This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/II/01

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Cześć I
Rozdział XXIV
Hector Servadac • Część II. Rozdział I. • written by Juliusz Verne Rozdział II→
←Cześć I
Rozdział XXIV
Hector Servadac
Część II. Rozdział I.
written by Juliusz Verne
Rozdział II→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


Rozdział I,
w którym poznajemy trzydziestego szóstego mieszkańca sferoidy „Galja”.


Trzydziesty szósty mieszkaniec Galji zjawił się wreszcie na terenie Gorącego Lądu. Jedyne słowa, które wypowiedział dotąd mało zrozumiałym bełkotem, brzmiały:

– To moja kometa. Moja własna kometa!

Cóż to miało oznaczać! Czy, że niepojęte dotąd oderwanie części kuli ziemskiej spowodowane zostało zetknięciem z kometą! Czy istotnie nastąpiło takie spotkanie na orbicie ziemskiej! Której z dwóch asteroid samotnik z Formentery przypisywał nazwę Galji, gwieździe ogoniastej, czy też sferoidzie rzuconej w przestworza? Wszystkie te pytania rozstrzygnąć mógł tylko sam uczony, tak energicznie używający słów „moja kometa”.

W każdym bądź razie wynędzniały samotnik był bezwątpienia autorem notatek, znalezionych przez podróżników Dobryny w czasie ich podróży rozpoznawczej, i astronomem, który zredagował dokument dostarczony przez gołębia pocztowego. On jeden mógł powierzyć falom futeralik i baryłkę oraz obdarzyć wolnością ptaka, którego instynkt skierował do jedynego zamieszkanego terenu nowej planety.

Uczony ten, a był nim napewno mieszkaniec Formentery, znał zatem niektóre elementy Galji. Zdołał on sformułować jej stopniowe oddalanie się od słońca i wymierzyć zmniejszanie szybkości kątowej. Ale czy zbadał rzecz najważniejszą, a mianowicie charakter obiegu Galji, czy porusza się ona wzdłuż hyperboli, paraboli, czy też elipsy! Czy wreszcie wiadome mu są warunki powrotu oderwanej masy ku Ziemi i czy Galja warunkom tym odpowiada? Oto pytania, które nurtowały hrabiego Timaszewa i któremi zkolei niepokoił kapitana Servadac’a i porucznika Prokopa. I oni jednak nic potrafili na nie odpowiedzieć. Wszystkie te sprawy dyskutowali już pod różnym kątem widzenia, nie nasuwały im się jednak żadne konkretne wnioski. I oto jedyny człowiek, który mógłby prawdopodobnie dać jakieś wyjaśnienia, trwał w ciągłej agonji. Jeśli nie uda go się uratować, ciemną pozostanie dla wszystkich przyszłość Galji!

Należało więc użyć wszystkich sił, aby przywrócić uczonego do życia. Dobrze zaopatrzona apteczka Dobryny nie mogła być lepiej użyta. Przystąpiono też natychmiast do ratunku. Wzywający do tej akcji Ben-Zouf powtarzał bez przerwy:

– Do pracy, kapitanie! Trudno sobie wyobrazić, jak ciężkie życie mają uczeni.

Poczęto więc cucić konającego gwałtownemi masażami i tak silnie podniecającemi środkami wewnętrznemi, że wskrzesiłyby umarłego.

Ben-Zoufowi powierzono masaże i, jak się tego łatwo domyślić, wywiązywał się z nałożonego nań obowiązku bez zarzutu. W tym samym czasie Hector Servadac łamał sobie głowę, skąd znał Francuza, przywiezionego z Formentery, i w jakich okolicznościach spotykał się z nim w życiu.

A jednak powinien był go sobie z łatwością przypomnieć. Uczony bowiem, który spoczywał obecnie w wielkiej sali, był dawnym profesorem fizyki Hectora Servadac’a.

Profesor Palmyrin Rosette był istotnie uczonym fizykiem.

Hector Servadac spotykał go tylko w czasie swego jednorocznego pobytu w liceum Charlemagne, nic też dziwnego, że zapomniał o nim, kształcony w dalszym ciągu swych studjów przez najrozmaitszych innych profesorów.

Hector Servadac, jak o tem wspomnieliśmy, nie należał nigdy do kategorji uczniów wzorowych. Za to ileż nadokuczał nieszczęśliwemu Palmyrin Rosette!

Kto wsypywał niepostrzeżenie w laboratorjum sól do wody destylowanej, co wywoływało najbardziej nieoczekiwane reakcje chemiczne? Kto wykradał kroplę rtęci z barometru, powodując sprzeczne z istotnym stanem atmosfery, wskazania? Kto nagrzewał termometr na kilka chwil przed sprawdzeniem go przez profesora? Kto wpuszczał przeróżne owady pomiędzy okular i objektyw mikroskopu? Kto niszczył izolację w maszynie elektrycznej, by nie mogła już wytworzyć ani jednej iskry? Kto wreszcie przekłuł płytkę, podpierającą klosz pompy pneumatycznej, uniemożliwiając wypompowanie z niej powietrza, które wciąż powracało?

To wszystko były figle ucznia Servadac’a i jego niesfornych kolegów.

A miały one dla psotników tem więcej uroku, że profesor Rosette był złośnikiem. Ataki furji i napady wściekłości wprowadzały „hultajską bandę” w najlepszy humor.

W dwa lata po opuszczeniu liceum przez Hectora Servadac’a, Palmyrin Rosette, który czuł się bardziej kosmografem, niż fizykiem, porzucił pracę szkolną i poświęcił się całkowicie studjom astronomicznym. Starał się dostać do obserwatorjum, ale zrzędny i zgryźliwy jego charakter stanęły temu na przeszkodzie. Niezależność materjalna pozwoliła mu na pracę samodzielną, bez oficjalnego tytułu, i dawała satysfakcję pod postacią krytyki innych astronomów. Jemu zresztą zawdzięczano odkrycie trzech ostatnich planet teleskopowych i ustalenie elementów trzysta dwudziestej piątej komety w spisie katalogowym.

Jak już wyżej zaznaczyliśmy, profesor Rosette i uczeń Servadac nie spotkali się nigdy przed owem przypadkowem zetknięciem na Formenterze. Dwunastoletnia rozłąka zatarła zupełnie w pamięci kapitana ofiarę jego młodocianych figlów.

Gdy Ben-Zouf i Negrete rozebrali uczonego z futer, które go okrywały od stóp do głowy, zobaczyli przed sobą małego, łysego, wychudzonego zapewne, choć chudego już z przyrodzenia człowieka, wysokości pięciu stóp i dwóch cali. Na długim, wydatnym nosie wspierały się ogromne okulary, tworzące z gładką, jajkowatą jego czaszką i ogoloną brodą nierozdzielną, zdawałoby się, całość.

Drobny ten jegomość był niezwykle nerwowy. Można go było przyrównać do cewki Rhumkorffa. Cewka „Rosette” gromadziła nerwowość niby elektryczność o wysokiem napięciu. Wybujała nerwowość jednakże nie mogła i nie powinna była utrudnić ratunku. W świecie, liczącym zaledwie trzydziestu pięciu mieszkańców, życie trzydziestego szóstego było wysoko cenione. Zemdlony astronom dawał jeszcze oznaki życia, serce biło bardzo słabiutko, ale w każdym razie działało. Była więc nadzieja doprowadzenia go do przytomności. Ben-Zouf nie szczędził sił przy masażu i tarmosił staruszka rzetelnie.

Wreszcie, po dwudziestu minutach wytężonej pracy, z ust chorego wyrwało się pierwsze westchnienie, a za niem drugie, trzecie… Ściśnięte dotąd kurczowo usta rozchyliły się. Nawpół przytomne oczy otwierały się i przymykały, nieświadome jeszcze miejsca i rzeczy, na które patrzały. Padło kilka niejasnych, przez nikogo niezrozumiałych słów. Prawa ręka drgnęła, podniosła się do czoła, jakgdyby tam czegoś szukała. Rysy twarzy skurczyły się, poczerwieniał, jakgdyby napad złości przywrócił mu życie i zawołał:

– A moje okulary! Gdzie są moje okulary!

Ben-Zouf zarządził poszukiwania. Odnaleziono upragniony przedmiot. Olbrzymie te okulary zaopatrzone były w szkła niemal teleskopowe. Podczas masażu oderwały się od skroni, do których zdawały się być przytwierdzone na stałe, jakgdyby pręt metalowy przebijał na wylot głowę profesora. Umocowane ponownie na orlim nosie wywołały głośny pomruk zadowolenia.

Kapitan Servadac pochylony nad twarzą Palmyrin Rosette’a przyglądał mu się bacznie. W tej chwili profesor szeroko otworzył oczy. Bystre spojrzenie przedarło się poprzez soczewki okularów i rozległ się głos nabrzmiały irytacją.

– Servadac, pięćset wierszy na jutro!

Temi słowy Palmyrin Rosette przywitał kapitana Servadac’a.

Ale ten dziwny początek rozmowy, wywołany zapewne wspomnieniem dawnych nieporozumień, pobudził i pamięć Hectora Servadac’a, który poznał w uczonym dawnego swego profesora fizyki z liceum Charlemagne.

– Pan Palmyrin Rosette! – zawołał. – Mój dawny profesor!… Z ciała i kości!

– Tylko z kości – poprawił Ben-Zouf.

– Do licha! Co za szczególne spotkanie!

Tymczasem Palmyrin Rosette popadł w rodzaj półsnu, który należało szanować.

– Odpowiadam za jego życie – uspokajał tymczasem Ben-Zouf. – Ci drobni ludzie składają się z samych nerwów. Widziałem suchszych od niego, którzy odbywali dalsze podróże!

– A skądże oni przybywali, Ben-Zoufie?

– Z Egiptu, kapitanie, w pięknych, jaskrawo malowanych skrzyniach.

– To były mumje, idjoto!

– Tak jest, kapitanie!

Tak czy inaczej, profesor zasnął. Przeniesiono go do ciepłego łóżka i wszystkie palące pytania zostały siłą rzeczy odłożone na później.

W ciągu całego tego dnia kapitan Servadac, hrabia Timaszew i porucznik Prokop, którzy stanowili prowizoryczną akademję umiejętności, nie mogli się powstrzymać od budowy najnieprawdopodobniejszych hipotez. Której to komecie Palmyrin Rosette nadał miano Galji! Czy nazwa ta przypadła w udziale wyrzuconemu w przestworza odłamkowi kuli ziemskiej? Czego dotyczyły obliczenia podane w notatkach: komety, czy też nowej sferoidy, na której żył kapitan Servadac wraz z trzydziestu pięciu towarzyszami niedoli. Może ci epigoni dawnej ludzkości nie byli wcale Galijczykami?

Oto, co należało rozstrzygnąć. Odpowiedź mogła wszak obalić cały tylomiesięczny aparat dedukcyjny, wypracowany na podstawie nowych fenomenów kosmicznych i luźnych notatek uczonego.

– Poto mamy tu właśnie profesora Rosette, aby nasze wątpliwości rozstrzygnął – zakonkludował Hector Servadac – i przy okazji przedstawił przyjaciołom uczonego, jako zgryźliwego i nerwowego człowieka, przykrego w bliższem pożyciu. Określił go jako niepoprawnego oryginała, uparciucha, narwańca, ale w gruncie rzeczy zacnego człowieka. Najlepiej zawsze przeczekać zły humor, po którym, jak po burzy, musi nastąpić rozpogodzenie.

Gdy kapitan Servadac skończył tę małą biograficzną dygresję, zabrał głos hrabia Timaszew.

– Może pan być pewny, kapitanie, że postaramy się ułożyć jak najlepiej nasze stosunki z profesorem. Przypuszczam zresztą, że odda on nam nielada przysługę, ogłaszając rezultaty swych badań i obserwacyj. Ale będzie to mógł uczynić pod jednym tylko warunkiem.

– Pod jakim? – zagadnął Hector Servadac.

– Że jest autorem znalezionych przez nas dokumentów.

– Ma pan wątpliwości?

– Nie, kapitanie. Wszystkie te wątpliwości skierowane byłyby wszak i przeciwko mojej osobie. Mówię tak tylko, aby wyczerpać serję hipotez niepomyślnych.

– Któż, jeśli nie mój dawny profesor, mógłby być autorem tych rozlicznych notatek! – upierał się Hector Servadac.

– Może jakiś inny astronom samotny w innym punkcie dawnej Ziemi1?

– To wykluczone – wtrącił porucznik Prokop – ponieważ znalezione dokumenty operowały nazwą Galji, a jednocześnie nazwa ta była pierwszem słowem, wypowiedzianem przez profesora Rosette.

Ta słuszna uwaga rozwiała wszelkie wątpliwości i trzeba było się zgodzić, że samotnik z Formentery był prawowitym autorem notatek. Inna sprawa, skąd się wziął na samotnej wyspie. Będzie to mógł wyjaśnić osobiście.

Wraz z nim przybyły do Gorącego Lądu nietylko drzwi, tablica, ale i wszystkie notatki. Przejrzenie ich w czasie snu właściciela nie będzie chyba niedyskrecją.

Na to się zgodzono i przystąpiono do rewizji dokumentów. Charakter pisma i cyfry były te same, co na znalezionych i znanych już dokumentach. Drzwi pokryte jeszcze pisanemi kredą znakami algebraicznemi przechowywano pieczołowicie. Papiery składały się przeważnie z luźnych kartek, pokreślonych figurami geometrycznemi. Krzyżowały się tam krzywe otwarte, jak hyperbole, o nieskończenie długich, stale oddalających się ramionach, również biegnące w nieskończoność parabole i zamknięte krzywe eliptyczne.

Porucznik Prokop zauważył wówczas, że wszystkie te krzywe ilustrowały orbity przeróżnych komet. Wzdłuż orbit parabolicznych i hyperbolicznych poruszały się komety, wzdłuż eliptycznych te ciała kosmiczne, które ukazywały się periodycznie, w mniejszych lub większych odstępach czasu, na horyzoncie ziemskim.

Pobieżne przejrzenie papierów i tablicy (drzwi) wskazywało wyraźnie, że profesor pracował nad ujęciem w formę matematyczną elementów komet; nie można było jednak przesadzać znaczenia skreślonych krzywych, gdyż przy początkowych obliczeniach pierwszym impulsem każdego astronoma jest nadanie komecie drogi parabolicznej.

Ze wszystkiego wynikało, ze w czasie pobytu swego na Formenterze Palmyrin Rosette obliczał elementy jakiejś nowej, nieumieszczonej w katalogu, komety.

Czy obliczenia swoje rozpoczął przed czy po kataklizmie 1-go stycznia, mógł tylko sam wyjaśnić.

– Czekajmy zatem – orzekł hrabia Timaszew.

– Czekam, ale się niecierpliwię! – odparł kapitan Servadac. – Choć za każdą godzinę snu profesora oddałbym miesiąc życia!

– Nie wiem, czy zrobiłby pan na tem dobry interes – zauważył porucznik Prokop.

– Jakto? Aby się dowiedzieć, co jest sądzone naszej asteroidzie?…

– Nie chcę panu odbierać złudzeń, kapitanie – odparł porucznik Prokop – ale z tego, co profesor wie o komecie Galji, nie wynika aby mógł dać wyczerpujące informacje o tym fragmencie ziemi, który nas interesuje. Czy istnieje wogóle jakaś łączność pomiędzy ukazaniem się na horyzoncie ziemskim komety i wyrzuceniem w przestworza naszej sferoidy!

– Ależ, oczywiście! – zawołał kapitan Servadac. – Łączność jest widoczna! Przecież to jasne jak dzień, że…

– Że?… – podchwycił hrabia Timaszew, z widoczną niecierpliwością oczekujący dalszych wniosków.

– Że Ziemię trąciła jakaś kometa, czemu zawdzięczamy naszą podróż w zaświaty.

Po tej enuncjacji kapitana Servadac’a hrabia Timaszew i porucznik Prokop przyglądali się sobie przez chwilę w milczeniu. Jakkolwiek nieprawdopodobne wydawało się spotkanie Ziemi z kometą, nie było ono jednak wykluczone. Tego rodzaju zdarzenie mogło nareszcie wyjaśnić niepojęte dotąd zjawisko, mogło być niedocieczoną przyczyną wszystkich niezwykłych wydarzeń.

– Może pan ma i rację, kapitanie – odparł po dłuższej chwili namysłu porucznik Prokop. – Zderzenie takie zdaje mi się możliwe. Jeśli tak było istotnie, olbrzymia tarcza, którą widzieliśmy w nocy po katastrofie, nie była prawdopodobnie niczem innem, jak ową mknącą z szaloną szybkością kometą, wytrąconą chwilowo ze swej orbity.

– Ta hipoteza mogłaby jedynie wytłumaczyć obecność nieznanej gwiazdy – odparł kapitan Servadac.

– Oto – wtrącił hrabia – pierwsza hipoteza, która trafia mi do przekonania. Uzgadnia ona nasze obserwacje z danemi profesora Rosette’a. Nazwa Galji przypada zapewne owej gwieździe błądzącej, która nas wyrzuciła w przestworza. Prawdopodobnie tak, ale jest jeszcze jedno zagadnienie, którego nie pojmuję…

– Jakie, mianowicie?

– Że uczony zajmował się bardziej kometą, niż bryłą, na której sam się znajdował.

– Ach, hrabio, wszak wiadomo jakimi oryginałami są ci fanatycy wiedzy. A to jest dziwak pierwszej klasy! – odparł kapitan Servadac.

– Poza tem możliwe również – zauważył porucznik Prokop – że obliczenia elementów Galji datują się jeszcze z przed katastrofy. Profesor mógł wiedzieć o zbliżaniu się komety i obserwować ją przed kataklizmem.

Uwaga porucznika nie pozbawiona była słuszności. Zatem w zasadzie przyjęta została hipoteza kapitana Servadac’a. Wszystko sprowadzało się do tego, że w nocy z 31-go grudnia na 1-y stycznia jakaś kometa przecięła ekliptykę i zderzyła się z Ziemią, powodując oderwanie olbrzymiego odłamu globu ziemskiego, który dotąd wędruje w przestworzach międzyplanetarnych.

Jeśli członkowie galijskiej Akademji Umiejętności nie dotarli, być może, jeszcze do jądra sprawy, byli w każdym razie już blisko prawdy.

Jedynie Palmyrin Rosette mógł zagadkę wyjaśnić wszechstronnie!

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top