This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/I/01
| Hector Servadac Część I. Rozdział I. written by Juliusz Verne |
Rozdział II→ | ||
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |

w którym poznajemy Hectora Servadac’a i jego rywala.
Nie, kapitanie, pod żadnym pozorem nie ustąpię!
– Żałuję bardzo, hrabio, ale pańska opinja nie zmienia w niczem mego stanowiska.
– Mówi pan serjo?
– Najpoważniej w świecie.
– Zwrócę panu zatem uwagę, że przysługuje mi prawo pierwszeństwa.
– Nie sądzę, gdyż w podobnych sprawach pierwszeństwo nie gra roli.
– Potrafię pana zmusić do ustąpienia mi miejsca, kapitanie!
– Trudno mi w to uwierzyć, hrabio!
– Przypuszczam, że szpada…
– Równie dobrze jak pistolety…
– Oto moja karta!
– Służę moja…
Po tych słowach ostrych jak cięcie szpady, przeciwnicy wymienili bilety wizytowe. Na jednym z nich widniał napis:
Hector Servadac
Kapitan sztabowy.
Mostaganem.
Na drugim:
Hrabia Wasyl Timaszew.
Na pokładzie dwumasztowca „Dobryna”.
W chwili rozstania hrabia Timaszew rzucił pytanie:
– Gdzie moi sekundanci mogą się spotkać z pańskimi?
– O ile to panu dogadza – brzmiała odpowiedź Hectora Servadac’a – może to nastąpić o godzinie 2-ej popołudniu w sztabie.
– W Mostaganem!
– W Mostaganem.
To mówiąc, przeciwnicy wymienili sztywne ukłony.
W ostatniej jednak chwili hrabia Timaszew zauważył jeszcze:
– Zdaje mi się, kapitanie, że należałoby zataić istotny powód pojedynku.
– Jestem tego samego zdania – odparł Servadac.
– Żadne nazwisko nie może być wymienione.
– Niewątpliwie.
– Jaki więc podamy motyw?
– Ach, to bagatela, może to być np. spór z dziedziny muzyki, o ile pan niema nic przeciwko temu!
– Doskonale.
Poczem hrabia Timaszew i oficer sztabowy wymienili raz jeszcze pożegnalne ukłony i rozstali się ostatecznie.
Powyższa scena rozegrała się w godzinach południowych na krańcu małego przylądka wybrzeża Algeru, pomiędzy Tenez i Mostaganem, w odległości trzech mniej więcej kilometrów od ujścia rzeki Szeliw. U stóp przylądka, wyniesionego na kilkadziesiąt metrów nad poziom morza, zamierały błękitne wody Śródziemnego morza, liżąc czerwone żelaziste głazy wybrzeża. Był dzień 31-y grudnia. Słońce, które o tej porze raziło zazwyczaj tysiącem palących promieni wyniosłości wybrzeża, skryło się dnia tego za nieprzeniknioną zasłoną chmur. Gęsta mgła otulała morze i ląd. Z niewytłumaczonych i niezrozumiałych powodów świat cały już od dwóch miesięcy spowity był w mgłę bardzo utrudniającą komunikację między kontynentami. Nie należy to jednak w tej chwili do naszego opowiadania.
Hrabia Timaszew, po rozstaniu z oficerem sztabowym, skierował się do małej przystani, skąd lekka łódeczka uniosła go ku jachtowi, który z rozwiniętemi żaglami stał wpobliżu na kotwicy.
Kapitan Servadac tymczasem skinął na ordynansa, który stał nieopodal, trzymając za uzdę wspaniałego arabskiego rumaka. Oficer lekko wskoczył na konia i skierował się w stronę Mostaganem. Za nim podążał, na równie chyżym biegunie, ordynans. Zegar wskazywał godzinę 12 m. 30, gdy jeźdźcy wpadli na świeżo zbudowany most na rzece. O pierwszej minut czterdzieści pięć spienione rumaki mijały bramę Ma-scara, jedną z pięciu przebitych w obronnym murze ufortyfikowanego miasta.
W roku, o którym mowa, Mostaganem liczyło piętnaście tysięcy mieszkańców, w czem trzy tysiące Francuzów. Była to bądź co bądź stolica prowincji Oran i siedziba władz wojskowych. Poza tem wyrabiano tu wspaniałe materje, wzorzyste maty, przeróżne przedmioty z safjanu. Stąd wysyłano do Francji ziarno, bawełnę, wełnę, bydło, figi i winogrona. W mieście nie było już śladu dawnego prymitywnego portu, w którym okręty zdane były na łaskę złych wiatrów. Nowy port w Mostaganem pozwalał na dogodny wywóz wszystkich przyrodzonych bogactw Miny i dolnego Szeliwu.
Tylko dzięki owej pewnej przystani jachcik Dobryna mógł zaryzykować przezimowanie w zatoce, której nadbrzeżne skały nie dawały żadnego schronienia. Od dwóch miesięcy już stał w porcie ten dwumasztowiec z rosyjską banderą. Na maszcie powiewał znak francuskiego Jachtklubu.
Gdy kapitan Servadac dopadł bram miasta, skierował się natychmiast do dzielnicy wojskowej, odszukał komendanta 2-go pułku strzelców i kapitana ósmego pułku artylerji, dwóch przyjaciół, na których mógł liczyć.

Oficerowie wysłuchali w poważnem skupieniu Servadac’a, pragnącego w nich widzieć swoich sekundantów, nie mogli się jednak powstrzymać od ironicznych półuśmiechów, gdy przyjaciel jako powód pojedynku podał sprzeczkę wynikłą pomiędzy nim i hrabią Timaszewem, na temat różnicy w upodobaniach muzycznych.
– A możeby się dało sprawę załatwić polubownie? – zauważył komendant 2-go pułku strzelców.
– O tem proszę nawet nie wspominać – brzmiała twarda odpowiedź Hectora Servadac’a.
– Przy obustronnej dobrej woli i drobnych ustępstwach… – podjął kapitan artylerji.
– Nie może być mowy o kompromisie pomiędzy Wagnerem i Rossinim – odparł poważnie oficer sztabowy. – Trzeba się wyraźnie wypowiedzieć za jednym lub za drugim. W danym wypadku obrażono Rossiniego. Ten warjat Wagner napisał o nim stek idjotyzmów, postanowiłem więc pomścić Rossini’ego.
– Należy przytem zważyć – ciągnął komendant – że cięcie szablą nie zawsze jest śmiertelne.
– Zwłaszcza, gdy nie pozwolę, by tknęło mnie jej ostrze – odciął zręcznie Servadac.
Po tem oświadczeniu obaj oficerowie udali się do sztabu, gdzie punktualnie o godzinie drugiej mieli spotkać sekundantów hrabiego Timaszewa.
Należy tu zaznaczyć, że ani komendant strzelców, ani kapitan artylerji nie byli przekonani przez swego przyjaciela co do motywów pojedynku. Podejrzewali oni, być może, istotną przyczynę, ale nie chcąc urazić kapitana, udawali, że wierzą jego wywodom.
Po upływie dwóch godzin byli już zpowrotem, ustaliwszy ze świadkami przeciwnika warunki pojedynku. Hrabia Timaszew zgodził się bić na szable, broń żołnierska.
Przeciwnicy mieli się spotkać nazajutrz, dnia 1-go stycznia o godzinie 9-ej rano na terenie skał nadmorskich, odległych o jakieś trzy kilometry od ujścia Szeliwu.
– A zatem do jutra, z punktualnością wojskową – rzekł komendant.
– Najpunktualniej w świecie – odparł Hector Servadac.
Poczem obaj oficerowie uścisnęli serdecznie dłoń przyjaciela.
Kapitan Servadac wspiął konia ostrogą i niezwłocznie opuścił mury miasta. Od dwóch tygodni już nie zaglądał do swego mieszkania na Placu Broni. Mając powierzoną sobie poważną pracę topograficzną w okolicy Mostaganem, zamieszkiwał chatę arabską u ujścia rzeki Szeliw. Za jedynego i wyłącznego towarzysza miał ordynansa, i postronny obserwator mógłby posądzić pustelnika kapitana o odbywanie jakiejś pokuty lub kary.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |