This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/16

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział XV Hector Servadac • Część I. Rozdział XVI. • written by Juliusz Verne Rozdział XVII→
←Rozdział XV Hector Servadac
Część I. Rozdział XVI.
written by Juliusz Verne
Rozdział XVII→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XVI,
w którym Hector Servadac obejmuje jedną ręką szczątki rozległego kontynentu.


Okrążywszy olbrzymi, zamykający drogę na północ, cypel, Dobryna kierowała się w stronę przylądka de Creus.

Podróżni bez przerwy, dzień i noc, rozprawiali na temat ostatnich wydarzeń. W dyskusjach tych coraz częściej powtarzała się nazwa „Galja”, zdobywająca stopniowo prawo obywatelstwa.

W czasie ożywionych rozpraw podróżnicy nie zapominali jednak o celu swej wędrówki. Badali uważnie i możliwie zbliska nowe wybrzeża wód Śródziemnomorskich, stanowiących, według wszelkiego prawdopodobieństwa, jedyne morze Galji.

Wyższy brzeg olbrzymiego cypla ciągnął się wzdłuż dawnego lądu iberyjskiego i Barcelony, poczem skręcając na północo-wschód, sięgał aż do przylądka Creus. Barcelona, ląd iberyjski i przylądek Creus zniknęły bez śladu.

Dobryna dotarła już do granicy francuskiej. Łatwo sobie wyobrazić, co działo się w duszy kapitana Servadac’a na widok nowego lądu, wznoszącego się na terytorjum ukochanej ojczyzny. Nieprzebyta naturalna zapora tamowała dostęp do ziem dawnej Francji. Zamiast uroczych brzegów, sterczała ku górze stroma, skalista ściana, równie stroma i jałowa, jak ta, na której rezydowali napotkani wcześniej Anglicy. Ani śladu dawnej granicy wschodnich Pirenejów. Jacht nie trafił w swej drodze na przylądki Bearn i Port-Vendres, zginęły również zatoki Tech, Saint Nazaire i inne. Tak malownicza ongiś granica okręgu „de l’Aude” zmieniła się nie do poznania. I wszędzie wokoło, jak okiem sięgnąć, pustka i zniszczenie. Marsylja zmieciona z powierzchni ziemi, Martigues unicestwione! Nasuwało się przypuszczenie, że nie masz już na kontynencie Europy ani jednego zakątka, noszącego nazwę Francji.

Hector Servadac czuł się zgnębiony. Ponura rzeczywistość przewyższała wszelkie jego obawy i przypuszczenia. Nigdzie śladów dobrze mu z lat dziecinnych znanych krajobrazów. Co chwila nowe rozczarowanie. Serce ściskało mu się na myśl, że z całej Francji pozostał, być może, tylko ten strzęp ziemi algeryjskiej z wysepką Ostoją, jako jedyną ucieczką pozostałych przy życiu Francuzów.

– A jednak – mówił, zwracając się do hrabiego Timaszewa – terytorjum Francji sięga poza ten brzeg niedostępny. Należałoby zbadać, co dzieje się za tą ścianą. Jeśli istotnie znajdujemy się wciąż jeszcze na Ziemi, która tylko zmieniła kierunek ruchu wśród ciał niebieskich, w takim razie jest możliwe, że za tą ścianą leży Francja, Rosja i wogóle cała Europa. To trzeba sprawdzić. Czyżby istotnie nigdzie tu nie dało się wylądować! Czyż nie uda nam się, choć na chwilę, wdrapać na szczyt i rzucić okiem na odgrodzoną chińskim murem okolicę! Lądujmy, na miłość boską, lądujmy!

Ale Dobryna, płynąc wytrwale wzdłuż stromych, skalistych brzegów, daremnie szukała zatoki, w której dałoby się zarzucić kotwicę, i piędzi ziemi, na której możnaby, wysiadłszy z łodzi, znaleźć oparcie.

Całą siłą pary pędzono na wschód. Pogoda dopisywała. Gdzie niegdzie tylko po nieskazitelnym lazurze nieba sunęły blade, przezroczyste obłoczki. Nikłe promienie słoneczne dawały światło blade jak o świcie. W nocy zato gwiazdy świeciły wspaniale, tylko niektóre planety wskutek oddalenia straciły dawny swój blask.

24-go lutego Dobryna dotarła do wysokości dawnego przylądka d’Antibes.

W miejscu tem, ku najwyższemu zdumieniu, ale i radości podróżników, skalista ściana pęknięta była od góry do dołu. U stóp szczeliny na powierzchni morza rozciągała się niewielka piaszczysta łacha, jak stworzona do lądowania.

– Wreszcie staniemy na pewnym gruncie! – zawołał kapitan Servadac, który już zupełnie nie panował nad swem zdenerwowaniem.

Hrabia Timaszew i porucznik Prokop, jakkolwiek spokojni, oczekiwali tej chwili równie gorączkowo.

O siódmej godzinie nad ranem hrabia, kapitan i porucznik wysiedli z jachtu.

Po raz pierwszy odnaleźli ślady dawnej gleby pod postacią żółtawych wapniaków, któremi usiane były dawne prowansalskie wybrzeża. Wąziutki pasek wybrzeża, jakaś cudem ocalona pozostałość dawnego lądu o powierzchni kilkunastu zaledwie metrów, nie zachęcał do zatrzymania się, i wobec tego nasi podróżnicy skierowali się natychmiast w stronę parowu, który zamierzali przebyć.

Wąwóz nie stanowił dawnego koryta rzeki, czy potoku, był zupełnie suchy i jałowy. Zbocza wąwozu miały znaną już podróżnikom budowę warstwicową. Geolog określiłby zapewne dokładnie sposób i czas ich powstania, ale hrabia Timaszew, oficer sztabowy i porucznik Prokop nie znali się na tych sprawach. Łatwo było jednak przewidzieć, że nieznający dotąd wilgoci parów może przy zmianie warunków klimatycznych stać się zbiornikiem olbrzymiej masy wód.

Już w rozmaitych załamach ścian widniały wielkie śnieżne zwały, jako zapowiedź groźnych w przyszłości lodowców.

– Oto pierwsze ślady słodkich wód, które spotykamy w Galji! – zauważył hrabia Timaszew.

– Słusznie – odparł porucznik Prokop – nieco wyżej utworzyły się zapewne pod wpływem panującego chłodu nietylko śniegi, ale i lodowce. Nie zapominajmy, że wobec kulistości Galji, znajdujemy się w strefie północnej, na którą promienie słoneczne padają zukosa. Prawda, że wskutek słabego nachylenia osi obrotu, słońce nie opuszcza wcale równika i dzięki temu nie panuje tu wieczna noc, jak to się dzieje na biegunach Ziemi. Zimno jednak da nam się poważnie we znaki, zwłaszcza gdy będziemy się coraz bardziej oddalali od słońca.

– Poruczniku – zapytał kapitan Servadac – czy nie należy się obawiać tak niskiej temperatury, że zniweczy całkowicie życie na powierzchni Galji?

– Nie, kapitanie – brzmiała pewna odpowiedź porucznika Prokopa. – Zimno bowiem nie przekroczy nigdy granic zakreślonych dla tych stref niebieskich, gdzie niema powietrza.

– A te granice wynoszą!

– Około sześćdziesięciu stopni, według teorji uczonego fizyka francuskiego, Fourier’a.

– Sześćdziesiąt stopni! – powtórzył hrabia Timaszew. – Sześćdziesiąt stopni poniżej zera! Ależ to jest temperatura, której nie zniosą chyba nawet Rosjanie.

– Takie zimna – oponował porucznik Prokop – znosili już na morzach polarnych podróżnicy angielscy i nic im się nie stało.

Wędrowcy zatrzymali się na chwilę, aby odpocząć, gdyż rozrzedzone powietrze utrudniało im nieco oddech. Poza tem, chociaż osiągnęli zaledwie wysokość sześciu do siedmiuset stóp, odczuwali dotkliwe zimno. Na szczęście budowa dna parowu ułatwiała znakomicie posuwanie się naprzód i w niespełna półtorej godziny znaleźli się już na szczycie przybrzeżnych skał. Wyżyna ta górowała nad morzem nietylko od południa, ale i od północy, gdzie teren obniżał się gwałtownie.

Kapitan Servadac nie mógł zdławić okrzyku. Nie było tu śladu Francji! Niezliczone szeregi skał wyłaniały się jedne za drugiemi, aż po kres horyzontu. Cała Galja zdawała się być produktem nowej, nieznanej formacji.

Rzucał się w oczy zupełny zanik życia roślinnego, gdyż najmniej nawet wymagające ustroje nie mogły się utrzymać na tym kamienistym gruncie! Zupełny zanik życia zwierzęcego, gdyż żaden mieszkaniec, najbardziej nawet na północ wysuniętych stref świata, nie znalazłby tu pożywienia na jeden choćby dzień.

Było to królestwo minerałów, w całej swej ponurej okazałości!

Kapitan Servadac, mimo całej beztroski swego usposobienia, wpadł w nastrój bezgranicznego przygnębienia. Stał bez ruchu na skale lodowej i wzrokiem przesłoniętym łzami błądził po obcej jego duszy i wspomnieniom okolicy. Skłonny był już prawie uwierzyć, że nigdy tu Francji nie było.

– Nie – wołał – nie może być! Nasze obliczenia są błędne! Nie jesteśmy jeszcze na linji Alp! Terytorjum, którego szukamy, leży za nami! Ściana skalista wystąpiła z wód, zgadzam się na to! Ale poza nią leżą ziemie Europy. Proszę tu, hrabio! Musimy się przedrzeć przez ten skalisty teren i szukajmy dalej, szukajmy bez wytchnienia!…

Hector Servadac nie tracił czasu. Mówiąc, posuwał się naprzód, szukając wśród skalistych złomów znośnej jakiejś ścieżki.

Nagle zatrzymał się.

Natknął się bowiem na kamień, który kształtem zdradzał swą przynależność do innej formacji. Kapitan Servadac nachylił się i wydobył kamień z pod śniegu.

Był to kawałek zżółkłego marmuru, na którym widniały zatarte ślady napisu, a między innemi litery:

Vil…

– Willa! – zawołał kapitan Servadac, rzucając marmur o ziemię, tak że rozprysnął się w tysiąc kawałków.

Cóż pozostało z tej willi zbudowanej w jednym z najpiękniejszych zakątków świata? Nędzny kawałek marmuru, który w proch się rozsypał.

Kapitan Servadac nie mógł już mieć wątpliwości, że przylądek d’Antibes zginął w czeluściach nowego kontynentu. Stał pogrążony w myślach, gdy nagle zbliżył się do niego hrabia i rzekł z powagą:

– Kapitanie, czy znana jest panu dewiza rodziny Hope?

– Nie, hrabio – brzmiała odpowiedź.

– „Orbe fracto, spes illaesa!”

– Jest ona przeciwieństwem beznadziejnej maksymy Dantego![1]

– Tak jest, kapitanie, i powinna stać się na teraz naszą dewizą!


Przypis

  1. ↑ „Orbe fracto, spes illaesa” – choćby świat zginął, nie zginie nadzieja. Kapitan nawiązuje tu do słów wyrytych, według Dantego, na wrotach piekieł „lasciate ogni speranza” – porzućcie wszelką nadzieję! (Przyp. tłum.).

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top