This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/19

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział XVIII Hector Servadac • Część I. Rozdział XIX. • written by Juliusz Verne Rozdział XX→
←Rozdział XVIII Hector Servadac
Część I. Rozdział XIX.
written by Juliusz Verne
Rozdział XX→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XIX,
w którym kapitan Servadac zostaje jednomyślnie obrany generalnym gubernatorem Galji.


Hiszpanów było dziesięciu. W tej liczbie młody dwunastoletni chłopczyk, Pablo. Zgotowali oni gorące przyjęcie domniemanemu generalnemu gubernatorowi, poczem wrócili do swych zajęć. Tymczasem kapitan z towarzyszami, a w pewnej odległości za nimi Hakhabut, zmierzali do miejsca, w którem zarzuciła kotwicę Hanza.

Sytuacja była już w tej chwili jasna. Z dawnej Ziemi pozostała tylko wyspa, rezydencja rozbitków, oraz cztery drobne wysepki: Gibraltar, zajęty przez Anglików, Ceuta, opuszczona przez Hiszpanów, Madelena, na której odnaleziono młodą Włoszkę, i grób Świętego Ludwika. Wokół tych miejsc rozciągało się morze Galijskie, ujęte w ramy niebotycznych, nieznanego pochodzenia skał. Z wymienionych dwa tylko punkty były zamieszkane: skały Gibraltarskie, zajmowane przez trzynastu, dobrze w żywność zaopatrzonych Anglików, i wyspa Ostoja, licząca dwudziestu dwóch mieszkańców. Gdzieś, w jakimś nieznanym zakątku, kołatał się jeszcze jeden członek rodziny ludzkiej, tajemniczy autor notatek, znalezionych na morzu. W sumie nowa asteroida liczyła zatem trzydziestu sześciu mieszkańców. Cały ten światek mógłby się utrzymać na trzystu pięćdziesięciu hektarach urodzajnej ziemi wysepki, gdyby nie szalone mrozy, które uniemożliwić miały wszelką pracę na roli.

Przyszłość zależała od tego, czy Galja porusza się po krzywej eliptycznej, która zbliży ją zczasem do słońca, i od czasu, w którym to zbliżenie nastąpi.

Niestety, Galijczycy nie byli w stanie tych kwestyj rozstrzygnąć.

Wszelkie obliczenia mogły się zatem opierać tylko na wartościach realnie posiadanych, t. zn. na zapasach Dobryny, przeznaczonych już dawno na rzecz ogółu, i na ładunku Hanzy, który wcześniej czy później, przeciw czy za zgodą Hakhabuta, stanie się własnością publiczną. Postawiwszy jako warunek racjonalną gospodarkę zamieszkiwanego terenu, można było zapewnić ludności pokarm na długi szereg lat.

Kapitan Servadac, hrabia Timaszew, porucznik Prokop i Ben-Zouf rozważali te kwestje, kierując się w stronę morza. Hrabia Timaszew zauważył, że kapitan, jako Francuz, w kolonji francuskiej powinien istotnie ująć ster rządów w swoje ręce i zostać gubernatorem wyspy, jak to Hiszpanom obwieścił Ben-Zouf.

Oficer przyjął ofiarowany mu urząd i w poczuciu całej ciążącej na nim od tej chwili odpowiedzialności, rzekł:

– Stać będę na straży interesów ogółu i mam nadzieję, że dam sobie radę, nawet gdybyśmy nie mieli już nigdy oglądać naszych przyjaciół na Ziemi.

To mówiąc wyciągnął dłoń do hrabiego, który uścisnął ją serdecznie, pochylając lekko głowę.

– Przedewszystkiem – rzekł kapitan Servadac – należy rozstrzygnąć kwestję bardzo ważną, czy wtajemniczyć tych Hiszpanów w istotny stan rzeczy?

– Ależ nie, gubernatorze! – sprzeciwiał się Ben-Zouf. – Nicponie ci, dowiedziawszy się prawdy, rozleniwią się doreszty.

– Poza tem są to zdaje się zupełni analfabeci – wtrącił porucznik Prokop – iż naszych wyjaśnień nic nie zrozumieją. Co o tem sądzi hrabia?

– Sądzę – brzmiała odpowiedź – że w każdym razie prawdy ukrywać nie mamy powodu.

– I ja jestem tego zdania – zgodził się kapitan Servadac. – Nie możemy ukrywać położenia przed ludźmi, którzy dzielić będą z nami wszelkie jego groźne skutki. Powiedzmy im poprostu, że wysepka nasza oderwała się od Ziemi i błądzi w przestworzach.

– Zgoda! – zawołał Ben Zouf. – Wyobrażam sobie minę starego lichwiarza, gdy dowie się prawdy. Pęknę chyba ze śmiechu!

Izaak Hakhabut, który podążał w odległości pięćdziesięciu kroków za towarzystwem, nie słyszał całej tej rozmowy. Szedł pochylony, złorzeczył i wzywał kolejno wszystkich bogów na pomoc.

Wszystkie fenomeny fizyczne zwróciły i jego uwagę, nie rozumiał ich jednak i nieraz już zapytywał w tej sprawie Ben-Zoufa. Ordynans czuł wyjątkową niechęć do tego potomka Abrahama, naigrawał się zeń i kpił w żywe oczy. Gdy mimo to Żyd molestował go coraz więcej, odsyłał go do powrotu kapitana.

– To jest mądry człowiek – mawiał – on wyjaśni ci wszystko.

– I obroni moją własność?

– Raczej ją skonfiskuje.

Pełen tedy niepokoju i obaw Hakhabut wyglądał powrotu oficera.

Tymczasem całe towarzystwo zbliżało się do wybrzeża, niedaleko miejsca, w którem Hanza zarzuciła kotwicę. Przystań wybrana była bardzo niefortunnie, mało osłonięta, narażała statek co chwila na rozbicie się o brzegi. Należało go czem prędzej przeprowadzić do zatoczki, w której zimowała Dobryna.

Izaak rozrzewniony widokiem swego statku, począł znów skarżyć się i lamentować, aż skarcił go surowo kapitan Servadac, wsiadający właśnie wraz z porucznikiem do łódeczki, która miała ich podwieźć do skarbca Żyda. Statek był w doskonałym stanie i ładunek w zupełnym porządku. To rzucało się w oczy. Jadła, trunków i wszelkiego rodzaju towarów było poddostatkiem. Setki głów cukru, puszki herbaty, wory kawy i tytoniu rozpierały się obok beczułek wódki i wina, baryłek suszonych śledzi, całych sztuk materjałów wełnianych, płóciennych, wszelkiego gatunku ubrań, butów i kapeluszy, wyrobów fajansowych i glinianych, bel papieru, butelek z atramentem, pak z zapałkami, setek kilo soli, przeróżnych konserw, zapasów sera i t. p.

Bezpośrednio przed katastrofą, Hakhabut, wybierając się na objazd wybrzeży morza Śródziemnego, uzupełnił w Marsylji swój ładunek. Całkowita wartość towarów przewyższała sumę stu tysięcy franków.

– Ta złotodajna żyła będzie naszem zbawieniem – szepnął kapitan Servadac.

– Jeśli właściciel pozwoli na jej eksploatację – dorzucił porucznik Prokop.

– A cóż pocznie z temi skarbami, skoro się dowie, że niema już stałych odbiorców: Marokańczyków, Francuzów, ani Arabów?

– Nie wiem, co pocznie, ale w każdym razie będzie chciał sowitej zapłaty.

– Ależ my mu zapłacimy, poruczniku, podług dawnych cen ziemskich.

– W gruncie rzeczy ma pan kapitan pełne prawo rekwizycji.

– Do tego środka nie chciałbym się jednak uciekać. Poza tem jestem święcie przekonany, że wkrótce my będziemy bardziej potrzebni temu człowiekowi, niż on nam, a wówczas wszystko pójdzie jak z płatka.

– Jakkolwiek się stanie – konkludował porucznik Prokop – nie sposób zostawiać nadal statku w tem miejscu. Zginie on tu przy pierwszej niepogodzie, nie przetrzyma nawet naporu lodu w czasie zamarzania morza.

– Słusznie, poruczniku, pańscy ludzie przeprowadzą go do portu.

– I to niezwłocznie, kapitanie, bo czas nagli.

Spisawszy inwentarz Hanzy porucznik z kapitanem zabrali się do odwrotu.

W godzinę później cała kolonja, w nowym powiększonym składzie, zebrała się w dawnem mieszkaniu kapitana Sevadac’a. Tu po raz pierwszy młody Pablo poznał małą Ninę. Oboje radzi byli niezmiernie swemu towarzystwu.

Kapitan w sposób przystępny i jasny skreślił położenie, przyczem zaznaczył, że liczy na oddanie, odwagę i pracę wszystkich dla dobra ogółu.

Hiszpanie słuchali w milczeniu. Nie protestowali narazie, bo nie wiedzieli jeszcze czego od nich żądają. Negrete tylko zapytał z całą naiwnością, kiedy zostaną odwiezieni do Hiszpanji, co wywołało żywy protest ze strony Hakhabuta.

– Będzie panu zapłacone – uspokajał go kapitan Servadac.

– Bo to mi się słusznie należy. Każdemu winni jesteśmy wynagrodzenie, jakie sobie zasłuży. I ja panom chętnie zapłacę za wypożyczenie dwóch, trzech marynarzy, którzyby mnie odstawili do Algeru. O ile, rzecz prosta, cena nie będzie zbyt wygórowana.

– Do Algeru! – wybuchnął śmiechem Ben-Zouf! – Ależ wiedz, ośle jeden…

– Pozwól mi wyjaśnić tym poczciwcom – przerwał oficer francuski – to, czego jeszcze nie zrozumieli.

I w dalszym ciągu wyjaśniał, jak mógł najlepiej.

Hiszpanie przysłuchiwali się opowieści z zupełną beztroską, Hakhabut zaś z niedowierzaniem. Zacisnął wargi, jakgdyby chciał stłumić uśmiech. Poczem odezwał się w języku rosyjskim, aby być zrozumianym tylko przez hrabiego Timaszewa i jego ludzi.

– Wszystko to jest nieprawda i pan gubernator generalny kpi sobie z nas!

Hrabia Timaszew zamiast odpowiedzi odwrócił się od lichwiarza z nieukrywanym wstrętem. Wówczas Hakhabut przemówił po francusku.

– Te bajeczki są dobre dla Hiszpanów. Oni są łatwowierni. Ale ja nie dam się tak łatwo okłamać.

Przemawiając zkolei po włosku, zwrócił się do małej Niny.

– Prawda, maleńka, że to są brednie? Poczem opuścił pokój, wzruszając ramionami.

– Bestja ta zna wszystkie języki! – sarkał Ben-Zouf.

– Masz słuszność – zgodził się kapitan Servadac – ale czy przemawia po francusku, rosyjsku, włosku, czy hiszpańsku, zawsze chodzi mu o pieniądze.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top