This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/II/05
| ←Rozdział IV | Hector Servadac Część II. Rozdział V. written by Juliusz Verne |
Rozdział VI→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym Palmyrin Rosette uznaje urządzenia kolonji za niedostateczne.
Przypadkowych mieszkańców Galji niepokoiły wciąż te same myśli: czy pewny jest powrót na Ziemię? Czy astronom nie pomylił się w swych obliczeniach? Czy dobrze określił drogę komety i czas jej obiegu dokoła słońca.
Palmyrin Rosette był tak opryskliwy, że nie sposób było go prosić o rewizję obliczeń.
Nic dziwnego, że w tym stanie rzeczy Hectora Servadac’a, hrabiego Timaszewa i porucznika Prokopa trapił ciągły niepokój. Pozostali koloniści nie tracili nigdy ducha. Nic ich nie obchodziły losy Galji. Umiarkowana praca i obfitość pożywienia czyniły ich szczęśliwymi.
Najszczęśliwszą jednak parą kolonistów byli niewątpliwie – młody Pablo i mała Nina! Jakże wesoło biegali po długich galerjach groty i drapali się na przybrzeżne skały! Jednego dnia wypuszczali się na łyżwach aż hen, poza linję horyzontu, innego znów zabawiali się połowem ryb w jedynem małem jeziorku, które ognista kaskada utrzymywała w stanie płynnym. Zabawy te nie przeszkadzały bynajmniej lekcjom, których udzielał im Hector Servadac.

Któregoś dnia Pablo zapytał:
– Czy rodzice twoi żyją, Nino?
– Nie – brzmiała odpowiedź – jestem zupełnie sama na świecie, a ty Pablo?
– Ja również jestem sierotą. Jakie miałaś zajęcie?
– Pasłam moje kozy.
– A ja zajęty byłem przy koniach.
– Zato teraz nie jesteśmy już samotni, prawda Pablo?
– O nie, teraz wszystko się zmieniło.
– Pan gubernator jest naszym ojcem, a hrabia i porucznik to wujaszkowie.
– A Ben-Zouf jest naszym towarzyszem – dorzucił Pablo.
– I wogóle wszyscy są bardzo mili – ciągnęła mała Nina – psują nas! Ale nie powinniśmy na to pozwolić, Pablo! Powinni być z nas stale zadowoleni!
– Jesteś tak rozsądną, Nino, że przebywając z tobą mimowoli staję się lepszy.
– Jestem twoją siostrą, a ty moim braciszkiem – zakonkludowała poważnie Nina.
– Naturalnie – odparł Pablo.
Wdzięk i uprzejmość tej młodej pary zjednał im serca wszystkich. Nie szczędzono im słów serdecznych, ani pieszczot. Kapitan Servadac i hrabia Timaszew otaczali ich iście ojcowską troskliwością i opieką. Czyż mieli powody żałować rozpalonych piasków Andaluzji lub jałowych skał Sardynji? Dobrze im było, jak było, i nie pamiętali, że kiedykolwiek było inaczej.
Nadszedł lipiec. W tym okresie i w ciągu tego miesiąca Galja miała do przebycia drogę dwudziestu dwóch miljonów mil, a odległość jej od słońca wynosiła sto siedemdziesiąt dwa miljony. Mimo szybkości równej prawie szybkości Ziemi, odległość Galji była cztery i pół razy większa, niż odległość Ziemi od słońca. Średnia szybkość obiegu Ziemi po ekliptyce wynosi bowiem około dwudziestu jeden miljonów mil miesięcznie, co stanowi osiemset mil na godzinę.
Dnia 62-go kwietnia, według kalendarza galijskiego, kapitan Servadac odebrał króciutki bilecik od profesora Palmyrin Rosette’a z informacją, że zamierza dnia tego przystąpić do obliczenia masy i ciężaru gatunkowego swej komety oraz siły ciążenia na jej powierzchni.
Hector Servadac, hrabia Timaszew i porucznik Prokop nie omieszkali skorzystać z naznaczonego spotkania, jakkolwiek zapowiedziane doświadczenia nie mogły interesować ich w tym stopniu, co profesora. Najchętniej uwierzyliby mu na słowo.
Z samego rana Palmyrin Rosette odszukał ich w sali ogólnej. Zdawał się być w humorze nienajgorszym, ale dzień budził się zaledwie do życia, więc i humor profesora mógł się jeszcze zmienić.
Wszyscy wiemy, co należy rozumieć przez określenie „siły ciążenia”. Jest to siła, którą wywiera dana planeta na jednostkę masy. Pamiętamy też, w jakim stopniu siła ta osłabła na Galji.
Masa uzależniona jest od ilości substancji danego ciała i wyraża się jego wagą. Ciężar gatunkowy zaś jest cechą swoistą danej substancji.
Pierwszą wołającą o rozstrzygnięcie sprawą było zagadnienie siły przyciągania na powierzchni Galji.
Drugą kwestją było ustalenie masy i ciężaru Galji. Trzeciem zagadnieniem była ilość substancji składającej Galję, co, mając daną objętość, pozwoli obliczyć ciężar gatunkowy.
– Panowie – rozpoczął profesor – nadszedł wreszcie dzień, w którym poznamy wszystkie elementy naszej komety. Znając siłę ciążenia, masę i ciężar gatunkowy, będziemy wiedzieli już wszystko. Przystępujemy zatem do zważenia Galji!
Ben-Zouf, który wchodził właśnie na salę, pochwycił ostatnie słowa profesora. Cofnął się natychmiast i wracając po chwili, rzekł z miną filuterną:
– Przejrzałem cały magazyn i nigdzie nie mogłem znaleźć wagi. Doprawdy nie wiem, gdzie się mogła zapodziać!
Mówiąc to ordynans wyglądał przez otwór w skałach, jakgdyby szukał w niebiosach rozwiązania zagadki.
Przeszywające spojrzenie profesora i wymowny gest Hectora Servadac’a położyły kres dalszym żartom.
– Przedewszystkiem musimy ustalić – ciągnął Palmyrin Rosette – wiele waży na Galji ziemski kilogram. Na skutek mniejszej masy Galji, mniejsza też jest siła przyciągania, i, co zatem idzie, wszystkie przedmioty na jej powierzchni ważą mniej, niż na powierzchni Ziemi. Potrzebny nam jest stosunek tych wag.
– Słusznie – zauważył porucznik Prokop – ale zwykła waga, gdybyśmy nawet taką znaleźli, nicby nam tu nie pomogła, gdyż obie jej szalki, jednakowo podległe galijskim siłom ciążenia, nie dałyby miary stosunku ciężaru ciała na Galji do jego ciężaru na kuli ziemskiej.
– Istotnie – zgodził się hrabia Timaszew – kilogram bowiem, którym posiłkowalibyśmy się jako odważnikiem, straciłby tyleż na swej wadze, ile przedmiot ważony, czyli…
– Panowie – przerwał niecierpliwie astronom – jeśli mówicie to wszystko celem pouczenia mnie osobiście, tracicie czas niepotrzebnie. Proszę więc, pozwólcie mi dojść do głosu!
I rozpoczął się wykład ex cathedra.
– Czy posiadacie wagę i odważnik jednego kilograma? – zapytał. – Te dwie rzeczy jedynie są mi niezbędnie potrzebne. Waga zaopatrzona w stalową blaszkę, lub sprężynę, wskaże mi natychmiast pod działaniem siły prężności żądany ciężar. Siły przyciągania nie mają tu nic do rzeczy. W istocie, jeśli na wadze takiej zawieszę ciężar jednego kilograma ziemskiego, strzałka wskaże mi dokładnie wagę tego ziemskiego kilograma na powierzchni Galji. W ten sposób poznam zależność między siłą przyciągania ziemskiego i galijskiego. Powtarzam zatem pytanie: czy macie wagę?
Słuchacze Palmyrin Rosette’a spojrzeli po sobie. Poczem Hector Servadac zwrócił się do Ben-Zoufa, kustosza i szafarza bogactw kolonji.
– Nie posiadamy ani wagi, ani odważnika kilogramowego – informował ordynans.
Profesor dał wyraz swemu niezadowoleniu silnie tupnąwszy nogą.
– Ale zdaje mi się – ciągnął Ben-Zouf – że mógłbym wskazać miejsce, w którem znajduje się zarówno waga, jak i odważnik.
– Gdzie?
– Na statku Hakhabuta.
– Trzeba było tak mówić odrazu, durniu jeden! – złościł się profesor, wzruszając ramionami.
– A co ważniejsze, przedmioty te trzeba czem prędzej sprowadzić – dodał kapitan Servadac.
– Już idę! – zgodził się Ben-Zouf.
– Będę ci towarzyszył – oświadczył kapitan – gdyż obawiam się trudności ze strony tego skąpca, Hakhabuta.
– Chodźmy wszyscy razem – zaproponował hrabia Timaszew – zobaczymy, jak Izaak urządził się na swej Hanzie.
Gdy kierowano się ku wyjściu, profesor zagadnął hrabiego:
– Czy któryś z pańskich ludzi nie mógłby wyciosać z kawałka skały bloku o wymiarach sześciennego decymetra?
– Mój mechanik wykonałby to z łatwością, gdyby mu tylko dostarczyć miary metrycznej.
– Czyż i tego nawet nie posiadacie? – denerwował się Palmyrin Rosette.
W głównym magazynie żadnej miary nie było. Ben-Zouf musiał to wyznać ze skruchą.
– Ale – dodał – bardzo możliwe, że i to znajdziemy na Hanzie.

– Chodźmy więc prędzej – dyrygował profesor i szybkim krokiem ruszył w głąb galerji. Całe towarzystwo podążyło za nim. W kilka chwil później Hector Servadac, hrabia, porucznik i Ben-Zouf znaleźli się już u wylotu groty. Spuścili się nadół, kierując kroki ku wąskiej, zamarzniętej zatoce, gdzie wśród lodów uwięzione były Dobryna i Hanza. Mimo mrozu, sięgającego trzydziestu pięciu stopni, kapitan i jego towarzysze dobrze ubrani, opatuleni w skóry i futra, czuli się dobrze. Tylko brody ich, brwi i rzęsy pokryły się momentalnie kryształkami lodu. Komiczny był widok ich twarzy najeżonych białemi, cienkiemi, jak zjeżona szerść świnki morskiej, igiełkami. Bardziej karykaturalna od innych była, przypominająca niedźwiadka, postać profesora.
Była godzina ósma nad ranem. Słońce zbliżało się szybko ku zenitowi. Blada jego tarcza sprawiała z odległości wrażenie księżyca w pełni. Promienie nie grzały i blask ich był bardzo nikły. Wszystkie skały u stóp wulkanu i samo zbocze pokryte były nieskazitelnie białą powłoką śniegu. Wszędzie, aż po szczyt dymiącego stożka leżał puszysty, nieskażony najmniejszą plamką dywan. Wzdłuż północnego zbocza góry kaskadami spływała lawa. Tu śnieg ustąpił miejsca ognistym potokom, wijącym się w wężowych splotach aż ku wylotowi wielkiej groty, skąd już prostopadle spadały do morza.
W górze, mniej więcej sto pięćdziesiąt stóp ponad pieczarą, rysowała się czarna plama. Z tej czeluści sterczała luneta astronomiczna, było to bowiem obserwatorjum Palmyrin Rosette’a.
Śnieżne wybrzeże łączyło się w nierozerwalną całość z zamarzłą powierzchnią wód. Ani śladu jakiejś linji demarkacyjnej. Od bezmiernej białej powierzchni odcinał się tylko blady błękit nieba. Na wybrzeżu widoczne były ślady nóg kolonistów, którzy przybywali tu na wyrąb lodu, lub dla zażycia rozkoszy ślizgawki. Krzywe, zakreślone łyżwami na zlodowaciałej skorupie, mijały się i przecinały jak koliste drogi morskich żyjątek roztaczające się na powierzchni wód. Ślady stóp ludzkich widniały i w kierunku Hanzy. Pozostawił je po sobie Izaak Hakhabut, gdy wychodził przed ostatnią śnieżycą. Pod wpływem zimna nabrały one trwałości bronzu. Pół kilometra oddzielało podnóże góry od zatoczki, w której zimowały statki.
Porucznik Prokop zauważył, że Hanza i jacht wznosiły się teraz przynajmniej na dwadzieścia stóp ponad poziom morza.
– Ciekawe zjawisko! – rzekł kapitan Servadac.
– Ciekawe i niepokojące – dodał porucznik. – Najwidoczniej pod kadłubami statków odbywa się w dalszym ciągu proces zamarzania. Tężejąca stopniowo skorupa uniesie w pewnej chwili statki z nieobliczalna wprost siłą w górę.
– Ale i ta robota musi wszak mieć swoje granice! – wtrącił hrabia Timaszew.
– Trudno to przesądzać – brzmiała odpowiedź porucznika Prokopa – albowiem mróz nie osiągnął jeszcze punktu kulminacyjnego.
– Zastanawiam się – zawołał profesor – czy poto oddaliliśmy się o dwieście miljonów mil od słońca, aby osiągnąć zaledwie temperaturę ziemskich biegunów!!
– Pańskie rozczarowanie jest dla nas przykre, profesorze – podjął porucznik Prokop – na szczęście jednak temperatura atmosfery nie przekracza 60-70 stopni, co ostatecznie można przetrzymać.
– Ba! Rzecz prosta – zgodził się Hector Servadac – zimno bez wiatru jest zimnem bez kataru i, da Bóg, przetrzymamy całą zimę, nie kichnąwszy nawet.
Tymczasem porucznik Prokop dzielił się z księciem obawami, jakie mu nasuwało położenie Dobryny. Nagromadzenie zlodowaciałych warstw groziło wzniesieniem jachtu na znaczną wysokość. W tych warunkach w okresie odwilży należało się obawiać katastrofy w rodzaju tych, które niszczą na morzach arktycznych statki przeznaczone do połowu wielorybów. Nie było jednak sposobu złemu zaradzić.
Zbliżano się do zamkniętej w lodowych okowach Hanzy. Świeżo przez Izaaka Hakhabuta wyrąbane w lodzie stopnie umożliwiały wstęp na pokład.
Słabiutki niebieski płomyczek wymykał się z widocznej z pod zasp śnieżnych miedzianej rury. Skąpiec oszczędzał najwidoczniej paliwa, albo zimno nie dawało mu się zbyt dotkliwie we znaki. Istotnie, okalające statek warstwy lodu, jako złe przewodniki ciepła, utrzymywały we wnętrzu znośną temperaturę.
– Hej tam, stary! Szykuj-no szampana! – zawołał Ben-Zouf.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |