsaca/I/11
| ←Rozdział X | Niezwykła przygoda misji Barsaca Wyprawa w głąb Afryki Tom I. Rozdział XI. written by Juliusz Verne |
Rozdział XII→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1929 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
Co robić dalej?
Gdy uczestnicy wyprawy posła Barsac’a stwierdzili rankiem dnia 18 lutego zniknięcie eskorty zbrojnej wraz z całym pomocniczym personelem murzyńskim, po prostu osłupieli ze zdumienia. Ta podwójna rejterada, a zwłaszcza ucieczka eskorty, wydała się tak nieprawdopodobną, że nie uwierzylibyśmy w nią nigdy, gdyby nie jaskrawe dowody, świadczące wymownie, że zniknięcie żołnierzy i służby nie było chwilowe, ale niestety zupełne i bezpowrotne.
Amadeusz Florence, który najwcześniej zwykł opuszczać swój namiot, pierwszy uderzył na alarm. Wszyscy, nie wyłączając Maliki, która spędziła noc w namiocie panny Niny Mornas, zebrali się w jednej chwili. Jak to zwykle bywa w podobnych wypadkach, początkowo wymiana zdań była bezładna i chaotyczna. Zamieniano raczej wykrzykniki, niż zdania. Nie zastanawiając się jeszcze nad zabezpieczeniem przyszłości, rozważano zdumiewającą sytuację obecną.
Podczas całego tego rozgardjaszu z sąsiedniej gęstwiny dobiegły jakieś stłumione jęki, stwierdzające, że Europejczycy nie są, jak to niesłusznie przypuszczali, zupełnie sami. Pan de Saint-Bèrain, Amadeusz Florence i doktór Chatonnay pobiegli czemprędzej w kierunku dochodzących odgłosów i natknęli się na leżącego na ziemi, związanego z zakneblowanemi ustami, Tongana z krwawą raną w lewym boku.
Oswobodzonego z więzów, ocuconego i opatrzonego Tongana zarzucono pytaniami. Przeplatając język bambaryjski, który rozumiała panna Nina Mornas, właściwem sobie narzeczem murzyńskiem, Tongano zdał sprawę z tego, co widział tej nocy.
Ucieczka miała miejsce między pierwszą a drugą godziną po północy. Tongano, zbudzony niezwykłemi o tej porze hałasami, których nie mogli słyszeć śpiący w namiotach Europejczycy, ujrzał ku swemu najwyższemu zdumieniu, w pewnej już odległości od obozowiska, dwudziestu strzelców na koniach. Służba pomocnicza, której przewodniczył porucznik Lacour i dwóch jego podoficerów, zajęta była gorączkowo jakąś pracą, której istoty ciemności nocy nie pozwalały dokładnie ustalić. Zaintrygowany i niepodejrzewający zresztą nic złego, Tongano wstał i skierował się w stronę tragarzy i poganiaczy osłów, pragnąc u nich zasięgnąć języka. Nie zdążył już jednak podejść do nich, gdyż w połowie drogi rzuciło się na niego dwóch ludzi, z których jeden chwycił go tak silnie za gardło, że nie miał możności, ani nawet czasu krzyknąć. W jednej chwili przewrócono go, skrępowano i zakneblowano mu usta. Padając, zdążył wszakże jeszcze zauważyć, że tragarze i poganiacze zaopatrywali się obficie w liczne, wybrane z pośród pozostawionych ich pieczy, paczki i pakunki. Obezwładniony Tongano miał być pozostawiony swemu losowi i już nawet zabierali się do odejścia jego napastnicy, gdy zbliżyła się do nich jakaś trzecia osoba. Przybysz, którym okazał się porucznik Lacour, zapytał krótko:
— Gotowe?
— Tak jest — odpowiedział jeden z napastników, w którym Tongano wówczas dopiero poznał sierżanta.
Zapanowało krótkotrwałe milczenie. Tongano czuł, że ktoś nachyla się nad nim. Jakieś ręce dotykały jego ciała, obmacywały go.
— Ależ do djaska, wy macie źle w głowie! — zawołał wreszcie porucznik. — Uciekacie stąd, zostawiając przy życiu jakiegoś durnia, który z pewnością widział zawiele. — Robercie! pchnij, proszę, tego gada bagnetem.
Rozkaz został wykonany natychmiast. Ale Tongano miał szczęście, udało mu się w krytycznym momencie wykonać korpusem ruch, który go zbawił, gdyż bagnet, zamiast go ugodzić w sam środek klatki piersiowej, ześlizgnął się wzdłuż bioder, wywołując tylko powierzchowne niegroźne zadraśnięcie. Ciemność i przebiegłość chytrego przewodnika, który po ciosie westchnął głęboko, a następnie wstrzymał oddech, udając w ten sposób, że wyzionął już ducha, sprawiły, że porucznik i obaj jego satelici uznali go za zabitego. Krew, którą obficie zroszony był bagnet, utwierdziła jeszcze zbrodniarzy w ich błędnem mniemaniu.
— Gotowe? — zapytał powtórnie porucznik Lacour, gdy cios został już wymierzony.
— Poczęstowałem go pierwszorzędnie — odpowiedział mężczyzna, którego przywódca nazywał Robertem.

Poczem trzej zadowoleni złoczyńcy oddalili się spiesznie i żadne już odgłosy nie dochodziły uszu Tongana. Wkrótce zresztą na skutek upływu krwi i knebla, który go dławił, stracił biedak przytomność. Nie wiedział zatem nic, co się dalej stało.
Opowiadanie powyższe świadczyło aż nazbyt wymownie, że nieobecność eskorty nie była chwilowa, lecz że dokonana została oddawna z premedytacją przygotowana ucieczka.
Ustaliwszy powyższe, wszyscy spoglądali na siebie w niemem zdumieniu i przerażeniu. Pierwszy przerwał ciszę pan Amadeusz Florence:
— Klapa na całej linji — zawołał reporter, wyrażając w tej nieco lapidarnej formie, wspólny wszystkim pogląd na sytuację.
Słowa powyższe wywołały ogólne odprężenie i przedsięwzięto zaraz kroki, jakich wymagało położenie. Przedewszystkiem należało sporządzić inwentarz. Po sprawdzeniu okazało się, iż pozostało jeszcze siedem strzelb, z których sześć zdatnych do polowania, tuzin rewolwerów i nadmiar nabojów do obu rodzajów broni, siedem koni, trzydzieści sześć osłów, około stu pięćdziesięciu kilo rożnych towarów, oraz żywność na cztery dni. Środków obrony i lokomocji było zatem poddostatkiem. Małe zapasy żywności nie powinny były nikogo przerażać, gdyż można było, jak to czyniono dotychczas, zaopatrywać się w nie w każdej napotkanej wiosce. Zresztą wszyscy Europejczycy posiadali strzelby, mogli zatem uzupełniać braki, polując. Dodatni bilans zaopatrzenia uspokoił wszystkich i dał pewną rękojmię bezpieczeństwa. Wszyscy zgodzili się jednogłośnie, że niezależnie od dalszych postanowień, wyprawa, z punktu widzenia zaopatrzenia, nie napotyka niemożliwych do przezwyciężenia przeszkód.
W każdym razie należało pozbyć się osłów, które, pod nieobecność doświadczonych poganiaczy, stały się niepotrzebnym ciężarem. Pozatem nagliła potrzeba ustalenia planu działania. O ileby większość wypowiadała się za dalszą podrożą, trzebaby nająć pięciu lub sześciu tragarzy do dźwigania towarów, które wymienianoby w miarę potrzeby na niezbędne do życia produkty. W wypadku przeciwnym wskazana była natychmiastowa, niezależnie od osiągniętej ceny, sprzedaż towarów, co zwalniałoby od konieczności angażowania tragarzy i umożliwiałoby posuwanie się w tempie o wiele szybszem.
Panna Nina Mornas i pan de Saint-Bèrain, jedyni, mogący się porozumieć z krajowcami, członkowie wyprawy, przystąpili natychmiast do pertraktacji z mieszkańcami Kadu. W wiosce doznali najserdeczniejszego przyjęcia, a kilka drobnych podarków zjednało im i sympatję Dugutigi, który przyrzekł pomoc Europejczykom. Dzięki jego pośrednictwu sprzedano w Kadu i w wioskach okolicznych wszystkie osły, osiągając za sztukę przeciętnie dziesięć tysięcy kori (około trzydziestu franków), co wynosiło za całość przeszło trzysta pięćdziesiąt tysięcy kori. Nie licząc innych środków, ta tylko suma wystarczyłaby na utrzymanie członków misji i opłacenie pięciu tragarzy w przeciągu dwudziestu dni.
Poza tem Dugutigi zobowiązał się dostarczyć pięciu tragarzy, a nawet i więcej, o ileby zaszła tego potrzeba.
Wszystkie te rokowania zajęły kilka dni czasu i zostały ukończone dopiero dnia 22-go lutego wieczorem. Nie był to jednak czas zupełnie stracony, gdyż i tak rana Tongana, chociaż była powierzchowna i przez te dni kilka dopiero zabliźniła się częściowo, nie pozwoliłaby wcześniej ruszyć z miejsca. Rankiem, dnia 23-go lutego, rozpostarto na ziemi mapy, a wkoło nich zasiedli na sześciu składanych krzesłach członkowie wyprawy i rozpoczęli pod przewodnictwem posła Barsac’a narady, którym asystowali również Malika i Tongano.
— Ogłaszam posiedzenie za otwarte — powiedział machinalnie poseł Barsac, przyzwyczajony do form i zwyczajów parlamentarnych. — Kto z państwa zapisuje się do głosu?
Uśmiechano się dyskretnie. Amadeusz Florence odpowiedział, siląc się na powagę, z ledwo dostrzegalnym akcentem ironji w głosie:
— Przemawiać będziemy po panu, panie prezydencie.
— Jak państwo sobie życzą — zgodził się poseł Barsac, którego wcale nie zdziwił nadany mu w tej chwili tytuł. — Sprecyzujmy przedewszystkiem sytuację. Jesteśmy oto pozbawieni ochronnej eskorty, ale dostatecznie zaopatrzeni w broń i towary dla wymiany, w głębi Sudanu, w dużej odległości od wybrzeża...
Przy tych słowach pan Poncin wyciągnął z kieszeni swój wielki notatnik, osadził nisko na nosie binokle i, o dziwo! Ten, którego głosu nie słyszeliśmy dotąd, przemówił:
— Dokładnie w odległości tysiąca czterechset ośmiu kilometrów i siedemnastu centymetrów, licząc od centralnej tyczki mego namiotu.
— Dokładność taka jest zbyteczna, panie Poncin — zauważył cierpko poseł Barsac. — Wystarczy stwierdzić, że dzieli nas w przybliżeniu tysiąc czterysta kilometrów od Konakry. Jak państwu wiadomo, zamierzaliśmy pójść jeszcze znacznie dalej, plany nasze jednak krzyżuje świeżo wytworzona sytuacja, wymagająca wspólnej rzeczowej narady. Według mego zdania powinniśmy się starać o możliwie szybkie i bezpieczne osiągnięcie jakiejkolwiek osady z załogą francuską, której zdamy sprawę z naszych przejść, poczem zastanowimy się z całym spokojem nad tem, co dalej czynić wypada.
Projekt ten przyjęto jednomyślnie.
— Sądząc z mapy — podjął dalej poseł Barsac — najdogodniej dla nas byłoby dotrzeć w którym bądź punkcie do rzeki Nigru. Czyż nie byłoby możliwe dostać się przez Uaghadugu i Nadiange do Saye? Od czasu zdobycia Tombuktu posterunki francuskie posuwają się wciąż z biegiem rzeki. Przyznaję, że nie wiem, czy dotarły one już w tej chwili do Saye, ale uważam to za możliwe, nawet prawdopodobne. O ile uda nam się zyskać nową eskortę, kombinacja powyższa, zgodna z wyznaczoną mi marszrutą, okaże się najszczęśliwszą.

— Ale będzie miała i złe strony, panie prezydencie — przerwał gwałtownie, notujący nerwowo jakieś cyfry, pan Poncin — zmusi nas bowiem do przebycia ośmiuset kilometrów. Kroki nasze, jak to sprawdziłem niejednokrotnie, mierzą przeciętnie siedemdziesiąt dwa centymetry długości, osiemset kilometrów wynosi zatem miljon sto jedenaście tysięcy sto jedenaście kroków z ułamkiem. Odrzućmy ten ułamek. Ale są i postoje, które wynoszą przeciętnie — sprawdziłem to dokładnie — osiemnaście minut i cztery sekundy na godzinę, a zatem w ciągu każdej godziny jesteśmy w ruchu tylko dwa tysiące pięćset dwadzieścia sekund, co wynosi trzy tysiące sześćset i jedną dziesiątą kroków. Przebycie przestrzeni ośmiuset kilometrów będzie zatem wymagało miljona stu jedenastu tysięcy stu jedenastu kroków, podzielonych przez trzy tysiące sześćset i jedną dziesiątą, czyli trzystu ośmiu godzin i dwudziestu dwóch tysięcy ośmiuset dwóch trzydziestosześciotysiącznych godziny, co wynosi łącznie miljon sto jedenaście tysięcy sześćset osiemdziesiąt sekund z ułamkiem. Odrzućmy ten ułamek. Przeciętnie, odliczając wszystkie postoje i odpoczynki, jesteśmy w ruchu postępowym dziennie pięć godzin, czterdzieści pięć minut i dwadzieścia sekund. Dla przebycia ośmiuset kilometrów trzeba nam więc miljona stu jedenastu tysięcy sześciuset osiemdziesięciu sekund, podzielonych przez dwadzieścia tysięcy siedemset dwanaście, co daje w rezultacie pięćdziesiąt trzy dni i trzynaście miljonów dziewięćset osiemdziesiąt tysięcy siedemset dwunastych dnia. Ażeby ocenić wartość tego ostatniego ułamka, trzeba go wyrazić w godzinach, minutach i sekundach. Otrzymamy wówczas...
— O Boże! Boże! Boże!!! — zawołał wreszcie, bliski już ataku nerwowego Amadeusz Florence — czyż pan nie może poprostu powiedzieć, że trzeba nam pięćdziesięciu trzech dni, licząc po 15 kilometrów dziennie, lub tylko czterdziestu, gdyby się nam udało przebywać codzień po 20 kilometrów? Do czegoż zmierzają te pana przerażające kalkulacje?
— Do tego — odpowiedział dotknięty do żywego pan Poncin, chowając pośpiesznie imponujących rozmiarów notatnik — że słuszniej byłoby zdążać do Nigru przez Dżenne. Oszczędzilibyśmy sobie w ten sposób połowę drogi, sprowadzając ją do 400 kilometrów.
— Jeszcze dogodniej byłoby — przerwał Amadeusz Florence — upierając się przy swojej koncepcji i wskazując palcem na mapie drogę, której był zwolennikiem — przejść przez Bama, Uattara, Dżitamana i t. d. i osiągnąć rzekę Niger w Segu-Sikoro. Droga ta, wiodąca śladami kapitana Marcenay’a, wynosiłaby około pięciuset kilometrów, zaoszczędzając nam przejście dodatkowych stu kilometrów pomiędzy Dżenne a Segu. Poza tem Segu-Sikoro jest stosunkowo ważnym punktem i pewny jestem, że znajdziemy tam pomoc.
— Zupełnie słusznie — zgodził się doktor Chatonnay. — Uważam jednak, że mamy jeszcze prostsze wyjście, a mianowicie powrót do odległego zaledwie dwieście kilometrów Sikasso, gdzie niedawno tak serdecznie byliśmy podejmowani przez załogę francuską, Tam zdecydujemy, czy lepiej będzie udać się do Bammako, czy też zgodnie z propozycją pana Amadeusza Florence, którą i ja osobiście popieram, skierować nasze kroki do Segu-Sikoro.
— Doktór ma rację — przyznał pan Florence — ten projekt wydaje mi się najlepszym.
Gdy wszyscy członkowie wyprawy wypowiedzieli się już w sprawie dalszych projektów, nastąpiła krótka przerwa w dyskusji.
— Możliwe to, panie Florence — podjął po chwili namysłu poseł Barsac, pragnący dać towarzyszom podróży przykład swego bohaterstwa — że panowie macie rację. Zwracam wam jednak uwagę, że powrót do Sikasso oznacza conajmniej chwilowe zaniechanie powierzonej mi misji. A zdaniem mojem człowiek obowiązku powinien przedewszystkiem...
— Pojmujemy w zupełności pana skrupuły, panie pośle — przerwał pan Florence w obawie usłyszenia dłuższego wykładu na temat obowiązku i honoru — ale są wypadki, w których obowiązek właśnie nakazuje ostrożność.
— Należy więc przedewszystkiem ustalić, czy mamy tu do czynienia z takim właśnie wypadkiem. Eskorta nas opuściła, to prawda, ale mimo to nie widzę zagrażających nam niebezpieczeństw. W gruncie rzeczy wszystkie przykrości, których doznaliśmy dotychczas, pochodzą od hipotetycznego, wyhodowanego w naszej wyobraźni przeciwnika, który, być może, wcale realnie nie istnieje, skoro dotychczas się nam nie ukazuje, dając o sobie znać jedynie przez wymierzone w nas ciosy. Postarajmy się zatem ocenić istotę tych ciosów, a wydadzą nam się bardzo mizernemi. Cóż właściwie uczyniono dotychczas poza nabawieniem nas kłopotu? Według pana Florence chciano nas najprzód nastraszyć, zgoda. Przypuszczam również, że w dalszym ciągu ten nasz ukryty nieprzyjaciel był tajemną sprężyną naszych nieporozumień ze służbą pomocniczą, aż wreszcie w sposób, którego przeniknąć w tej chwili nie mogę, udało mu się zastąpić nasz okazały oddział zbrojny przez fałszywą eskortę. Ale zwróćcie, proszę, panowie uwagę, że całe to postępowanie nacechowane jest wyjątkowym umiarem. Ta podstawiona eskorta mogła przecież, zamiast uciekać, w pień nas powyrzynać. Nie uczyniła tego jednak. Przeciwnie, pozostawiła nam zapasy żywności, amunicji, broń, konie, a nawet pewną ilość towarów do wymiany. Tego postępowania nie można nazwać okrutnem.
— A wypadek z Tonganem? — wtrącił ostrożnie doktor Chatonnay.
— Tongano jest murzynem — odparł poseł Barsac — dla wielu zaś Europejczyków murzyni nie są ludźmi i życie ich nie ma wartości.
— Przyłączam się do zdania posła Barsac’a — zabrał głos pan Amadeusz Florence. — Stwierdzam, że postępowano z nami, przynajmniej dotąd, bardzo względnie i stanowczo nie nastawano na nasze życie. Kładę nacisk na określenie „dotąd“, nie jest bowiem wykluczone, że tajemniczy nasz wróg chwyci się i środków skuteczniejszych, o ile nie przestaniemy posuwać się w kierunku, który jest mu nie na rękę. W tym wypadku rana Tongana powinna dla nas być dowodem, że przeciwnicy nasi nie zawsze przebierają w środkach.
— Słusznie — zgodził się doktór.
Aprobata doktora Chatonnay’a przyjęta została dłuższem milczeniem, które posłowi Barsac’owi dało możność głębszego zastanowienia się. Pewnie, wywody Amadeusza Florence nie były pozbawione słuszności i czcigodny poseł nie myślał wcale narażać swej cennej osoby jedynie w celu uniknięcia oczekującej go w Paryżu krytyki, w razie gdyby nie doprowadził wyprawy do końca. A zresztą, czyż wszelka krytyka i zarzuty nie dają się odeprzeć?
— Po głębszym namyśle — zaczął, pragnąc wypróbować na tem nielicznem audytorjum siły argumentów, których zamierzał użyć w przyszłości w parlamencie — zgadzam się na propozycję pana Amadeusza Florence, w tej redakcji jednakże, w jakiej podał ją nasz czcigodny kolega doktór Chatonnay. Głosuję za powrotem do Sikasso, uznając jednak w dalszym ciągu Segu-Sikoro za ostateczny cel naszej podroży.
— W ten sposób, jeśliby...
W tem miejscu Amadeusz Florence, widząc, że poseł Barsac puścił znów wodze swemu językowi i że zanosi się na dłuższą orację, przestał go słuchać zupełnie i zajął się własnemi myślami.
— W ten sposób, jeśliby zarzucono mi przerwanie podróży bez absolutnej tego konieczności, odpowiem, że cała odpowiedzialność spada na rząd, którego obowiązkiem było zapewnić nam całkowite bezpieczeństwo. Z chwilą, gdy jakieś racje wyższej natury wymagały zmiany składu naszej eskorty, należało przedsięwziąć wszelkie niezbędne kroki, aby banda awanturników nie mogła zająć miejsca przeznaczonego dla nas oddziału, o ile zaś podstawienia nie było, należało wybrać umiejętniej dowódcę, któremu...
— Przepraszam, panie prezydencie — przerwał pan Florence, którego spojrzenie padło przypadkowo na pannę Mornas i pana Agenora de Saint-Bèrain — pozwolę sobie zwrócić uwagę, że nie pytaliśmy dotąd o zdanie panny Mornas i pana de Saint-Bèrain, którzy chyba również mają prawo zabrać głos w tej sprawie.
Uwaga ta była zupełnie na miejscu.
Panna Nina Mornas i pan Agenor przysłuchiwali się całej dyskusji w milczeniu, nie biorąc w niej najmniejszego udziału.
— Pan Florence ma rację — uznał poseł Barsac, zwracając się do panny Mornas. — Może pani zechce wyjawić swoje poglądy...
— Dziękuję panu uprzejmie za chęć wysłuchania mojego zdania, nie możemy jednak zabierać głosu w sprawie, która wcale nas nie dotyczy.
— Co państwa nie dotyczy? Dlaczego to, proszę pani? Zdaje mi się, że powinniśmy działać wspólnie.
— Bynajmniej, panie pośle — odpowiedziała z prostotą panna Mornas. — Wprawdzie zbieg okoliczności kazał panu zaniechać zamierzonego celu, nasze plany jednak nie zmieniły się zupełnie. Nie chcieliśmy państwa opuszczać w chwilach najcięższych, ale nie porzuciliśmy bynajmniej planu odbycia podróży według dawno już ustalonej marszruty.
— Chcecie więc państwo dotrzeć aż do Gao?
— Zależy nam na tem bardziej, niż kiedykolwiek.
— Sami? Bez eskorty?!
— Taki był wszak nasz zamiar pierwotny.
— Bez tragarzy?
— Zamierzamy zgodzić nowych tragarzy. O ile się to jednakże nie uda, obejdziemy się i bez nich.
— Mimo nowych wrogich objawów i poczynań, których pochodzenia coprawda nie znamy, ale których istotność nie da się przecież zaprzeczyć?
— Mimo tych poczynań, które zresztą zdają się być skierowane raczej przeciw panom — oficjalnym członkom wyprawy, niż przeciwko nam.
— Na czem opiera pani to twierdzenie, skoro odbywamy drogę wspólnie? W każdym razie, jeśli tak nawet jest w istocie, nieznany nasz wróg zwróci się z pewnością w waszą stronę, o ile zaryzykujecie sami dalszą podroż w kierunku wschodnim.
— Stawimy czoło temu nieznanemu przeciwnikowi!
— Ależ to szaleństwo! — zawołał poseł Barsac. — Oznajmiam, że nie cofnę się nawet przed użyciem siły, ale nie dopuszczę do tak lekkomyślnego kroku, podjętego według własnych słów pani wyłącznie dla kaprysu.
— Niestety, nie kaprys w grę tu wchodzi.
— Cóż więc innego ? — zapytał, nie kryjąc zdziwienia poseł Barsac.
Panna Mornas zawahała się przez chwilę, poczem wyrzekła z powagą:
— Obowiązek.
Poseł Barsac, doktór Chatonnay i pan Amadeusz Florence spojrzeli na pannę Mornas jednocześnie, na twarzach ich malowało się wielkie zaciekawienie i nie mniejsze zdziwienie. Poseł Barsac i doktór zadawali sobie pytanie, co też młoda dziewczyna rozumie przez słowo obowiązek, które wypowiedziała z taką godnością, i jakiż to naglący obowiązek zapędził ją aż w te strony i każe jej w dalszym ciągu wytrwale podążać do najdalej na północny wschód położonego punktu Nigru, gdzie rzeka kierunek północny zmienia na południowy, tworząc w tem miejscu t. zw. pętlę.
Reporter — pan Amadeusz Florence, badający wciąż, jakie ukryte przyczyny skłaniają poszczególnych członków wyprawy do przedłużenia tej niebezpiecznej podroży, cieszył się, że pozna nareszcie i tę ostatnią tajemną sprężynę, która dotychczas zręcznie była ukrywana przed jego przenikliwem spojrzeniem.
Panna Nina Mornas mówiła dalej:
— Wybaczcie, proszę, panowie, że was oszukałam...
— Oszukała nas pani?... — powtórzył poseł Barsac ze wzrastającem zdziwieniem.
— Tak jest, oszukałam panów. Przedstawiłam się panom pod fałszywem nazwiskiem i przybraną narodowością. Jestem Angielką i nazywam się Janina Buxton. Jestem córką lorda Buxton’a i siostrą nieszczęśliwego kapitana, Jerzego Buxton’a, którego doczesne szczątki spoczywają niedaleko Kubo. Tam więc muszę się udać, gdyż tylko tam na miejscu mogę zbadać sprawę, której wyjaśnienie stało się celem mojego życia. Pan de Saint-Bèrain jest naprawdę Francuzem i nazwisko jego podane jest ściśle.
Poczem Janina Buxton, od tej chwili nazywać ją będziemy właściwem nazwiskiem, opowiedziała dramat, który rozegrał się w Kubo, sromotne podejrzenie, rzucone na Jerzego Buxtona, jego śmierć oraz hańbę i rozpacz starego lorda-ojca. Wyjaśniła święty cel, jaki przyświecał jej życiu: rehabilitacja brata, zmycie plamy, kalającej honor rodowego nazwiska i wreszcie przywrócenie spokoju starcowi, który resztę życia postanowił spędzić w ponurej samotności w zamku Glenor.
Żywe niekłamane wzruszenie opanowało słuchaczów. Wszyscy podziwiali młodą dziewczynę, która dla tak wzniosłych celów narażała się na tyle niebezpieczeństw i trudów.
Gdy skończyła mówić, zabrał głos pan Amadeusz Florence:
— Mam pani jednak wiele do zarzucenia, panno Buxton — rzekł tonem, niepozbawionym pewnej surowości.
— Mnie?... do zarzucenia?... — zdziwiła się panna Nina, która spodziewała się zupełnie innego efektu swoich wynurzeń.
— Tak jest, proszę pani. Jakież to dziwne i mało pochlebne zdanie ma pani o Francuzach wogóle, a o Amadeuszu Florence w szczególności?
— Co pan przez to rozumie? — wyjąkała nie na żarty zmieszana Nina Buxton.
— Jakto, co! — zawołał reporter tonem, w którym drgało oburzenie — wyobrażała sobie pani, że Amadeusz Florence pozwoli jej powędrować do Kubo, nie ofiarując swych usług i towarzystwa?
— Ależ, panie Florence!... — zaoponowała żywo panna Buxton, która zaczynała już wszystko rozumieć.
— To byłoby pięknie! — mówił w dalszym ciągu pan Florence, udając wciąż jeszcze oburzonego — I świadczyłoby wspaniale o francuskiej rycerskości.
— Nie pojmuję... — starała się wpaść w słowo napół już roześmiana panna Buxton.
— Proszę o głos i jeszcze jedną chwilę uwagi — przerwał autorytatywnie pan Amadeusz Florence. — Zapomniała pani widocznie, że jestem dziennikarzem, ściśle mówiąc korespondentem, i jako tego rodzaju indywiduum posiadam też swego redaktora. Czy wiadomo pani, co powiedziałby mój redaktor w razie, gdybym nie wykorzystał okazji zdobycia sensacyjnego sprawozdania, dotyczącego głośnej swego czasu afery Buxton? Nazwałby mnie poprostu osłem i w krótkim czasie pokazałby mi drzwi. Ponieważ jednak cenię moje stanowisko, jadę z panią!
— O! Panie Florence — zawołała szczerze wzruszona panna Nina.
Reporter spojrzał jej prosto w oczy.
— Jadę z panią, panno Buxton — powtórzył z mocą. — Postanowienie moje jest niezłomne i żadne namowy nie odwiodą mnie od niego.
Młoda dziewczyna uścisnęła dłoń szlachetnego i odważnego młodzieńca.
— Dziękuję panu — powiedziała, a jednocześnie dwie wielkie łzy spłynęły jej po policzkach.
— A czy mnie przyjęłaby pani także? — spytał nagle donośnym głosem doktor Chatonnay.
— Pana, doktorze?...
— Tak jest, proszę pani. Uważam, iż podobna wyprawa nie może się obyć bez doktora. A gdyby panią porąbano na kawałki, któżby panią pozeszywał?
— O, doktorze! — zawołała raz jeszcze panna Nina, której oczy coraz bardziej nabrzmiewały łzami.
Wzruszenie jej jednak wzmogło się jeszcze znacznie, gdy usłyszała, jak poseł Barsac, pieniąc się ze złości, zawołał:
— No dobrze, a cóż będzie ze mną? Widocznie moja osoba nie liczy się już wcale, skoro nikt mnie nawet nie pyta o zdanie?
Poseł Barsac naprawdę był wściekły. I on wszak postanowił odrazu przyłączyć się do panny Buxton. W ten sposób przy jednym ogniu upiekłby dwie pieczenie, przedewszystkiem marszruty jego i panny Niny bardzo były do siebie zbliżone, następnie, każdy stawiany w przyszłości zarzut nierozwagi będzie mógł usprawiedliwić bijącą w oczy szlachetnością motywów. Wreszcie, czy było do pomyślenia, aby czterej mężczyźni, czterej rdzenni Francuzi opuścili w odległej dżungli bezbronną dziewczynę, pozostawiając ją jej niepewnemu losowi? Pan Amadeusz Florence i doktór Chatonnay uprzedzili jego zamiary i w ten sposób popsuli efekt wystąpienia, co wszak zawsze jest rzeczą przykrą.
— Nie zarzucam nic panu Florence — mówił w dalszym ciągu, akcentując przy każdem słowie swój zły humor — bo pan Florence jest człowiekiem wolnym i sam może o sobie stanowić. Ale pan, doktorze, jesteś członkiem wyprawy, której przewodnictwo mnie przypadło w udziale. Czyżby pan także planował dezercję i pragnął pozbawić swego szefa ostatniego żołnierza?
— Zapewniam pana, panie pośle... — wyjąkał doktór, który nie spojrzał dotąd na sprawę z tej strony.
— A jeśli nie to było pana intencją, to może przypuszczał pan, że i ja już wybiorę się do Kubo? Ale w takim razie, czyż pan jest powołany do wyznaczania naszej marszruty? Czy w pana rękach spoczywa inicjatywa i do pana należy dawanie mnie nauczek?!...
— Ależ proszę mi wierzyć — starał się przerwać potok słów zapalonego mówcy, biedny doktór Chatonnay.
— Nie, panie doktorze, na to się nigdy nie zgodzę — perorował z zapałem poseł Barsac. — I oznajmiam, że jako odpowiedzialny kierownik nadzwyczajnej parlamentarnej komisji dla zbadania pętli rzeki Nigru, nie przyjmuję pańskich projektów. Przeciwnie, ponieważ jedyny przewodnik, który nam pozostał, należy do panny Buxton i pana de Saint-Bèrain, którzy jedyni tylko w naszem gronie znają język bambaryjski i bez nich nie będziemy mogli porozumiewać się z krajowcami, chcę, pragnę, rozkazuję...
Poseł Barsac, którego głos osiągnął już najwyższe natężenie, zatrzymał się chwilę i skończył już w tonie dużo spokojniejszym.
— ... abyśmy się wszyscy udali poprzez Kubo do pętli Nigru.
— Jakto, panie pośle?... — nie dowierzała własnym uszom panna Buxton.
— Dosłownie, jak powiedziałem — przeciął dyskusję poseł Barsac. — Będzie pani musiała i nadal znosić nasze towarzystwo.
— O, panie pośle... — wyszeptała panna Nina i tym razem rozpłakała się już na dobre.
Ale nie jej jednej kręciły się łzy w oczach. Wzruszenie udzieliło się wszystkim. Mężczyźni starali się je opanować, wykazywali jednak niezwykłe zdenerwowanie i mówili wiele niepotrzebnych rzeczy. Uwagi ich wzajemnie się krzyżowały.
— Będzie to podróż najprostsza w świecie, mamy przecież zapasy żywności — głosił pan Amadeusz Florence.
— Na całych pięć dni — dodał doktór Chatonnay, tak przekonywającym i pełnym zadowolenia głosem, jakgdyby mowa była o sześciu miesiącach.
— Tylko na cztery dni — sprostował poseł Barsac, ale resztę możemy każdej chwili dokupić.
— Poza tem istnieje wszak polowanie — podsunął doktór.
— I rybołówstwo — dodał pan de Saint-Bèrain.
— I owoce, na których znam się niezgorzej — dorzucił doktór Chatonnay.
— Ja umiem przyrządzać jarzyny, kartofle i różne korzenie — wtrącił Tongano.
— A ja robię masło roślinne — chwaliła się Malika.
— Hip, hip, hurrah! — wołał Amadeusz Florence. — Toż to Kapua, ziemia obiecana, raj na ziemi!
— Ruszamy jutro! — zadecydował wreszcie poseł Barsac. — Musimy więc, nie zwlekając, przygotować się do drogi.
Należy tu zanotować rzecz godną uwagi, a mianowicie, że pan Poncin przez cały ten czas nie otworzył ust ani razu, gdyż w chwili, gdy zdecydowano udać się do Kubo, wyciągnął z zanadrza swój olbrzymi notatnik, wypisując w nim niezliczoną ilość cyfr.
— Wszystko składa się bardzo dobrze — rzekł w odpowiedzi na ostatnie słowa posła Barsac’a. — Nic nie szkodzi, że droga przez Kubo jest o czterysta kilometrów dłuższa niż przez Segu-Sikoro.
— Ponieważ krok nasz przeciętnie ma siedemdziesiąt dwa centymetry długości, więc cała ta różnica wyniesie pięćset pięćdziesiąt pięć tysięcy pięćset pięćdziesiąt pięć kroków z ułamkiem. Odrzućmy ten ułamek. Zważywszy, że w ciągu godziny, jak to już wyjaśniłem, robimy trzy tysiące sześćset i jedną dziesiątą kroku, a idziemy codziennie pięć godzin, czterdzieści pięć minut i osiemnaście sekund, więc...
Nikt jednak nie słuchał wywodów pana Poncin’a. Poseł Barsac, doktór Chatonnay, Amadeusz Florence, panna Nina Buxton i pan Agenor de Saint-Bèrain przygotowywali się już do drogi, gdy biedny „uczony“ statysta wciąż jeszcze mówił, liczył, kalkulował...