This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Pan Drops i jego trupa
| Pan Drops i jego trupa Wiersz written by Jan Brzechwa |
|||
W Sandomierzu na przedmieściu
Żyło sobie braci sześciu,
Sześciu synów krawca Dropsa,
Który umarł zjadłszy klopsa.
Tomek z braci był najmłodszy,
Ciągle mówił coś trzy-po-trzy,
Raz do Sasa, raz do lasa -
Więc uchodził za głuptasa.
Włos miał rudy, nos perkaty,
Kusą kurtkę w same łaty
I dziurawe portki w kraty.
Rzekło tedy pięciu braci:
"Tomku, myśmy niebogaci,
A za ciebie nikt nie płaci.
Nic masz żony, nie masz dziatek,
Nic nie robisz na dodatek,
Jesteś głupi - trudna rada -
Dosyć mamy darmozjada!"
Rzecze brat najstarszy: - Tomku,
Jest za ciasno w naszym domku,
Chcesz czy nie chcesz, ruszaj w drogę,
Dużo tobie bać nie mogę,
Koło drogi niedaleko,
Stoi Bocian ponad rzeką,
Przyjm w prezencie go ode mnie,
W dwójkę będzie wam przyjemniej.
Drugi brat powiada: - Tomku,
Idź, pomieszkaj u znajomków,
Ja ci chętnie dopomogę
I coś niecoś dam na drogę.
Za oborą sosna rośnie,
Jest wiewiórka na tej sośnie,
To majątek dla matołka -
Weź ją sobie do tobołka!
"Nie chcę, Tomku rzecze trzeci -
By na świcie było źle ci.
Za stodołą myszka skrobie,
Myszka polna. Weź ją sobie."
Czwarty rzecze: "Ruszaj z Bogiem,
Chętnie dam ci coś na drogę.
Pod parkanem biegnie ścieżka,
A przy ścieżce ślimak mieszka.
Przyjmij, bracie, go od brata,
Choć to dla mnie wielka strata!"
"Wreszcie brat powiada piąty:
Idź, przeszukaj wszystkie kąty,
Znajdziesz w jednym z nich stonogę,
Weź ode mnie ją na drogę,
Bo ci więcej dać nie mogę."
Tomek ścisną ich serdecznie,
Podziękował bardzo grzecznie,
Zapakował swe manatki
W perkalową chustkę w kwiatki,
Wziął na drogę chleba pajdę.
"Może skarb na drodze znajdę?!"
Włożył czapkę, zapiął kurtkę,
A gdy wyszedł - bracia furtkę
Szybko za zatrzasnęli,
Poczekali do niedzieli,
Wreszcie z ulgą odetchnęli.
Idzie Tomek w świat szeroki,
Zamaszyste stawia kroki,
Na grzebieniu gra walczyka,
A tak wabi ta muzyka,
Że tuż za nim środkiem drogi
Kroczy bocian długonogi,
Przystrojony w białe piórka,
Za bocianem mknie wiewiórka,
Za wiewiórką myszka polna,
Za nią ślimak pełznie zwolna,
A stonoga, sapiąc srodze,
Dudni setką nóg po drodze.
Tomek patrzy się z zachwytem
Na skowronki pod błękitem,
Na pasące się owieczki,
Na płynące w poprzek rzeczki
Białe gąski, na obłoczki,
Na prześliczne te widoczki.
Wreszcie usiadł sobie w cieniu,
Grając pięknie na grzebieniu.
I muzyki tej w skupieniu
Słucha bocian, ślimak słucha,
Mysz nastawia pilnie ucha,
A wiewiórka ze stonogą
Wprost nasłuchać się nie mogą.
Tomek przerwał i powiada:
"Zaszczyt dla mnie to nie lada
Tak szanownych mieć słuchaczy.
Niech więc każdy usiąść raczy.
Państwo chyba nie pogardzą,
Miejsca nie brak, proszę bardzo..."
Wszyscy kołem go obsiedli:
- No, a co będziemy jedli?
Bez pieniędzy jeść nikt nie da,
A z pieniędzmi u nas bieda...
Posmutniało towarzystwo:
- Nie nakarmi nas lenistwo!
Bocian duma skubiąc piórka,
Zastanawia się wiewiórka,
Mysz układa plany nowe,
Ślimak łamie sobie głowę,
A stonoga z miną błogą
Dłubie w nosie jedną nogą.
Wreszcie Tomek po namyśle
Rzekł: - Zważyłem wszystko ściśle,
Tworzę trupę! Rozumiecie?
Żyć będziemy znakomicie,
Ludzie lubią przedstawienia,
Zarobimy bez wątpienia.
Wyjmę grzebień, pięknie pogram
I ułożę cały program.
Bocian rzekł: - To nie jest głupie,
Ja wystąpię w twojej trupie.
Ślimak wylazł ze skorupy:
- Ja należę też do trupy!
Mysz krzyknęła: - Świetnie, brawo!
Zatęskniłam już za sławą!
A wiewiórka ze stonogą
Wprost nacieszyć się nie mogą:
- To dogadza nam szalenie!
My - artystki! My - na scenie!
Tomek wziął się do roboty
Pełen werwy i ochoty.
Więc rozejrzał się w zespole,
Poprzydzielał wszystkim role,
Powymyślał co niemiara
Sztuk przeróżnych, sam się stara
Wytresować trupę całą.
Będzie teatr jakich mało!
Towarzystwo się zmachało,
Było głodne, toteż Tomek
Przyniósł trupie garść poziomek,
Mówiąc: - Panie i panowie,
Odpoczniemy w Klimontowie.
To nieduże jest miasteczko,
Niedaleko stad, nad rzeczką.
Za to ludzie nie są skąpi -
Trupa nasza tam wystąpi!
Wstali. Poszli. Z horyzontu
Wyrastają dachy z gontu,
Widać domki: to Klimontów.
A pod niebem, pod wysokim,
Idzie Tomek żwawym krokiem,
Grając pięknie na grzebieniu.
Za nim, w pewnym oddaleniu,
Kroczy bocian długonogi,
Mknie wiewiórka środkiem drogi,
Za wiewiórką - myszka polna,
Za nią ślimak sunie zwolna,
A stonoga, sapiąc srodze,
Zbiera nogi swe po drodze.
W Klimontowie już od rana
Jest sensacja niesłychana,
Każdy ciekaw, każdy pyta:
- Gdzież ta trupa znakomita?
Tłum przygląda się afiszom,
Co na słupach wszystkich wiszą,
Bo w afiszach właśnie piszą:
W Klimontowie dzisiaj hopsa
słynna trópa Pana Dropsa
O godzinie piątej zbiórka:
Popisuje się wiewiórka,
Bocian, ślimak, myszka polna
I stonoga bardzo zdolna.
Pokazane będą sztuki -
Cud zręczności i nauki,
A Pan Drops
na przedstawieniu
Pięknie zagra na grzebieniu.
Bilet można w każdym czasie
Za pięć groszy nabyć w kasie
Już na rynku stoją ławy,
Już się zebrał tłum ciekawy,
Siedzą panie i panienki,
Burmistrz gruby, rejent cienki,
Doktor z włosem jak u jeża
I starosta z Sandomierza.
Dookoła stoi gawiedź
Pragnąć także się zabawić.
Pod apteką zaś, po pracy,
Zgromadzili się strażacy.
Oto piąta już godzina,
Przedstawienie się zaczyna!
Wyszedł więc pan Drops na rynek
I z drewnianych pustych skrzynek
Przy pomocy dwojga dzieci
W mig estradę zgrabną sklecił.
A gdy stanął na tej scenie,
Rzekł: - Zaczynam przedstawienie!
Był pan Drops ubrany godnie:
Z gazet miał uszyte spodnie,
Z rąk zwisała mu zarzutka,
Którą bocian zręcznie utkał,
A wędrowny malarz z łaski
Pomalował w czarne paski.
Nadto miał na czubku głowy
Cylinderek tekturowy,
Malowane sadzą wąsy
I z buraka wielkie pąsy.
Rejent parsknął głośnym śmiechem:
- Ależ mamy z nim uciechę!
- Co za strój! - wołały panie,
Rozśmieszone niesłychanie.
Sędzia śmiał się do rozpuku,
Tłum zaś, tłocząc się na druku,
Wprost ze śmiechu się pokładał:
- To dopiero maskarada!
Tomek chrząknął i w skupieniu
Zagrał polkę na grzebieniu.
Dziwna była to muzyka:
Tomek tańczył, biegał, fikał,
Podskakiwał i przykucał,
Przy czym grzebień w górę rzucał.
Ale grzebień pełen werwy
Poza Tomkiem grał bez przerwy
I wirując mu nad głową,
Grał mazura, po mazurze
Kujawiaka zagrał w górze,
Potem marsza, potem walca -
Tomek wspinał się na palcach
I porządnie się nasapał,
Zanim grzebień wreszcie złapał
I wpakował do kieszeni.
A słuchacze zachwyceni
Z ławek wszyscy powstawali,
Bo muzyka trwała dalej,
Bez ustanku, bez wytchnienia,
Choć nie było już grzebienia.
- Brawo! Brawo! - rzekł starosta. -
Sztuczka nie jest taka prosta!
Za starostą wszyscy żwawo
Zawołali: - Brawo! Brawo!
I bez końca trwały wrzaski,
Brawa, bisy i oklaski.
Na stonogę teraz kolej,
Więc gramoli się powoli,
Wlecze setkę nóg, a na nich
Tyleż ma trzewików tanich.
I przebiera już nogami,
Przytupuje trzewikami,
Zwinna, zgrabna, lekka, wiotka -
To przynajmniej nie czeczotka!
Jedna noga drugą goni,
Trzecia drepcze tuż koło niej,
Czwarta noga z jedenastą,
Sześćdziesiąta z dziewiętnastą,
Osiemnasta z pięćdziesiątą,
Siódma zaś z dziewięćdziesiątą.
Drży estrada w takim pląsie,
A stonogi nogi rwą się,
Jeszcze, jeszcze! - a trzewiki
Przytupują w tak muzyki
- To mi taniec! - rzekł starosta -
Nikt stonodze w nim nie sprosta!
Rejent począł klaskać żwawo,
Tłum zawołał: - Brawo! Brawo!
A stonoga od strażaków
Otrzymała bukiet maków.
Po stonodze w oka mgnienie
Ślimak zjawił się na scenie,
Ze swej muszli wyszedł z wolna,
A w ślad za nim myszka polna.
Mysz wskoczyła na ślimaka,
Ślimak na nią - wkrótce taka
Piramida się zrobiła,
Że się wcale nie kończyła,
W chmurach tkwiąc jak długa kiszka:
Ślimak - myszka, ślimak - myszka,
I raz jeszcze, i na nowo,
Dziw nad dziwy, daję słowo!
Każdy łatwo mógłby przysiąc,
Że ich razem było z tysiąc.
- Brawo! Brawo! - rzekł starosta,
Sztuczka nie jest taka prosta!
Rejent głośno ją wychwalał,
A tłum wprost z zachwytu szalał.
Mysz i ślimak dały nurka,
A zjawiła się wiewiórka
W zwinnych skokach i podskokach.
Całą głowę miała w lokach,
Suknię z piki, czepek z włóczki -
I zaczęła swoje sztuczki.
W łapki brała więc orzechy,
Po czym niby dla uciechy
Między widzów je rzucała
I wciąż kogoś w nos trafiała.
Taki nos trafiony z cicha
Naprzód marszczy się i kicha,
Potem robi się zielony
I od górnej jego strony
Nagle pęd wyrasta wąski,
Puszcza listki i gałązki,
Na gałązkach zaś w pośpiechu
Rośnie orzech przy orzechu.
Tłum je szybko z nosów zrywa,
A orzechów wciąż przybywa,
Już ich leżą całe stosy.
Wprost podziwiać takie nosy!
Wtem wiewiórka swym ogonem
Pomachała w lewą stronę -
Wszystko z nosów nagle znikło,
Więc przybrały postać zwykłą.
Rzekł starosta: - Dziw nad dziwy!
Rejent krzyknął: - Cud prawdziwy!
Burmistrz nic już nie rozumiał,
A tłum cieszył się jak umiał.
Przyszła kolej na bociana.
Bocian, postać dobrze znana,
Wyszedł w dużych okularach,
W meloniku, w getrach szarych,
Z gestem pełnym uprzejmości
Złożył ukłon publiczności,
Pyknął dziobem niby fajką
I zniósł wielkie, białe jajko.
Potem stanął wprost na dziobie,
Zadarł w górę nogi obie
I jak piłkę wrzucił na nie
Piękne jajko swe bocianie.
To ostrożnie je obróci,
To przerzuci, to obróci,
Nagle... co to? W jajku dziurka -
Wyskakuje z niej wiewiórka,
Za wiewiórką myszka polna,
Za nią ślimak pełznie z wolna,
Za ślimakiem zaś, nieboga,
Ukazała się stonoga,
Wreszcie wyszedł ze skorupy
Sam pan Drops, dyrektor trupy.
- Brawo! Brawo! - rzekł starosta. -
Sztuczka nie jest taka prosta!
Burmistrz milczał, cały blady,
Rejent podbiegł do estrady,
Trupę tak jak mógł wychwalał,
A tłum wprost z zachwytu szalał.
Po skończonym przedstawieniu
Tomek jeszcze na grzebieniu
Zagrał marsza i czym prędzej
Jał obliczać stos pieniędzy.
Bocian dochód obliczony
Poukładał mu w rulony,
Których było z pięć tysięcy,
Jeśli nie dwa razy więcej.
Te pieniądze po troszeczce
Poprzewoził strażak w beczce,
Po czym trupa w restauracji
Siadła wreszcie do kolacji.
Tomek jadł za wszystkie czasy:
Spałaszował metr kiełbasy,
Dwa talerze kapuśniaku,
Cynaderki, miskę flaków,
A na deser mu podano
Talerz malin ze śmietaną.
Bocian połknął cztery leszcze,
Potem tuzin płotek jeszcze,
A to wszystko z wielkim smakiem
Zagryzł karpiem i szczupakiem.
Dla ślimaka i stonogi
Przyniesiono dwa pierogi,
Mysz dostała połeć sadła,
A wiewiórka pestki jadła.
Radość trupy była wielka:
Za butelką szła butelka,
Aż tryskała limoniada.
Wreszcie Tomek tak powiada:
- Wszystko poszło znakomicie,
Zarobiliśmy na życie,
Starczy nam na cztery lata,
Trupa stała się bogata,
Po niedolach naszych wielu
Dziś wyśpimy się w hotelu,
Elegancko, w miękkich łóżkach,
Pod kołdrami, na poduszkach...
Ślimak w dobrym był humorze;
Krzyknął: - Świetnie, dyrektorze,
Dziś wyłażę z mej skorupy
I śpię w łóżku obok trupy!
Hotel tonął jeszcze we śnie,
Kiedy rankiem, bardzo wcześnie,
Zajechały samochody
Kieleckiego wojewody.
Blednie służba hotelowa,
Biegnie burmistrz Klimontowa,
A tymczasem wojewoda
Szybko wchodzi już po schodach
I powiada z miną mopsa:
- Gdzie śpi trupa pana Dropsa?
Służba tylko w pas się kłania,
Bo nic nie ma do gadania,
A hotelarz w rannym stroju
Drzwi otwiera do pokoju,
Gdzie śpi trupa w sześciu łóżkach,
Pod kołdrami, na poduszkach.
Ślimak zerwał się z poduszki
I ciekawie podniósł różki,
Bocian klasnął tylko dziobem:
- Skądsiś znam już tę osobę.
Tomek widząc tylu ludzi
Ziewnął: - Po co nas się budzi?
Wojewoda się uśmiechnął:
- Panie Dropsie, proszę, niech no
Pan się zbudzi. Bo jest moda
Stać, gdy mówi wojewoda!
Tomek zerwał się z posłania,
Już przeprasza, już się kłania,
A z nim razem trupa cała
Wojewodą powitała.
Wojewoda się uśmiechnął:
- Panie Dropsie, proszę niech no
Pan odwiedzi miasto Kielce,
Będę panu wdzięczy wielce,
Mam ja w Kielcach chorą wnuczkę,
Może znacie jaką sztuczkę,
Którą wnuczkę mą rozśmieszy,
Rozweseli i pocieszy.
Nie poskąpię wam nagrody,
Jestem pewien waszej zgody,
Już czekają samochody.
Odrzekł Tomek: - Bez wątpienia
Skorzystamy z zaproszenia!
Jedzie trupa gładką szosą,
Samochody lekko niosą.
W pierwszym siedzi wojewoda,
W drugim Tomek, a opodal
W trzecim reszta trupy jedzie -
Będą w Kielcach na obiedzie.
Bocianowi jest za ciasno,
Więc językiem tylko mlasnął
I wysunął dziób od razu
Niby strzałkę drogowskazu.
Kiedy dobrzy są szoferzy,
Wszystko idzie jak należy.
Przed mieszkanie wojewody
Zajechały samochody
I już jeden z sekretarzy
Uprzejmością gości darzy.
Służba wita wojewodę,
Wojewoda idzie przodem.
- Proszę tędy i na prawo...
Tomek za nim kroczy żwawo,
Bocian stąpa gubiąc piórka,
Za bocianem mknie wiewiórka,
Za wiewiórką myszka polna,
Za nią ślimak sunie zwolna,
A stonoga sapiąc srodze
Zbiera nogi swe po drodze.
Wojewoda rzecze dumnie:
- Trupa dziś wystąpi u mnie,
Wnuczka będzie zachwycona,
Państwo wejdą, otóż ona...
Leży wnuczka w miękkich puchach,
Na pierzynkach, na poduchach,
Główka cała w złotych loczkach,
Dołki w buzi, smutek w oczkach,
Wątłe rączki na kołderce,
Aż się wszystkim kraje serce.
Wojewoda rzekł z westchnieniem:
- Takie mam z nią utrapienie,
Wciąż jej nudno, zawsze nudno,
Wprost poradzić sobie trudno...
A panienka leży w łóżku,
Kręci loczek na paluszku:
- Tak mi nudno, gdy się zbudzę,
Chyba się na śmierć zanudzę!
Wojewoda rzekł z westchnieniem:
- Proszę zacząć przedstawienie!
Ledwie rzekł to, a już hopsa
Cała trupa pana Dropsa
I przy łóżku małej wnuczki
Pokazuje swoje sztuczki.
Panna naprzód kaprysiła,
Wnet się jednak rozchmurzyła,
Przyglądała się ciekawie
I tak długo chichotała,
Aż zupełnie wyzdrowiała.
Wojewoda w tej radości
Ucałował drogich gości
I dziękował im serdecznie,
I tak prosił bardzo grzecznie:
- Zamiast tułać się po świecie,
U mnie wszyscy zostaniecie,
Zamieszkacie w oficynie,
Moja kuchnia w Kielcach słynie,
Nadto, jakem wojewoda,
Nie ominie was nagroda.
A panienka klaszcze w ręce:
- Już się nie chcę nudzić więcej,
Bez was żyć nie będę w stanie!
Panie Dropsie, pan zostanie!...
No, i trupa pozostała
Stąd powstała bajka cała,
Którą w Kielcach bez wahania
Opowiada każda niania.
Tomek został, choć był młody,
Sekretarzem wojewody,
Trupa zaś dla ślicznej wnuczki
Wymyślała nowe sztuczki.
Tomek wezwał swoich braci
I wdzięczności dług im spłacił:
Dał każdemu dom z ogrodem,
Z krową, z psem i z samochodem.
Z czasem wnuczkę wojewody
Wziął za żonę, sprawił gody,
Z żoną syna miał - Tomasza,
Ale to już rzecz nie nasza.
Error creating thumbnail: WARNING: The convert command is deprecated in IMv7, use "magick" instead of "convert" or "magick convert" convert: IDAT: invalid distance too far back `/usr/share/mediawiki/images/a/a0/I-white.on.blue.png' @ error/png.c/MagickPNGError/1308. convert: no images defined `/tmp/transform_f5b109f894d9.png' @ error/deprecate.c/ConvertImageCommand/3375. Error code: 1
This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain.
See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 59 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |