This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/I/06
| ←Rozdział V | Hector Servadac Część I. Rozdział VI. written by Juliusz Verne |
Rozdział VII→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym jest mowa o dziwnych zmianach, zaobserwowanych w porządku wszechświata.
Znając awanturnicze, żądne przygód usposobienie kapitana Servadac’a, łatwo pojąć, że niezwykłe wypadki ostatniej doby nie zgasiły jego wybujałej fantazji. Ale mniej obojętny od Ben-Zoufa, pragnął poznać źródło tych wszystkich zjawisk. Interesowały go przyczyny, skutkami nie przejmował się zbytnio. Taki już dziwny był jego stosunek do otaczającego świata. Poświęciwszy zatem tyle czasu, ile na to pozwalał bujny jego temperament, obserwacji skutków przewrotu, zajął się zkolei wyłącznie badaniem przyczyn przeżywanego fenomenu natury.
– U licha! – zawołał, gdy znienacka otoczyły go zupełnie ciemności. – Chciałbym rozejrzeć się w tem wszystkiem za białego dnia… przewidując oczywiście, że jak ongiś bywało, i po tej nocy nastanie dzień, bo niech mnie djabli wezmą, jeżeli rozumiem, gdzie właściwie podziało się słońce!
– I cóż poczniemy teraz, kapitanie?
– Pozostaniemy tu do jutra i, jeśli to jutro wogóle nadejdzie, rozejrzymy się po okolicy, poczem wrócimy do siebie. Przedewszystkiem należy sobie zdać sprawę z tego, gdzie jesteśmy i co się właściwie stało. Zwiedziwszy więc wybrzeże zachodnie i południowe…
– O ile będzie jeszcze istniało jakieś wybrzeże – wtrącił Ben-Zouf.
– I jakieś południe! – dorzucił kapitan Servadac.
– Więc można się wyciągnąć i spać?
– Można się wyciągnąć i spać, o ile można.
Ben-Zouf nie dał sobie tego dwa razy powtórzyć. Niewzruszony przeżyciami dnia, położył się w zacisznym kąciku, zasłonił twarz rękoma i zasnął snem prostaczka, zazwyczaj mocniejszym od snu filozofa.
Kapitan Servadac błądził samotnie po nowem wybrzeżu w labiryncie niewyjaśnionych i tajemniczych znaków zapytania.
Jakie są rozmiary katastrofy? Czy objęła ona tylko pewną określoną część Afryki? Czy pobliskie miasta, a w tej chwili jakże dalekie: Alger, Oran, Mostaganem zostały oszczędzone? Czy wszystkich przyjaciół i towarzyszów broni pochłonęła woda, czy też morze Śródziemne zajęło tylko deltę Szeliwu. Wystąpienie morza z brzegów można ostatecznie wytłumaczyć trzęsieniem ziemi, ale cóż oznaczają te liczne zaobserwowane zjawiska kosmiczne?
Inna hipoteza. A może rzeczone obszary afrykańskie zostały nagle przeniesione w strefę równika? To przypuszczenie wyjaśniłoby coprawda nowy łuk dzienny, zakreślony przez słońce, oraz zupełny zanik wieczornego zmroku, nie dawałoby jednak odpowiedzi na sześcio zamiast dwunastogodzinny dzień, ani nie tłumaczyłoby, dlaczego słońce wschodzi na zachodzie i zachodzi na wschodzie.
– A jednak nie ulega najmniejszej wątpliwości – rozumował kapitan Servadac – że dzień dzisiejszy trwał zaledwie sześć godzin i że porządek świata wywrócił się do góry nogami, a w każdym razie wschód i zachód zamieniły swe role. Sprawdzimy to zresztą jutro, gdy słońce wzejdzie, o ile wogóle będzie jeszcze wschodziło!
Kapitan Servadac stał się nieufny i podejrzliwy.
Złościły go niepomiernie panujące wokół ciemności i zupełny brak gwiazd na niebie. Chociaż niebardzo obznajomiony był z kosmografją, orjentował się jednak w układzie zasadniczych konstelacyj niebieskich, mógłby więc sprawdzić, czy np. gwiazda polarna jest na właściwem miejscu, czy też zastępuje ją gwiazda inna, co znów świadczyłoby wymownie o zmianie a nawet odwróceniu obrotu ziemi dookoła osi i tłumaczyłoby pewne niejasne dotąd zjawiska. Ale niebo pokrywały gęste ołowiane chmury i ani jedna gwiazda nie ukazała się oczom chciwego obserwatora.
Księżyc zaś był w tej porze miesiąca na nowiu, jasnem więc było, że zniknął wraz ze słońcem za linją horyzontu i zbyteczne było nań oczekiwać.
Jakież było zdziwienie kapitana Servadac’a, gdy po półtoragodzinnej przechadzce zauważył powyżej horyzontu silny blask, przeświecający poprzez żółtą masę chmur.
– Księżyc! – zawołał. – Ależ nie, to nie może być księżyc! Światło księżyca nie jest tak silne, chyba… że się niepomiernie zbliżył do Ziemi.
Istotnie, światło było tak silne, że zupełna jasność rozlała się po okolicy.
– Czyżby to było słońce? – zapytywał sam siebie oficer. – Ależ upłynęło zaledwie półtorej godziny od chwili, gdy zaszło na wschodzie! Jeśli zaś przypuścić, że to nie jest ani słońce, ani księżyc, w takim razie cóżby to być mogło! Jakaś kula ognista, olbrzymi meteor! O, Boże! Te skłębione chmury nie rozejdą się chyba nigdy!
Poczem, zmieniając nagle kierunek myśli:
– Czy nie zrobiłbym lepiej – wyrzucał sam sobie – poświęcając część tak głupio zmarnowanego czasu w przeszłości astronomji? Kto wie? Może zjawiska, nad któremi łamię sobie bezskutecznie głowę, są zupełnie proste i zrozumiałe?
Nieprzeniknione były tajniki nowego firmamentu. Olbrzymia łuna, rzucana najwidoczniej przez świetlną tarczę gigantycznych rozmiarów, oświetlała swemi promieniami ponurą kopułę chmur w przeciągu całej godziny. Poczem, szczegół godny zanotowania, świetlny ten krąg, zamiast opisać, zgodnie z odwiecznemi prawami mechaniki niebieskiej, łuk na niebie i zniknąć po przeciwległej stronie horyzontu, posuwał się wzdłuż linji prostej aż zginął, unosząc z sobą tajemniczą jasność, która wlewała otuchę w serce Servadac’a.
Wszystko ogarnęły na nowo ciemności, w głowie zaś kapitana Servadac’a panował również mrok beznadziejny. Nie zrozumiał absolutnie nic. Zachwiane zostały najelementarniejsze zasady mechaniki, strop niebieski podobny był do zegara, którego główna sprężyna odmówiła nagle posłuszeństwa i wyprawiała najdziksze brewerje, planety wyłamywały się z odwiecznych praw powszechnego ciążenia i nie było już żadnego powodu przypuszczać, że słońce jeszcze wogóle kiedykolwiek promieniami swemi oświetli kulę ziemską.
W trzy godziny później jednakże na zachodzie zajaśniała nagle promienna gwiazda dnia, rozproszyła masy chmur i po nocy, która, jak to stwierdził kapitan Servadac, trwała równo sześć godzin, nastąpił dzień.
Sześć godzin snu nie wystarczało Ben-Zoufowi, który wciąż jeszcze chrapał zawzięcie. Trzeba było obudzić śpiocha.

Hector Servadac potrząsnął nim z całych sił.
– Dalej! Wstawaj, w drogę! – zawołał.
– Ależ, kapitanie – mamrotał Ben-Zouf, przecierając oczy – zmęczony jestem, dopiero co zasnąłem!
– Spałeś cała noc!
– To była noc?…
– Noc sześciogodzinna, musisz się z tym faktem pogodzić.
– Trudna rada, zgadzam się.
– W drogę! Nie mamy czasu do stracenia. Wracamy czem prędzej do naszej chaty i sprawdzimy, co porabiają konie.
– Dziwią się pewnie, że o nich zapomniano – odparł ordynans – zaraz też się do nich wezmę, kapitanie.
– Dobrze, dobrze, tylko pośpieszaj. Osiodłasz konie i ruszymy z wywiadem, bo dotychczas przecież nie wiemy, co się stało z Algerem.
– A potem?
– A potem, jeśli nie dostaniemy się do miasta od południa, spróbujemy drogi przez Tenez od wschodu.
Kapitan Servadac i jego ordynans znaleźli się ponownie na skalistej ścieżce, mającej ich zaprowadzić do celu. Ponieważ głód dawał się im już porządnie we znaki, zrywali po drodze zwisające z drzew figi, daktyle i pomarańcze. Na tym opuszczonym zupełnie terenie, zamienionym pracą rąk ludzkich w rozległy, wspaniały sad, nie mieli się czego obawiać, nie był groźny pokrzywdzony właściciel. Jedli więc do woli i do syta.
Po blisko półtoragodzinnym marszu przyszli do chaty. Tu nic się nie zmieniło. Nikt w czasie ich nieobecności nie zajrzał do tego zakątka. Najwidoczniej wschodnia połać terenu była równie pusta i bezludna, jak zachodnia, którą już przemierzyli własnemi nogami.
Prędko uwinęli się z przygotowaniami do drogi. Ben-Zouf wypełnił sakwy w siodłach zapasami żywności, wziął kilka puszek konserw i suchary. O napoje się nie troszczył, wody było wszak poddostatkiem. Liczne wartkie strumyki przecinały równinę. Dawne dopływy rzeki, usamodzielnione obecnie, wpadały wprost do morza Śródziemnego.
Zefir, koń kapitana Servadac’a i Galette, szkapa Ben-Zoufa, osiodłane zostały w mgnieniu oka. Dwaj jeźdźcy dosiedli rumaków i pogalopowali w kierunku Szeliwu.

Jednocześnie okazało się, że lekkość ciała i wzrost sił udzielił się również zwierzętom, które w tym samym, co i ludzie, stosunku odczuły nagłe zmiany. Nie były to już zwykłe wierzchowce, ale jakieś latające gryfy, których nogi zaledwie dotykały ziemi. Na szczęście Hector Servadac i Ben-Zouf byli świetnymi jeźdźcami, nietylko nie hamowali, ale raczej podniecali jeszcze konie do szybszego biegu. Mknęli zaiste lotem strzały.
W niespełna dwadzieścia minut przebyli osiem kilometrów, dzielące ich od ujścia Szeliwu i, zwolniwszy nieco biegu, posuwali się wzdłuż byłego prawego wybrzeża w kierunku południowo-wschodnim.
Tu krajobraz nie zmienił się zupełnie. Jak okiem sięgnąć, aż po linję horyzontu, widoczna była tylko woda i woda… A zatem wszystkie tereny prowincji Oranu położone wgórę od Mostaganem, a przynajmniej ta ich część, której granicę zakreślała linja horyzontu, pochłonięte zostały w nocy z 31-go grudnia na 1-go stycznia przez morze.
Kapitan Servadac znał doskonale cały ten kraj, był to wszak teren jego badań i prac naukowych. Niedawno dopiero przemierzał go wszerz i wzdłuż, orjentował się więc wyśmienicie. Postanowił sobie po możliwie najdokładniejszym wywiadzie złożyć raport, lecz komu, gdzie i kiedy, tego nie wiedział.
W czasie pozostałych czterech godzin dnia obaj jeźdźcy przebyli jeszcze około trzydziestu pięciu kilometrów. Nocą obozowali pod gołem niebem, w miejscu, gdzie wczoraj jeszcze wpadał do rzeki dopływ Mina, dziś już pochłonięty przez nowopowstałe, wszystko ogarniające morze.
Podczas całej wycieczki nie spotkali żywej duszy, co było nietylko zastanawiające, ale i przykre.
Ben-Zouf urządził nocleg, jak tylko mógł najwygodniej. Konie spętał, pozwalając im skubać dowoli puszystą trawę. Noc minęła bez przygód.
Następnego dnia, 2-go stycznia, a właściwie w chwili, w której według dawnego kalendarza ziemskiego rozpoczynałaby się noc z 1-go na 2-gi stycznia, kapitan Servadac i jego ordynans ponownie dosiedli rumaków, udając się na dalsze zwiady. Wyruszyli o wschodzie słońca i w ciągu sześciogodzinnego dnia przebyli przestrzeń siedmdziesięciu kilometrów.
Linję graniczną lądu stanowił wciąż jeszcze dawny prawy brzeg rzeki. Jednakże w odległości dwudziestu kilometrów od dawnego dopływu Szeliwu brzeg się urywał i wraz z nim znikła miejscowość Swikel-mitton z jej ośmiuset mieszkańcami. Czy podobnemu losowi nie uległy i inne, większe miasta, jak Mazagran, Mostaganem, Orleansville, to niepokojące pytanie zadawał sobie kapitan.
Okrążając małą nowopowstałą zatoczkę, wpadli na stromy, skalisty brzeg rzeki, gdzie wczoraj jeszcze wznosił się ratusz. Nic nie zdradzało istnienia wspaniałej budowli; nawet górujący nad nim szczyt skalny Mankoura, wznoszący się na tysiąc sto dwadzieścia sześć metrów nad poziom morza, zginął bez śladu.
Wieczorem nasi wędrowcy rozbili obóz w miejscu, gdzie spodziewali się odnaleźć wielką osadę Memounturroy. I tu zastali pustkę, wszystko jakgdyby się zapadło pod ziemię.
– A ja naiwny sądziłem, że będę dziś wieczerzał i spał w Orleansville! – przerwał milczenie kapitan Servadac, wpatrując się w ponure fale morskie, roztaczające się przed ich oczami.
– To jest nieziszczalne, kapitanie – odparł Ben-Zouf – chyba, żebyśmy tam popłynęli statkiem!
– Czy wiesz, Ben-Zoufie, że swoją drogą mamy jakieś piekielne szczęście, ręka Opatrzności czuwa nad nami.
– Cóż w tem dziwnego! Wszak los sprzyja nam nie od dzisiaj! I pewny jestem, że znajdziemy sposób przepłynięcia morza i dotrzemy wkońcu do Mostaganem!
– Hm… Jeśli, jak się tego należy spodziewać, jesteśmy na półwyspie, dostaniemy się raczej do Teneru! I tam zasięgniemy języka…
– Lub też, przeciwnie, przyniesiemy masę nowin – oponował z brawurą Ben-Zouf.
Po upływie sześciu godzin, gdy słońce znów ukazało się na firmamencie, kapitana Servadac’a zajęły dalsze studja nad nowem ukształtowaniem powierzchni.
Na północ i południe ciągnął się, jak okiem sięgnąć, brzeg morski. Głębokie pęknięcia terenu oddzielały go całkowicie od dawnej równiny. Szczelina ta pochłonęła najwidoczniej osadę Memounturroy. Daremnie wysilali wzrok, starając się przedrzeć przez linję horyzontu, nawet Ben-Zouf, który wdrapał się na dość wysokie, przybrzeżne wzgórze, nie widział nic prócz wody. Żadnych śladów lądu, żadnego wspomnienia Orleansville, które powinno się było znajdować w odległości dziesięciu kilometrów na południo-wschód.
Posuwali się więc wzdłuż nowego brzegu, wśród obsuwającej się ziemi, wśród zniszczonych rozkopanych pól, drzew powyrywanych z korzeniami i chylących konary swe ku wodzie. Patrzyli z przerażeniem na stare, zwalone tu i tam drzewa oliwne, jakgdyby podcięte siekierą.
Posuwali się coraz wolniej, albowiem postrzępiony, pełen wybojów i zapadlin teren, zmuszał ich do ciągłych zboczeń i wymijań.
W ten sposób o zachodzie słońca, po przebyciu trzydziestu pięciu kilometrów, znaleźli się u stóp góry Merjejah, która przed katastrofą zamykała łańcuch małego Atlasu.
W tem miejscu pasmo górskie urywało się gwałtownie i stromą ścianą spadało ku wodzie.
Nazajutrz rano, przebywszy konno wąwóz górski, kapitan Servadac i Ben-Zouf wdrapali się na jeden z najwyższych szczytów i nareszcie rozejrzeli się dokładnie po tej niewielkiej części Algeru, której byli, jak się zdawało, jedynymi mieszkańcami.
Na przestrzeni trzydziestu kilometrów, poczynając od stóp Merjejah, a kończąc na odległych wybrzeżach morza Śródziemnego, rozciągał się zupełnie nowy, nieznany dotąd krajobraz. Ani śladu cieśniny, któraby łączyła ten nowy ląd z terytorjum dawnego Teneru. Wędrowcy nasi znajdowali się zatem nie na półwyspie, jak skłonni byli przypuszczać początkowo, ale na typowej i prawidłowej wyspie. Dzięki wyniosłości, na której stali, mogli skonstatować, że, jak daleko wzrok sięga, nie było poza wspomnianą wyspą żadnego lądu, wokół niepodzielnie panowała woda.
Wyspa ta miała kształt nieregularnego czworoboku, prawie trójkąta, o obwodzie około 300-u kilometrów. Tak przynajmniej obliczał na oko kapitan Servadac. Jeden z jej boków, długości około stu dwudziestu kilometrów, biegł wzdłuż dawnego wybrzeża Szeliwu, drugi, o wymiarze najwyżej trzydziestu do czterdziestu kilometrów, szedł z południa na północ w kierunku łańcucha Małego Atlasu, trzeci krętą linją na przestrzeni trzydziestu kilometrów biegł brzegiem morza, czwarty wreszcie, stukilometrowy, miał kierunek dawnego algeryjskiego wybrzeża morza Śródziemnego.
– Wszystko to bardzo pięknie – rzekł oficer – ale na co się to komu zdało!
– Ba! Na nic! – odparł Ben-Zouf. – Tak jest, bo widocznie tak być musi. Skoro Ojciec Niebieski tak zarządził, kapitanie, musimy się poddać Jego woli. Niema innej rady!
Poczem obaj zeszli z pagórka i dosiedli koni, które najspokojniej skubały trawę. Pragnęli dotrzeć do miasteczka Montenotte, które jednakże uległo losowi Teneru, i żaden domek, żadna ruina domostwa, nawet nie wskazywał, że tu mieszkali kiedyś ludzie.
Nazajutrz, 5-go stycznia, posuwali się w szybkiem tempie wzdłuż dawnego wybrzeża morskiego. I tej okolicy nie ominęła klęska. Cztery wioski, Cailaat, Agniss, Marabout i Pointe-Basse znikły z powierzchni ziemi. Przylądki, na których były zbudowane, na skutek wstrząsu, oderwały się od lądu. Jeźdźcy nasi stwierdzili, że byli jedynymi mieszkańcami wyspy. Prócz nich tylko osierocone stada bydła uganiały się po równinie.
Kapitan Servadac i jego ordynans stracili pięć dni (według nowego kalendarza) na całkowity objazd wyspy. Dopiero po sześćdziesięciu godzinach wrócili na próg swej chatynki.
– I co będzie dalej, kapitanie? – spytał Ben-Zouf.
– A czy ja wiem?
– Stał się pan gubernatorem Algeru!
– Algeru, pozbawionego mieszkańców!
– Jakto, a czyż ja się nie liczę?
– Więc, ty będziesz…
– Ludnością, kapitanie, ludnością!
– A mój poemat? – wyrzekał kapitan, udając się na spoczynek. – Czy warto było tak się nad nim trudzić?
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |