This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/07

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział VI Hector Servadac • Część I. Rozdział VII. • written by Juliusz Verne Rozdział VIII→
←Rozdział VI Hector Servadac
Część I. Rozdział VII.
written by Juliusz Verne
Rozdział VIII→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział VII,
w którym Ben-Zouf uskarża się na opieszałość gubernatora.


Po upływie dziesięciu minut gubernator i ludność spali snem kamiennym w jednym z pokojów murowanego budynku, gdyż przewiewnej chaty nie zdołali jeszcze doprowadzić do stanu używalności. Oficer spał niespokojnie, nurtowała go ciągle myśl, że nieznane mu są jednakże przyczyny wszystkich zaobserwowanych zjawisk. Przypomniał sobie dawno już zapomniane podstawy kosmografji. I pytał sam siebie, czy czasem zmiana nachylenia osi ziemskiej wobec ekliptyki nie wywołała przewrotu? Zmiana ta, tłumacząc do pewnego stopnia przegrupowanie mórz i lądów, a nawet przesunięcie biegunów, nie wyjaśniałaby jednakże skrócenia dnia i nocy, ani zmniejszenia ciężaru ciał na powierzchni ziemi. Hipotezę tę trzeba więc było odrzucić, i Hectora Servadac’a, wyczerpanego już do ostateczności, dręczyły wciąż te same myśli i zagadnienia. Pocieszał się nadzieją, że łańcuch osobliwości nie jest jeszcze zamknięty i że dalsze wypadki pozwolą mu zgłębić niepokojącą tajemnicę.

Ben-Zouf spał smacznie całą noc. Pierwszem jego zajęciem następnego ranka było przygotowanie dobrego śniadania. Trzeba wszak było pokrzepić wyczerpany organizm. Odczuwał głód w zastępstwie całej trzymiljonowej ludności! Przygotował wspaniały posiłek z dwunastu jaj, które cudem ocalały. Piec znalazł się w murowance, rondelek miedziany świecił na odległość, świeżej wody było poddostatkiem, i czegóż więcej brak do szczęścia? Trochę tylko cierpliwości. Tyle ile jej potrzeba na zagotowanie wody i wrzucenie do wrzątku na kilka minut jajek.

Błyskawicznie rozpalił ogień i, jak zwykle, zaintonował jakąś piosenkę żołnierska.

Kapitan Servadac, mierząc nerwowym krokiem pokój, patrzył ukradkiem na te przygotowania kulinarne. W oczekiwaniu nowego fenomenu, wszędzie spodziewał się osobliwości. Czy piec będzie działał jak zwykle? Czy powietrze, o składzie zmienionym, dostarczy potrzebnej ilości tlenu! Owszem, piec się zapalił i ogień rozdmuchany przez zziajanego Ben-Zoufa, podtrzymywany mieszaniną gałęzi i kawałków węgla, buchnął wesołym płomieniem. W tej dziedzinie zatem nic nadzwyczajnego.

Rondelek napełniony wodą postawiono na piecu i Ben-Zouf czekał z niecierpliwością na moment zagotowania wody, pilno mu było bowiem ugotować w niej jajka, które ciągle wydawały mu się puste, tak mało ważyły w ręku.

Woda zagotowała się w niespełna dwie minuty.

– Djablo prędko! Doskonale się rozpaliło! – zawołał Ben-Zouf.

– To nie ogień grzeje lepiej – odparł po chwili namysłu kapitan Servadac – to woda gotuje się prędzej.

I biorąc stustopniowy termometr ze ściany, zanurzył go we wrzątku.

Rtęć zatrzymała się na 66-ym stopniu.

– Otóż to właśnie! – krzyknął w podnieceniu. – Woda gotuje się przy sześćdziesięciu sześciu, zamiast przy stu stopniach.

– Cóż z tego, kapitanie?

– To, że radzę ci twoje jajka dobry kwadrans potrzymać na ogniu i jeszcze nie ręczę, czy będą ugotowane!

– Ależ będą twarde, jak kamienie!

Kapitan Servadac miał rację. Słup powietrza, unoszący się nad powierzchnią Ziemi, zmniejszył się o jedną trzecią w przybliżeniu, i dlatego woda, poddana mniejszemu ciśnieniu, gotowała się przy sześćdziesięciu sześciu, zamiast przy stu stopniach. Gdyby kapitan Servadac wziął do ręki termometr już wcześniej, przekonałby się o znacznem zmniejszeniu słupa atmosfery. To samo zjawisko wywołało u niego i Ben-Zoufa osłabienie głosu, szybsze oddychanie i rozszerzenie naczyń krwionośnych, do czego jednak już się przyzwyczaili.

– A jednak nie wydaje mi się prawdopodobnem, abyśmy zostali wzniesieni na taką wysokość, skoro morze, tak jak dawniej liże stopy tych samych skał.

Chociaż wnioski wyciągane przez Hectora Servadac’a były słuszne, przyczyny zjawisk wciąż jeszcze okrywała tajemnica.

Tymczasem jajka były już prawie ugotowane. Ben-Zouf zauważył, że na przyszłość trzeba będzie rozpoczynać zabiegi kulinarne o godzinę wcześniej, chcąc wydążyć na czas, i podał jedzenie kapitanowi.

Podczas gdy Servadac zajadał smacznie, naprzekór wszelkim trapiącym go sprawom, Ben-Zouf wystąpił ze zwykłem swem pytaniem:

– No i cóż, kapitanie, co teraz zrobimy?

– Będziemy czekać.

– Czekać?

– Aż się ktoś po nas zgłosi.

– Którędy, morzem?

– Morzem, oczywiście, z chwilą, gdy jesteśmy internowani na wyspie.

– Więc przypuszcza pan, kapitanie, że nasi towarzysze…

– Myślę, a przynajmniej spodziewam się, że katastrofa oszczędziła niektóre okolice wybrzeża algeryjskiego i że nasi towarzysze są cali i zdrowi.

– Tak jest, panie kapitanie, nie traćmy nadziei!

– Nie ulega przecież najmniejszej wątpliwości, że generał gubernator zajął się całą tą awanturą i wysłał z Algeru specjalną ekspedycję dla zbadania okolicy. Nie wątpię, że i o nas nie zapomniano. Obserwuj tylko morze, Ben-Zoufie. Gdy na horyzoncie dojrzysz statek, prześlemy mu sygnały.

– A jeśli okręt nie przybędzie?

– Wtedy sami zbudujemy sobie żaglowiec i popłyniemy ku tym, którzy nie chcą przybyć do nas.

– Świetnie! Czy pan kapitan jest marynarzem?

– Jest się zawsze marynarzem, gdy wymaga tego konieczność – padła stanowcza odpowiedź oficera sztabowego.

Od tej chwili w przeciągu kilku dni następnych Ben-Zouf, uzbrojony w lunetę polową, uporczywie badał horyzont. Ale przez cały ten czas w polu widzenia lunety nie ukazał się żagiel.

– Cóż u czorta! – denerwował się wreszcie. – Pan generał gubernator widać nie bardzo interesuje się naszą prowincją.

Do dnia 6-go stycznia nic nie zmieniło położenia wyspiarzy. Data 6-go stycznia była datą właściwą, obliczaną według dawnego kalendarza, zanim jeszcze doba ziemska skróciła się o połowę. Kapitan Servadac nie bez słuszności, dla lepszej orjentacji, wolał się trzymać dawnego kalendarza. Ponieważ od północy pamiętnego dnia 1-go stycznia słońce wschodziło i zachodziło 12 razy, kapitan Servadac ustalił na dzień omawiany datę 6-go stycznia. Zegarek dopomagał mu wyśmienicie w notowaniu minionego czasu.

Rzecz oczywista, że wskutek zmiany siły ciężkości, wahadłowy zegar ścienny wskazywałby godziny niedokładnie, ale mechanizm sprężynowego zegarka kieszonkowego uniezależniony od przyciągania ziemskiego, powinien był wskazywać godzinę dokładną i chodzić regularnie, pomimo niedawnych wstrząsów natury fizycznej.

– Do kata, kapitanie – zawołał Ben-Zouf, dumny ze swej znajomości literatury – zdaje mi się, że będziemy musieli zabawić się w Robinsona i Piętaszka! Tylko, czy ja czasem nie stałem się murzynem!!…

– Nie, Ben-Zoufie, – odparł kapitan Servadac – jesteś zdecydowanie biały… nieco może opalony.

– Biały Piętaszek, to nie jest dokładne – medytował Ben-Zouf – wolę jednak, że nie jest inaczej.

6-go stycznia zatem, nie spodziewając się już znikąd pomocy, kapitan Servadac postanowił zrobić to, co robili wszyscy Robinsonowie przed nim, a mianowicie zinwentaryzować cały swój dobytek, t. j. wszystkie roślinne, jak i zwierzęce środki żywnościowe, któremi mógł rozporządzać.

Wyspa, którą nazwał Ostoją, miała około trzech tysięcy kilometrów kwadratowych przestrzeni. Wołów, krów, kóz z baranami było na niej poddostatkiem, liczba ich nie dawała się jednakże dokładnie określić. Wystarczała jednak świadomość, że bydła jest dużo i że musi ono pozostać na wyspie. Zbóż i roślin wszelkiego gatunku była obfitość. Za trzy miesiące będzie można już zwieźć pszenicę, kukurydzę i ryż. A zatem żywność dla generał-gubernatora, „ludności” i dwu koni była zapewniona. Gdyby nawet jacyś nowi mieszkańcy ściągnęli na wyspę, nie zginęliby głodową śmiercią.

Od dnia 6-go do 13-go stycznia lało jak z cebra. Niebo było bez przerwy pokryte ciężkiemi, ołowianemi chmurami. Nawet kilka potężnych burz przeciągnęło nad wyspą, zjawisko o tej porze roku dość rzadkie. Nie uszło jednak uwagi Hectora Servadac’a, że temperatura miała anormalne tendencje zwyżkowe. Lato rozpoczynało się w styczniu! Fakt godny uwagi, iż wzrost temperatury był nietylko stały ale i progresywny, jakgdyby kula ziemska, w sposób regularny i ciągły zbliżała się do słońca.

Nietylko ciepło, lecz i natężenie światła było coraz to silniejsze i, gdyby nie gęsta, pomiędzy niebem i ziemią zawieszona zasłona chmur, promienie słoneczne raziłyby wyspę z nieznaną przedtem siłą.

Ustawiczna mgła, niepozwalająca na obserwację słońca, księżyca i gwiazd, szczególnie denerwowała Servadac’a, gdyż wyobrażał sobie, że studjowanie niebieskiego firmamentu zbliżyłoby go do rozwiązania zagadki. Ben-Zouf starał się kilkakrotnie skłonić go do rezygnacji, którą sam posuwał do zupełnej obojętności, ale wszelkie wysiłki ordynansa były źle widziane. Dlatego też Ben-Zouf dał za wygraną i zajął się wyłącznie swemi obowiązkami wartownika. Pomimo deszczu, wichru i burz stał wytrwale dzień i noc na szczycie przybrzeżnych skał, pilnie bacząc na okolicę. Na sen poświęcał zaledwie kilka godzin. Daremnie jednak przebiegał oczyma zawsze pusty horyzont. Zresztą, jakiż statek utrzymałby się na morzu, przy tak fenomenalnej, wietrznej i słotnej pogodzie? Fale wznosiły się do niezwykłej wysokości, huragan szalał z siłą nieokiełznaną. Z pewnością w epoce dyluwjalnej wody, parujące pod wpływem wewnętrznego żaru Ziemi, nie spadały zpowrotem w postaci deszczu z większym impetem. Deszcz lał strumieniem.

13-go stycznia, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, potop ustał. Ostatnie podmuchy wiatru rozpędziły w nocy z 13-go na 14-y resztki chmur. Hector Servadac po sześciodniowym areszcie domowym, wyszedł na dwór, gdy tylko deszcz przestał padać i wiatr nieco się uspokoił. Pobiegł na szczyt wyniosłości. Czy wyczyta coś w gwiazdach? Czy ujrzy raz jeszcze wielką tarczę, widzianą w nocy z 31-go grudnia na 1-y stycznia? Czy odsłoniona będzie mu tajemnica przeznaczenia?

Czystego usianego gwiazdami nieba nie przesłaniała najlżejsza mgiełka. Tu i ówdzie gołem okiem można było dojrzeć mgławice gwiazd, widoczne dawniej tylko przez teleskop.

Pierwszem staraniem oficera było odnalezienie gwiazdy polarnej, gdyż myślał, nie bez słuszności, że ustaliwszy jej położenie, dalsze badania już łatwo przeprowadzi.

Tymczasem znalazł gwiazdę polarną, umieszczoną na horyzoncie znacznie niżej, niż zazwyczaj, przypuszczalnie więc nie była już punktem centralnym całego układu. Innemi słowy, nieskończenie wydłużona oś ziemi nie przechodziła już przez punkt stały, który gwiazda ta, ongiś, zajmowała w przestrzeni. I rzeczywiście, w niespełna godzinę, obniżyła się już do tego stopnia na horyzoncie, jakgdyby należała do konstelacji Zodjaku.

Należało więc ustalić, która gwiazda ją zastępuje, czyli przez jaki punkt nieba przechodzi obecnie przedłużona oś Ziemi. To zajęcie pochłonęło Hectora Servadac’a na przeciąg kilku godzin.

Nowa gwiazda polarna powinna być nieruchoma, jak i dawna, umieszczona pośrodku innych gwiazd, które w swym pozornym ruchu dookoła niej właśnie dokonywują swego dziennego obrotu.

Kapitan Servadac odkrył wkrótce w północnej części horyzontu taką gwiazdę, która spełniała te warunki i zdawała się być stałą w stosunku do innych. Była to Waga w konstelacji Liry, ta sama, która na skutek precesji punktów równonocnych, za dwanaście tysięcy lat miała zastąpić gwiazdę polarną. Ponieważ jednak niemożliwością było, aby w ciągu tygodnia upłynęło dwanaście tysięcy lat, należało przypuścić, że oś ziemska gwałtownie zmieniła kierunek.

– I nietylko – zauważył kapitan – oś ziemska została przesunięta, ale skoro przechodzi ona przez punkt położony tak nisko na horyzoncie, to najwidoczniej morze Śródziemne zbliżyło się do równika.

I pogrążył się w otchłani domysłów, podczas gdy oczy jego błądziły od Wielkiej Niedźwiedzicy, która stała się konstelacją zodjakalną, do nowych obserwowanych po raz pierwszy gwiazd południowej półkuli.

Okrzyk Ben-Zoufa obudził go z zadumy.

– Księżyc! – zawołał ordynans.

– Księżyc?

– Tak jest, księżyc – powtórzył Ben-Zouf, szczęśliwy, że ogląda „towarzysza nocy ziemskich”, jak mawiają poeci.

I wskazał tarczę, ukazującą się nawprost miejsca, w którem powinno było w tej chwili znajdować się słońce.

Czy był to księżyc, czy może jakaś inna planeta pośledniejszego gatunku, powiększona przez zbliżenie! Kapitan Servadac byłby w kłopocie, gdyby kazano mu się wypowiedzieć w tej sprawie. Wziął silną lunetę, którą posługiwał się zwykle przy swych pracach pomiarowych i skierował ją na sygnalizowaną gwiazdę.

– Jeśli to jest księżyc – powiedział – to trzeba przyznać, że bardzo oddalił się od nas! Już teraz nie na tysiące, ale na miljony mil trzebaby obliczać jego odległość od nas!

Po krótkiej obserwacji był już prawie pewny, że to nie księżyc. Nie odnajdywał bowiem na tej bladej tarczy zwykłej gry światła i cieni, która jej nadaje pozory twarzy ludzkiej. Nie odnajdywał śladów równin, ani mórz, ani aureoli, opromieniającej wspaniała górę Tycho.

– Nie, to nie jest księżyc – zapewniał.

– Dlaczego nie księżyc? – upierał się Ben-Zouf, który dumny był ze swego odkrycia.

– Dlatego, że gwiazda ta posiada swój własny mały księżyc, który jest jej satelitą!

Istotnie, w polu widzenia lunety ukazał się drobny punkt świetlny, mniej więcej o natężeniu satelitów Jowisza, widzialnych przy pomocy średniej siły teleskopu.

– Ale jeśli to nie księżyc, to cóż to jest do kroćset – wolał kapitan Servadac, przestępując z niecierpliwością z nogi na nogę. – Nie jest to Wenus, ani Merkury, ponieważ obie te planety nie mają satelitów. A jednak droga tej planety mieści się w orbicie ziemskiej, gdyż towarzyszy ona słońcu w jego pozornym ruchu! Jeśli to nie Wenus, ani Merkury, w takim razie musi to być księżyc, gdzież u licha dostał tego satelitę?!

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top