This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/II/02

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział I Hector Servadac • Część II. Rozdział II. • written by Juliusz Verne Rozdział III→
←Rozdział I Hector Servadac
Część II. Rozdział II.
written by Juliusz Verne
Rozdział III→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział II,
którego ostatnie słowo wyjaśnia czytelnikowi to, czego się zapewne sam już domyślił.


W ten sposób zakończył się dzień 19-ty kwietnia. Ogół kolonistów wrócił do zajęć codziennych, bo nie wszystkich w tym samym stopniu zajęło zjawienie się profesora Rosette’a. Beztroscy Hiszpanie i Rosjanie, ufający swym przełożonym, mało się zajmowali przyczynami i skutkami zjawisk kosmicznych. Nie pilno im było dowiedzieć się, czy asteroida powróci któregoś dnia na Ziemię, czy też trzeba będzie żyć i umierać na Galji. Nawet w nocy cechowała ich zupełna beztroska, nie tracili czasu snu na próżne rozpamiętywania.

Ben-Zouf, przedzierzgnięty w pielęgniarza, nie odstępował łóżka chorego. Wchodził tu w grę jego honor, zobowiązał się bowiem postawić profesora na nogi. Czuwał też bez przerwy, gotów na każde skinienie. Liczył wszystkie jego westchnienia! Chwytał w lot słowa, które chory szeptał niekiedy. Zaznaczyć trzeba, że najczęściej przez sen wymawiane było słowo Galja, w intonacjach przechodzących od zwykłego zniecierpliwienia do nieopanowanej złości. Może profesor śnił, że chciano mu ukraść kometę, że kwestjonowano odkrycie Galji, lub pierwszeństwo jego obliczeń i obserwacyj – może… ale wszystko to były zagadki. Palmyrin Rosette należał do ludzi, którzy szaleli nawet we śnie.

Mimo skupienia całej uwagi, pielęgniarz nie mógł z tych słów bez związku wyciągnąć żadnych dalej idących wniosków. W każnym bądź razie profesor spał całą noc i słabe początkowo westchnienia zmieniły się wkrótce w donośne chrapanie.

Gdy słońce wzeszło na wschodnim horyzoncie Galji, profesor spał wciąż jeszcze i Ben-Zouf uznał za stosowne sen jego szanować. Zresztą w tym czasie uwaga jego skierowała się gdzie indziej.

Od strony wielkich drzwi galerji rozległo się kilka uderzeń. Drzwi te służyły nietyle do obrony przed niepożądanymi gośćmi, ile przed dotkliwem zimnem zewnętrznem.

Ben-Zouf już zamierzał opuścić na chwilę łóżko chorego i wyjrzeć, ale zastanowił się i doszedł do wniosku, że pewno się przesłyszał. Zresztą nie był przecież stróżem i mógł go wyręczyć kto inny, mniej odpowiedzialnem od niego obarczony zajęciem. W rezultacie nie ruszył się z miejsca.

Wszyscy pogrążeni byli jeszcze w głębokim śnie. Hałas się powtórzył.

– U licha, tego już za wiele! – zaklął Ben-Zouf. – Co to może być?

Skierował się ku drzwiom głównej galerji.

– Kto tam? – zawołał donośnie, bez cienia uprzejmości.

– To ja – brzmiała słodka odpowiedź.

– Ja, to znaczy kto?

– Izaak Hakhabut.

– I czegóż ty tu chcesz właściwie?

– Żeby mnie pan wpuścił do środka, panie Ben-Zoufie.

– A czegóż tu chcesz? Sprzedawać swoje towary?

– Wie pan dobrze, że nikt nie chce ich kupić.

– A więc, idź do djabła!

– Panie Ben-Zoufie! – podjął na nowo Izaak z pokorną prośbą w głosie – chciałbym pomówić z Jego Ekscelencją panem gubernatorem generalnym.

– Śpi jeszcze.

– Poczekam, aż się obudzi.

– A, czekaj sobie za drzwiami!

Ben-Zouf, uznawszy rozmowę za skończoną, chciał właśnie wracać do łoża chorego, gdy nadszedł, zwabiony hałasem, kapitan Servadac.

– Co się stało, Ben-Zoufie!

– Nic, a raczej prawie nic. To zwierzę Hakhabut dobija się, bo pragnie mówić z panem kapitanem.

– A więc otwórz mu – rozkazał Hektor Servadac. – Musimy się dowiedzieć, co go sprowadza.

– Wyobrażam sobie jego interesy!

– Otwieraj, powtarzam!

Ben-Zouf usłuchał. W tej samej chwili Hakhabut, zawinięty w swą starą opończę, wszedł do środka. Kapitan Servadac cofnął się do sali centralnej, a za nim szedł Izaak, nie szczędząc kapitanowi słów powitania, pełnych pokory i uniżoności.

– Czegóż pan chce? – zapytał Hector Servadac, patrząc prosto w twarz Hakhabutowi.

– Ach, panie gubernatorze, tu coś zaszło w ciągu ostatnich paru dni?

– Więc pan przychodzi tu po nowiny?

– Tak jest, panie gubernatorze, i mam nadzieję, że pan mi ich nie odmówi.

– Nic panu nie powiem, bo sam nic nie wiem.

– A jednak nowe jakieś indywiduum ukazało się wczoraj na Gorącym Lądzie.

– Więc pan już wie o tem!

– Tak jest, panie gubernatorze. Z mego biednego stateczku widziałem sanie udające się w dalszą podróż, widziałem też następnie jak wracały. I zdawało mi się, że wynoszono z nich z wszelkiemi ostrożnościami…

– No dobrze i co dalej?

– Czy nie sprowadzono tu cudzoziemca?

– Którego pan zna?

– Tego nie mówię, panie gubernatorze, ale właśnie chciałem… pragnąłbym…

– Czego?

– Pomówić z tym cudzoziemcem, bo może pochodzi on…

– Skąd?

– Z północnych wybrzeży morza Śródziemnego i przynosi…

– Co przynosi?

– Jakieś wiadomości z Europy! – dokończył Izaak, obrzucając kapitana Servadac’a chciwem spojrzeniem.

Wciąż jeszcze uparcie myślał o tem samem, pomimo trzy i pół miesięcznego pobytu na Galji. Oczywiście, że trudniej mu było niż komukolwiek oderwać się duchowo od spraw ziemskich, od których materjalnie jakże daleko zmuszony był odejść. Wyobrażał sobie, iż wszystkie z żalem zaobserwowane zjawiska anormalne, jak skrócony do połowy czas trwania dnia i nocy, przeniesienie zachodu na wschód i wschodu na zachód, odbywały się na Ziemi! Otaczające go morze było stale morzem Śródziemnem. Jeśli jakaś część Afryki zniknęła istotnie wskutek niezrozumiałych kataklizmów, Europa pozostała nietknięta, kwitła i rozwijała się w odległości kilkuset mil na północ. Wszyscy jej mieszkańcy żyją, jak dawniej, i on sam, Izaak Hakhabut, będzie mógł jeszcze handlować, kupować, sprzedawać, jednem słowem być sobą. Hanza objedzie jeszcze wszystkie brzegi i on, da Bóg, nie straci nic na zaszłych zmianach. Oto dlaczego przybiegł niezwłocznie do groty po wiadomości z Europy, gdy dojrzał nowego człowieka. Nikt nie zamierzał przekonywać Izaaka, ani przełamywać jego uporu, bo wszyscy wiedzieli, że byłoby to bezcelowe. Kapitan Servadac nie próbował nawet tłumaczyć mu sytuacji. Nie zależało mu zresztą na nawiązaniu stosunków z tym budzącym wstręt skąpcem, wysłuchawszy tedy interesu, wzruszył tylko ramionami. Z większem jeszcze lekceważeniem potraktował go Ben-Zouf, wdając się jednak z Żydem w dłuższą rozmowę.

– A więc nie omyliłem się – zaczął rozpromieniony kupiec – wczoraj przybył jakiś cudzoziemiec…

– Tak jest – odparł Ben-Zouf.

– Żywy?

– No, chyba!

– A czy mógłbym wiedzieć proszę pana, z jakich stron przybywa!

– Z wysp Balearskich.

– Wyspy Balearskie! – zawołał Izaak. – Najlepszy punkt handlowy morza Śródziemnego! Kiedyś robiłem tam świetne interesy. Hanza była dobrze znana na tym archipelagu! Może zanadto znana! Ale wyspy te oddalone są o niespełna dwadzieścia pięć mil od brzegów hiszpańskich, więc niemożliwe, aby ten czcigodny podróżnik nie otrzymał i nie przywiózł wiadomości z Europy.

– Oczywiście, i udzieli takich, które ci sprawią przyjemność!

– Pan mówi prawdę, panie Ben-Zouf?

– Zupełna prawdę.

– Wcale nie myślę o zarobkach… wcale… chociaż jestem biednym człowiekiem… chciałbym tylko porozmawiać z nim…

– Zarobisz nawet na tej rozmowie!

– Tak?.. Ach, dałbym wiele, gdyby rozmowa mogła mieć miejsce natychmiast.

– Ho, ho! – odparł Ben-Zouf. – Niestety, nasz podróżnik jest bardzo zmęczony i śpi.

– Ale można go obudzić…

– Hakhabut! – odezwał się. wówczas kapitan Servadac – jeśli odważysz się obudzić tu kogokolwiek, każę wyrzucić cię za drzwi.

– Panie gubernatorze – błagał Izaak uniżonym głosem – chciałbym przecież wiedzieć…

– I będziesz wiedział – przerwał kapitan Servadac. – Samemu zależy mi na tem, abyś był obecny, gdy nowy nasz towarzysz będzie nas informował o Europie.

– I ja także będę dbał o to – dodał Ben-Zouf – aby zobaczyć twoją rozradowaną minę. Izaak Hakhabut czekał niedługo, gdyż w tej samej chwili rozległo się niecierpliwe wołanie Rosette’a.

Na to wezwanie wszyscy, jak jeden mąż, ruszyli ku niemu: kapitan Servadac, hrabia Timaszew, porucznik Prokop i Ben-Zouf, który musiał nadstawić ramienia, aby podtrzymać profesora w pozycji siedzącej. Uczony był tylko nawpół rozbudzony i, widocznie pod wpływem jakiegoś niepokojącego snu, wołał:

– Józefie, niech djabli porwą to zwierzę! Czy przyjdziesz wreszcie, Józefie?

Józef był zapewne służącym, który jednakże nie mógł się zjawić, gdyż najwidoczniej pozostał na Ziemi. Zderzenie z Galją spowodowało prawdopodobnie wieczystą rozłąkę pana i sługi.

Tymczasem profesor wołał coraz głośniej:

– Józefie, ofiaro jedna, gdzie są moje drzwi?

– Jestem – odezwał się wówczas Ben-Zouf – a drzwi pańskie są dobrze zabezpieczone.

Palmyrin Rosette szeroko otworzył oczy, a potem marszcząc brwi, bacznie zaczął przyglądać się ordynansowi.

– To ty jesteś Józefem? – zapytał.

– Do usług, panie profesorze – odparł śmiało Ben-Zouf.

– A więc dobrze. Prędko Józefie, moją kawę.

– Już się robi – brzmiała odpowiedź i ordynans pobiegł do kuchni.

W tym czasie kapitan Servadac, pomógłszy profesorowi unieść się na łóżku, zapytał:

– Czy kochany profesor poznaje dawnego swego ucznia z Charlemagne?

– Tak jest, Servadac’u – odparł Palmyrin Rosette – mam nadzieję, że poprawiłeś się w ciągu tych lat dwunastu?

– I to znacznie! – odpowiedział, śmiejąc się, kapitan Servadac.

– To dobrze. To bardzo dobrze – chwalił profesor. – Ale gdzież moja kawa? Bez kawy nie mam jasnego umysłu. A w obecnych okolicznościach to bardzo potrzebne.

Na szczęście powracał już Ben-Zouf, niosąc ogromną filiżankę gorącej czarnej kawy.

Opróżniwszy filiżankę, uczony wstał z łóżka, wszedł do ogólnej sali i, ogarnąwszy ją roztargnionem spojrzeniem, siadł wygodnie w fotelu, przeniesionym tu z Dobryny.

Sprawiał jeszcze przykre wrażenie, ale zadowolony wzrok przypomniał już autora notatek, w rodzaju: „all right”, „va bene”, „nil desperandum”. Odrazu przystąpił do sprawy.

– I cóż panowie myślicie o Galji? – zagadnął.

Kapitan Servadac nie zdążył zapytać, co profesor nazywa Galją, gdy uprzedził go Izaak Hakhabut.

Na widok Izaaka brwi profesora ściągnęły się surowo i, odsuwając Żyda ręką, tonem człowieka, któremu nie oddają należnych honorów, zapytał:

– Cóż to jest takiego?

– Nie należy zwracać na niego uwagi – odparł Ben-Zouf.

Ale nie łatwo było powstrzymać Izaaka, ani jego chęci mówienia. Nic sobie nie robiąc z otoczenia, powrócił do ataku.

– Panie – rzekł – zaklinam cię w imię Abrahama, Izaaka i Jakóba, opowiedz co się dzieje w Europie.

Palmyrin Rosette zerwał się z fotelu, jakgdyby go coś podrzuciło.

– Co się dzieje w Europie! – zawołał. – Jemu się zachciewa wiadomości z Europy!

– Tak… tak… – potwierdził Izaak i zbliżył się do fotelu profesora, chcąc się w ten sposób obronić przed szturchańcami Ben-Zoufa.

– A pocóż ci one – badał uczony.

– Aby tam powrócić.

– Tam powrócić! Któregoż mamy dzisiaj? – zapytał profesor, zwracając się do swego dawnego ucznia.

– Dwudziestego kwietnia – odparł kapitan Servadac.

– A zatem dzisiaj to znaczy dnia 20-go kwietnia – odpowiedział rozpromieniony Palmyrin Rosette – jesteśmy oddaleni od Europy o sto dwadzieścia trzy miljony mil.

Izaak Hakhabut zatoczył się jak człowiek, któremu odebrano resztkę nadziei.

– A więc tu nic niewiadomo? – dziwił się profesor.

– Zaraz wszystko wyjaśnię – odparł Hektor Servadac. I w kilku słowach zaznajomił profesora z biegiem wypadków, począwszy od owej pamiętnej nocy 31-go grudnia. Opowiedział o wyprawie Dobryny, o odkryciu nielicznych szczątków dawnego kontynentu, jako to kilku fragmentów Tunisu, Sardynji, Gibraltaru i wreszcie Formentery, wyjaśnił w jaki sposób trzy razy notatki profesora wpadały w ręce podróżników, jak i dlaczego przeniesiono się z wysepki Ostoi na Gorący Ląd. Palmyrin Rosette wysłuchał całego tego opowiadania, nie szczędząc mówiącemu oznak zniecierpliwienia. Gdy wreszcie kapitan Servadac skończył, zapytał:

– Gdzie według was znajdujecie się w tej chwili, panowie?

– Na nowej asteroidzie, która krąży w układzie słonecznym – odparł kapitan Servadac.

– A tą nową asteroidą jest?

– Olbrzymi, oderwany od macierzy, fragment kuli ziemskiej.

– Fragment kuli ziemskiej! Oderwany! Istotnie…, a w jakiż sposób oderwany?

– Na skutek zderzenia z kometą, którą pan nazwał Galją.

– A więc nie, panowie – mówił, unosząc się z fotelu Palmyrin Rosette. – Stało się lepiej, niż przypuszczacie.

– Lepiej? – podjął z zainteresowaniem porucznik Prokop.

– Tak jest – zapewnił profesor – lepiej! Istotnie, nieznana jakaś kometa uderzyła w Ziemię, w nocy z 31-go grudnia na 1-y stycznia o godzinie drugiej minut czterdzieści siedem, trzydzieści pięć i sześć dziesiątych sekundy nad ranem, ale kometa ta, że się tak wyrażę, zaledwie musnęła Ziemię, zabierając jej tylko tych kilka cząsteczek, które panowie odnaleźli w czasie swej rozpoznawczej podróży.

– A zatem, gdzież my jesteśmy? – niecierpliwił się kapitan Servadac.

– Na gwieździe, którą nazwałem Galją – obwieścił z triumfem profesor Rosette. – Jesteście na mojej komecie!

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top