This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/18

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział XVII Hector Servadac • Część I. Rozdział XVIII. • written by Juliusz Verne Rozdział XIX→
←Rozdział XVII Hector Servadac
Część I. Rozdział XVIII.
written by Juliusz Verne
Rozdział XIX→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XVIII,
który mówi o przyjęciu zgotowanem gubernatorowi wysepki i o wypadkach, które zaszły w czasie jego nieobecności.


Jachcik opuścił wysepkę dnia 31-go stycznia i dnia 5-go marca po trzydziestopięciodniowej włóczędze – rok o którym mowa należał do rzędu przestępnych – ponownie przybijał do jej brzegów. Tym trzydziestu pięciu dniom ziemskim odpowiadało siedemdziesiąt dni galijskich, w czasie których słońce, istotnie, siedemdziesiąt razy przeszło południk wysepki.

Hector Servadac odczuwał silne wzruszenie, zbliżając się do jedynego, ocalonego w czasie katastrofy, strzępu ziemi algeryjskiej. Niejednokrotnie w czasie długiej swej nieobecności myślał z rozrzewnieniem o wysepce i jej samotnym mieszkańcu, Ben-Zoufie. Czy zastanie go jeszcze przy życiu? Czy wysepki nie pochłonęło morze? Trudno było w tym czasie cokolwiek przewidzieć. Obawy oficera sztabowego okazały się jednak płonne. Wysepka stała na własnem miejscu – i nawet szczegół dość znamienny – kapitan zauważył, nie przybiwszy jeszcze do portu, nad swojem dawnem domostwem dziwny, niewiadomego pochodzenia tuman, czy obłok…

Z odległości kilkuset metrów kapitan Servadac rozpoznał, iż było to wielkie zbiorowisko ptaków. Z ciężkiej tej chmury rozlegały się ogłuszające piski, którym wtórowały ochoczo dalekie jakieś odgłosy.

Dobryna dała znać o swoim powrocie wystrzałem armatnim i zarzuciła kotwicę w maleńkim porcie, dawnem ujściu Szeliwu.

W tym momencie jakiś mężczyzna uzbrojony w fuzję jednym susem przesadził nadbrzeżne skały.

Był to Ben-Zouf.

Ordynans zatrzymał się w odległości piętnastu kroków, jak tego wymagało uszanowanie i dyscyplina wojskowa. Po chwili już jednak rozpierająca mu serce radość przełamała wszelką etykietę i Ben-Zouf, nie czekając wezwania, rzucił się ku swemu kapitanowi. Całując mu z tkliwością ręce, wykrzykiwał zamiast zwykłych słów powitania:

– Ach, ci nędznicy! Bandyci! Jak to dobrze, że pan kapitan już wrócił! Złodzieje! Piraci! Nikczemni Beduini!

– O kim mówisz właściwie? – pytał kapitan, któremu dziwne zachowanie Ben-Zoufa nasuwało myśl o napadzie bandy łupieskich Arabów.

– O tych djabłem opętanych ptakach – odparł Ben-Zouf. – Już od miesiąca cały mój proch zużyłem na walkę z niemi. Ale w miejsce każdej zabitej sztuki przybywa sto sztuk nowych! Wkrótce nie będziemy już mieli ani źdźbła zboża na wyspie!

Hrabia i porucznik Prokop, którzy zbliżyli się w międzyczasie do kapitana, stwierdzili naocznie, że informacje ordynansa bynajmniej nie były przesadne. Plaga ptactwa istotnie była nieznośna i groźna. Przedwcześnie, wskutek niezwykłych upałów, dojrzałe zboże wydane było na łup kilkotysięcznego stada ptactwa. Całemu plonowi zagrażało zniszczenie.

Wszystkie ptaki, jakie Galja uniosła ze sobą odrywając się od ziemi, szukały schronienia na wysepce, gdyż tu jedynie znalazły niezbędne do egzystencji pola, łąki i słodką wodę. Ptactwo to żyło kosztem zaopatrzenia ludzi i dlatego za wszelką cenę należało się go pozbyć.

– Zastanowimy się co z tym faktem zrobić – rzekł Hector Servadac.

– A cóż się dzieje z naszymi towarzyszami w Afryce? – spytał Ben-Zouf.

– Towarzysze afrykańscy w dalszym ciągu przebywają w Afryce! – brzmiała odpowiedź kapitana.

– Poczciwi towarzysze!

– Tylko, że Afryki już niema – dorzucił Hector Servadac.

– Jakto niema? A Francja?

– Francja? Jest bardzo daleko od nas, Ben-Zoufie.

– A Montmartre?…

W kilku słowach kapitan Servadac wyjaśnił ordynansowi, co się stało i jak w skutek tego nietylko Montmartre, ale i Paryż i Francja a z niemi Europa i cała kula ziemska znalazły się w odległości przeszło dwudziestu czterech miljonów mil od wysepki. Nadzieja powrotu kiedykolwiek, była, rzecz prosta, znikoma.

– Nigdy w to nie uwierzę, kapitanie – odparł Ben-Zouf. – To są bajki, wierutne bajki! – I Ben-Zouf pochylił głowę z uporem, jak człowiek, który absolutnie nie da się przekonać.

– Dobrze, mój drogi – dorzucił kapitan. – Łudź się jak długo możesz. Nie trzeba nigdy tracić nadziei. Jest to nawet dewiza naszego przygodnego, a nieznanego korespondenta. Ale narazie spróbujemy zainstalować się na wysepce, jakgdybyśmy tu mieli zamieszkać na stałe.

Rozmawiając Hector Servadac prowadził hrabiego Timaszewa i porucznika do chałupy, uporządkowanej wzorowo staraniem Ben-Zoufa. W tej skromnej lepiance Hector Servadac zaofiarował gościnę towarzyszom podróży i małej Ninie, która nie rozstawała się ze swoją kozą.

Podczas drogi Ben-Zouf uściskał serdecznie Ninę i Marzy, a pocałunki jego zwrócone mu zostały z procentem.

Poczem wszyscy zebrali się na naradę, aby postanowić, do czego zabrać się przedewszystkiem. Najważniejsza była sprawa mieszkania na przyszłość. Jak urządzić się na wyspie wobec zbliżających się mrozów. Okres mrozów zależał od krzywizny orbity i trudno było osądzić, czy nie upłynie kilka lat zanim asteroida ponownie zbliży się do słońca. Paliwa było mało. Groził więc brak węgla i drzewa i perspektywa zupełnego zaniku wegetacji roślinnej na przeciąg strasznych mrozów. Co robić? Należało przecie znaleźć jakiś punkt wyjścia i to w czasie najkrótszym.

Zaopatrzenie w żywność nie przedstawiało narazie poważniejszych trudności. Pragnienie zaspokojone mogło być w każdej chwili. Kilka strumyków płynęło przez łąki i woda napełniała cysterny.

Żywność pod postacią związków azotowych, niezbędnych do utrzymania człowieka przy życiu, zapewniona była na długo. Stanowiły ją z jednej strony rozproszone po wyspie stada, z drugiej gotowe do zwózki zboże. Należało przewidywać, że z powodu okresu zimna drugie zbiory, przeznaczone na pokarm dla zwierząt domowych, zawiodą. Należało więc obliczyć czas trwania obiegu Galji wokół słońca, i, ustaliwszy długość okresu zimowego, ograniczyć odpowiednio ilość będących na utrzymaniu zwierząt.

Ludność Galji, nie licząc trzynastu ulokowanych na Gibraltarze Anglików, składała się z ośmiu Rosjan, dwóch Francuzów i jednej małej Włoszki. Wysepka miała zatem wyżywić jedenaście osób.

Liczbie tej, ustalonej przez Hectora Servadac’a, Ben-Zouf żywo zaprzeczył.

– Ależ nie, kapitanie! Przepraszam, że prostuję, ale obliczenie to jest z gruntu fałszywe.

– Jakto, co to znaczy!

– To znaczy, że jest nas osób dwadzieścia trzy.

– Tu, na wyspie?

– Tak jest, na wyspie.

– Wytłumacz się jaśniej, Ben-Zoufie.

– Nie miałem jeszcze okazji poinformować pana, kapitanie, że w czasie pańskiej nieobecności przybyli nam stołownicy.

– Stołownicy?

– Tak… tak… Ale może panowie pozwolą i przekonają się naocznie… Prace w polu są bardzo zaawansowane, moich zaś dwóch rąk nie starczyłoby na tyle roboty…

– Istotnie – potwierdził porucznik Prokop.

– Chodźmy, to niedaleko, ze dwa kilometry najwyżej. Ale trzeba zabrać broń palną.

– Poco? Dla obrony? – spytał kapitan Servadac.

– Nie przeciwko ludziom – odparł Ben-Zouf – ale przeciw temu przeklętemu ptactwu.

Pozostawiwszy małą Ninę z kozą w zagrodzie, mocno zaintrygowani trzej panowie ruszyli za ordynansem.

W drodze kapitan Servadac i jego towarzysze ostrzeliwali chmury ptactwa, unoszącego się nad ich głowami. Było tam z kilka tysięcy dzikich kaczek, kszyków, skowronków, kruków, jaskółek i t. p. oraz ptaki morskie, jako to: mewy wszelkich gatunków i rozmiarów, bekasy i t. p. Każdy wystrzał był celny i ptaki padały tuzinami. Nie było to polowanie, ale bezlitosna zagłada łupieżców.

Zamiast posuwać się wzdłuż północnego wybrzeża wyspy, Ben-Zouf przeciął drogę i poprowadził naprzełaj, łąkami. Już po upływie dziesięciu minut, dzięki lekkości zyskanej wobec nowych praw ciążenia, towarzystwo, przebywszy dwukilometrową przestrzeń, znalazło się na skraju eukaliptusowego i figowego lasku, położonego u stóp niewielkiego pagórka.

– O nicponie! Brutale! Bandyci! – zawołał zirytowany Ben-Zouf.

– Czy mówisz wciąż jeszcze o ptakach? – spytał kapitan Servadac.

– Ale, gdzież tam, kapitanie! Mówię o tych zatraconych wałkoniach, którzy nawet i tę pracę porzucili! O! proszę…

I wskazał porzucone na ziemi kosy, sierpy, grabie i wozy.

– Może się dowiem nareszcie o kogo ci chodzi? – niecierpliwił się kapitan Servadac.

– Kapitanie, posłuchajmy tylko! Okazuje się, że miałem rację!

Kapitan Servadac i dwaj jego towarzysze nadstawili uszu i rozróżnili wyraźnie głos śpiewający przy akompanjamencie mandoliny i kastanietów.

– Hiszpanie! – zawołał kapitan Servadac.

– Rzecz prosta – odparł Ben-Zouf. – Ci ludzie tańczyliby nawet przed lufą, armaty!

– Ale skądże się wzięli?…

– Zaraz, zaraz… Posłuchajmy jeszcze! Teraz kolej na skargi.

Inny głos starczy miotał obelgi i wyrzuty. Kapitan Servadac, jako Gaskończyk, rozumiał zarówno słowa beztroskiej piosenki hiszpańskiej, jak i wypowiadane ostrym, zadławionym głosem wyrzekania.

– Moje pieniądze! Moje pieniądze! Zapłacicie mi nareszcie, czy nie? Nędzni oszuści!

I znów piosenka zagłuszyła gorzkie wyrzekania.

– Musicie mi zapłacić, łotry jedne! – wydzierał się ochrypły głos poprzez brzęk kastanietów – i zapłacicie. Klnę się na Boga Abrahama, Izaaka i Jakóba, i na Jezusa Chrystusa i na samego Mahometa!

– Cóż u licha! Przecież to chyba Żyd! – dziwił się kapitan Servadac.

W chwili, gdy czwórka naszych znajomych zbliżała się do podochoconego grona, arcyciekawy widok zatrzymał ją na skraju lasu. Hiszpanie poprostu szaleli, dając ujście swemu temperamentowi w narodowym tańcu. Ponieważ waga ich, podobnie jak i wszystkich przedmiotów na Galji, zmniejszyła się znacznie, podskakiwali w powietrzu na wysokość trzydziestu do czterdziestu stóp. Trudno sobie, doprawdy, wyobrazić coś komiczniejszego od tych tancerzy, ukazujących się coraz ponad wierzchołkami drzew. Było tam czterech muskularnych młodzieńców, którzy ciągnęli za sobą starego jakiegoś człowieka, zmuszając go do mimowolnych podrygów i skoków. Starzec naprzemian ukazywał się i znikał, zupełnie jak Sanszo Pansza, bezlitośnie podrzucany przez sukienników w Segowji.

Hector Servadac, hrabia Timaszew, porucznik Prokop i Ben-Zouf minęli szybko zagajnik i stanęli na małej polanie, gdzie zanosząc się od śmiechu dwaj grajkowie podniecali gitarą i kastanietami tancerzy.

Na widok kapitana Servadac’a i jego towarzyszy muzykanci urwali nagle, a tancerze wraz ze swą ofiarą spadli lekko na ziemię.

Zdyszany i pieniący się ze złości Żyd przystąpił natychmiast do oficera sztabu generalnego i zagadnął go fatalną francuszczyzną.

– Panie gubernatorze, ci nicponie chcą mnie ograbić, zagarnąć moje mienie! W imię Boga błagam o pomoc i sprawiedliwość!

Kapitan Servadac spojrzał pytającym wzrokiem na Ben-Zoufa, nie rozumiał bowiem, co znaczy tytuł, którym go zaszczycono. Ordynans, kiwając głową, zdawał się odpowiadać:

– Ależ tak, panie kapitanie! Jest pan gubernatorem generalnym, już ja to urządziłem!

Wówczas kapitan nakazał milczenie Żydowi, który schyliwszy pokornie głowę, ręce skrzyżował na piersiach. Można mu się było teraz przyjrzeć dokładnie. Był to nad wiek zniszczony człowiek, może pięćdziesięcioletni. Niski, wątły, o żywych, przebiegłych oczach, wydatnym nosie, rudawej bródce, źle utrzymanych włosach, wielkich nogach, długich, chciwych rękach, jednem słowem typ niemieckiego Żyda. Był to lichwiarz o giętkim karku i kamiennem sercu, skrzętny zbieracz talarów, żyjący krzywdą ludzką. Osobnik ten pochodził z Kolonji i zwał się Izaak Hakhabut. Zajmował się handlem i większą część życia spędzał w podróży, objeżdżając z towarami wybrzeże morza Śródziemnego. Magazyn jego, mieszczący się na pokładzie pokaźnej barki, zaopatrzony był w tysiące przeróżnych artykułów, poczynając od zapałek i kończąc na frankfurckich błyskotkach.

Dwumasztowiec Hanza był jego jedynem mieszkaniem, na nim to niezwiązany z rodziną bujał stale po świecie, zwiedzając kolejno brzegi Algeru, Tunisu, Egiptu, Turcji, Grecji.

Zaopatrywał ludność okoliczną w kawę, cukier, ryż, tytoń, materjały ubraniowe i t. p., sprzedawał, wymieniał, handlował antykami i w rezultacie zarabiał dużo pieniędzy.

Katastrofa zaskoczyła go w Ceucie, najbardziej wysuniętym punkcie Marokka. Załoga statku, która noc z 31-go grudnia na 1-wszy stocznia spędzała na lądzie, zginęła bez śladu. Natomiast ocalała gromadka Hiszpanów, nieorjentujących się zupełnie w tem, co się stało.

Hersztem tej bandy beztroskich leniów był Andaluzyjczyk Negrete, górujący nad resztą większą znajomością ludzi i świata. Odcięci od świata nicponie stracili narazie kontenans. Zawładnęliby coprawda bez najmniejszych skrupułów Hanzą i odpłynęliby do ojczyzny, ale nie było między nimi ani jednego marynarza. Nie mogli jednakże wiekować na skałach; gdy tedy zapasy żywności się wyczerpały, zmusili Hakhabuta do przyjęcia ich na pokład. W tych warunkach Negrete przyjmował wizytę dwóch oficerów angielskich z Gibraltaru. Treść rozmowy Anglików i Hiszpanów nie była Hakhabutowi znana. Faktem było tylko, że w wyniku jej Negrete zmusił go do rozpięcia żagli i wyruszenia w kierunku Marokka. Izaak zniewolony do posłuszeństwa, a jednocześnie nawykły do wyzyskiwania każdej sytuacji, wymusił na Hiszpanach przyrzeczenie zapłaty za przejazd. Hiszpanie nie protestowali, ale ani na chwilę nie brali poważnie tej sprawy.

Hanza wyruszyła 3-go lutego. Dął silny wiatr zachodni. Improwizowani marynarze rozwinęli żagle i z całą beztroską dali się nieść wiatrom, które unosiły ich ku jedynemu mogącemu dać ludziom schronienie punktowi nowej kuli ziemskiej, ku wyspie Ostoi.

I oto któregoś pięknego dnia Ben-Zouf ujrzał na horyzoncie statek, który nie był Dobryną, a jednak najwyraźniej zmierzał do portu.

Ben-Zouf dokończył historji Izaaka, dodając, że nietknięty prawie ładunek Hanzy przyda się niewątpliwie mieszkańcom wyspy.

Trudność dojścia do porozumienia z chciwym Żydem uprości, zupełnie w danych warunkach usprawiedliwiona, rekwizycja. Co do zatargu pomiędzy właścicielem Hanzy i jej pasażerami ustalono, dodał Ben-Zouf, że rozstrzygnie go Jego Ekscelencja p. gubernator generalny, „przebywający chwilowo na inspekcji”.

Hector Servadac z trudem powstrzymywał śmiech, tak ubawiły go wyjaśnienia Ben-Zoufa. Poczem przyrzekł Hakhabutowi, że sprawiedliwości stanie się zadość, co wreszcie położyło kres lamentom lichwiarza.

– Ale w jaki sposób ci ludzie zapłacą? – zapytał hrabia Timaszew, gdy Żyd się oddalił.

– Oni mają nabite kieszenie gotówką – odparł Ben-Zouf.

– Hiszpanie? Czy być może? – dziwił się hrabia.

– Widziałem u nich na własne oczy pieniądze angielskie – obstawał przy swojem Ben-Zouf.

– Aha! – wtrącił kapitan Servadac, przypomniawszy sobie wizytę oficerów angielskich na Ceucie. – Zresztą mniejsza z tem. Sprawą tą zajmiemy się później. Faktem jest, że na Galji mamy teraz przedstawicieli najróżnorodniejszych nacyj dawnej poczciwej Europy.

– Istotnie – zgodził się hrabia Timaszew – mamy wśród nas Francuzów, Rosjan, Włochów, Hiszpanów i Niemców, których niezbyt korzystnie, coprawda, reprezentuje ten wstrętny handlarz.

– Nie wymagajmy zbyt wiele! – odparł kapitan Servadac.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top