This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/03

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział II Hector Servadac • Część I. Rozdział III. • written by Juliusz Verne Rozdział IV→
←Rozdział II Hector Servadac
Część I. Rozdział III.
written by Juliusz Verne
Rozdział IV→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział III,
w którym poetycką wenę kapitana Servadac’a rozprasza niepojęty wstrząs.


Chata arabska jest rodzajem namiotu z dachem krytym słomą; jest ona nieco wygodniejsza od namiotów koczujących plemion arabskich, ale nie da się nawet przyrównać do budynków z kamienia i cegły.

Chata zamieszkana przez kapitana Servadac’a była zwykłą sobie lepianką, która nie zaspokoiłaby potrzeb lokatorów, gdyby nie przylegał do niej kamienny budynek, dający schronienie Ben-Zoufowi i obu wierzchowcom. W domku tym, zajętym poprzednio przez oddział pionierów, poniewierały się jeszcze przeróżne narzędzia, w rodzaju motyk, kilofów i łopat.

Mieszkanie to pozostawiało, rzecz prosta, wiele do życzenia, ale kapitan i jego ordynans nie wymagali w zakresie pomieszczenia i żywności luksusu.

– Ze zdrowym żołądkiem i filozoficznym poglądem na świat można urządzić się wszędzie – mawiał zawsze pogodny i wesoły kapitan.

Z filozofją ma się rzecz, jak z drobnemi w kieszeni Gaskończyka, nie zabraknie jej nigdy. Co zaś do żołądka Hectora Servadac’a, to nie zaszkodziłoby mu nawet wchłonięcie wszystkich wód Garonny.

Ben-Zouf ze swej strony był chyba – uwzględniamy tu teorję reinkarnacji[1] – w poprzedniem swem życiu strusiem, i z dawnego wcielenia zachował po dziś dzień żelazne jelita i żołądek, trawiący z równą łatwością kamienie, jak kotlety z pulardy.

Należy tu zaznaczyć, że przygodni goście biednej lepianki zaopatrzeni byli w żywność na przeciąg miesiąca, ogromna cysterna dostarczała im poddostatkiem wody do picia, obrok dla koni wypełniał aż po stropy strych stajni, ponadto okolica, w której obozowali, była wyjątkowo żyzna i obfitowała w zwierzynę.

Powróciwszy do domu, kapitan Servadac zasiadł z wilczym apetytem do stołu. Ben-Zouf był wyśmienitym kucharzem. Solił, pieprzył i zaprawiał octem, iście po żołniersku. Ale obaj stołownicy znosili świetnie te palące i gryzące pikanterje, obce im bowiem było uczucie niestrawności.

Po obiedzie, podczas gdy ordynans chował starannie resztki libacji, Hector Servadac z papierosem w ustach udał się na przybrzeżne skały zaczerpnąć powietrza.

Dzień miał się ku schyłkowi. Słońce, ukryte za gęstemi chmurami, znikło za linją horyzontu. Ciemności nocy spowiły ziemię. Niebo tylko było jakieś dziwne i widok jego bezwzględnie zastanowiłby każdego badacza zjawisk kosmicznych. Od strony północy widać było, mimo że wzrok ludzki sięgał w ciemności tylko na odległość pół kilometra, czerwonawe światło, które blaskiem swym nasycało ciężkie mgły rozsnute w powietrzu. Meteorolog byłby w nielada kłopocie, do jakiej kategorji zjawisk zaliczyć dziwne światła tej ostatniej w roku nocy.

Ale kapitan Servadac nie był meteorologiem i od czasów szkolnych nie tknął z pewnością kosmografji. Zresztą, dzisiejszego wieczora nie był usposobiony do zgłębiania tajników niebieskiego firmamentu. Włóczył się bez celu i palił papierosy. Czyżby pochłaniała go tak myśl bliskiego pojedynku z hrabią Timaszewem. Jeśli wracał nawet myślą do tej sprawy, to w każdym razie były to niewinne refleksje, które nie podsycały w nim nienawiści do rywala. Obaj przeciwnicy bowiem nie byli względem siebie wrogo usposobieni. Chodziło im tylko o wyjaśnienie sytuacji, w której obecność jednego z nich była zbędna. Hector Servadac uważał hrabiego za urodzonego gentlemana, hrabia zaś ze swej strony żywił dla kapitana najgłębszy szacunek.

Około godziny ósmej kapitan powrócił do swej izdebki, w której stało łóżko, mały pulpit do pracy i kilka waliz, spełniających role szuflad i szaf. Przygotowania kulinarne odbywały się w sąsiednim budynku, tam też sypiał Ben-Zouf, któremu twardy jak kamień tapczan nie przeszkadzał bynajmniej spać po dwanaście godzin na dobę.

Kapitana nie ciągnęło jeszcze łóżko. Siadł więc przy stole zarzuconym przyborami do pracy. Machinalnie wziął do ręki czerwono-niebieski ołówek, w drugą zaś dłoń ujął kompas. Na rozłożonym papierze począł kreślić jakieś esy i floresy, które w niczem nie przypominały systematycznych kreśleń z dziedziny topografji.

W tym czasie Ben-Zouf, który nie otrzymał jeszcze rozkazu udania się na spoczynek, wyciągnął się w kącie pokoju na podłodze i usiłował drzemać. Dziwne podniecenie jego pana spędzało mu jednak sen z powiek.

Wypada stwierdzić, że w danym momencie przy stole pracy zasiadł nie oficer sztabowy, lecz poeta-Gaskończyk. Tak jest! Hector Servadac robił nieludzkie wysiłki. Zapalił się do ody, chciał tworzyć za wszelką cenę, ale zbrakło mu natchnienia i nie wiedział co czynić, aby je zdobyć.

W każdym razie pracował ciężko.

– A, do kroćset! – zaklął siarczyście. – Czemuż wybrałem tę formę wiersza, która mnie zmusza do uganiania się wciąż za temi samemi rymami, jak za zbiegami w czasie bitwy. – Ale nie ustąpię! Będę walczył do upadłego! I pokażę, że oficer francuski nie ulęknie się trudności rymotwórstwa. Każda strofka jest wygraną walką!

– Cóż tam tak mruczy mój kapitan – myślał, przewracając się z boku na bok, Ben-Zouf. – Oto już od godziny miota się, jak mucha w ukropie! Z pewnością pisze wiersze – zakonkludował Ben-Zouf, podnosząc się z legowiska.

– Cóż za niespokojne rzemiosło! Nie sposób się tu zdrzemnąć!

I westchnął boleśnie.

– Co ci się stało, Ben-Zouf? – zagadnął kapitan.

– Nic, kapitanie. Miałem męczące sny!

– Bodaj cię djabli!…

– Bardzobym tego pragnął i byłbym nawet rad porwaniu, byleby djabeł nie był poetą!

– Ten ciołek przerwał mi wenę! – jęknął strapiony oficer. – Ben Zouf!

– Słucham, kapitanie, – odparł ordynans, stając w postawie na baczność.

– Stój, nie ruszaj się, nie drgnij nawet! Jestem właśnie w natchnieniu!

Nie zdążył wypowiedzieć tych słów, gdy jakaś tajemnicza siła rzuciła go gwałtownie o ziemię. Ten sam los spotkał Ben-Zoufa.


Przypis

  1. ↑ Reinkarnacja – wcielenie się duszy po śmierci w inny organizm ludzki lub zwierzęcy. Taką wiarę w wędrówkę duszy po śmierci mieli starożytni Egipcjanie. (Przyp. tłum.).

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top