This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/II/06
| ←Rozdział V | Hector Servadac Część II. Rozdział VI. written by Juliusz Verne |
Rozdział VII→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym Izaak Hakhabut znajduje wspaniałą okazję wypożyczenia swych pieniędzy na niepomiernie wysoki procent.
Na wezwanie Ben-Zoufa drzwi tylnej kajuty uchyliły się i Hakhabut wysunął z nich rozczochraną głowę.
– Kto tam? – zawołał. – Czego chcecie ode mnie! Niema tu nikogo. Nie sprzedaję nic, ani też nic nie pożyczam.
– Bardzo to pięknie z pańskiej strony – odparł wyniośle kapitan Servadac. – Ale proszę nas nie traktować jak złodziei!
– Ach! to pan, panie gubernatorze generalny, – zdziwił się Izaak, nie opuszczając jednak kabiny.
– On we własnej osobie – wrzasnął Ben-Zouf, który usadowił się w międzyczasie na pokładzie. – Powinieneś się czuć zaszczycony tą wizytą! Dalej! Wyłaź z nory!
Izaak Hakhabut stanął w całej okazałości w pół-uchylonych drzwiach kajuty. Ani na chwilę nie wypuszczał jednak z rąk klamki, gotowy każdej chwili, w razie grożącego niebezpieczeństwa, zamknąć się na wszystkie spusty.
– Czego sobie życzycie! – zapytał.
– Porozmawiać z panem przez chwilę – odparł kapitan – i mam nadzieję, że ze względu na srogi mróz, zaprosi nas pan na kwadransik do wnętrza.
– Jakto? Chcecie wejść na statek? – złościł się Izaak, nie starając się nawet ukryć, jak dalece wizyta ta wydała mu się podejrzana.
– Tak jest – odparł Hector Servadac, wstępując już wraz z towarzyszami na stopnie.
– Nie mogę was niczem ugościć – skarżył się skąpiec znękanym głosem – jestem biednym człowiekiem!
– Już zaczynasz skomleć – uciął krótko Ben-Zouf. – Dalej z drogi! – I chwycił bezceremonjalnie Izaaka za kołnierz, usuwając go nabok. Poczem otworzył naoścież drzwi kajuty.
– Wiedz, Hakhabucie – zabrał zkolei głos kapitan Servadac – że nie przychodzimy w tej chwili wywłaszczyć cię z twego mienia. Mimo to, zaznaczam raz jeszcze, że, gdy interes publiczny będzie tego wymagał, nie zawaham się zasekwestrować twego ładunku… płacąc ci za towary według europejskich cen rynkowych.
– Bieżące ceny rynków europejskich – mamrotał pod nosem Hakhabut – o nie, mój panie! Bieżące ceny galijskie i to takie, jakie sam podam!
Tymczasem Hector Servadac i jego towarzysze znaleźli się w kajucie Hanzy. Był to kącik bardzo szczupły, gdyż cały statek wypełniony był towarem. Nawprost hamaku, służącego za łóżko, stał mały piecyk, na którym żarzyły się dwa kawałki węgla. W głębi czerniła się starannie na klucz zamknięta szafa. Kilka stołków, sosnowy stół wątpliwej czystości, najniezbędniejsze naczynia kuchenne, to było wszystko! Urządzenie zatem było mało komfortowe, ale godne właściciela Hanzy.
Pierwszym czynem Ben-Zoufa było rozniecenie większego ognia w piecyku. Wywołało to jęki i narzekania Hakhabuta, nikt jednak na skargi jego nie reagował. Ben-Zouf pozostał na straży pieca, który udoskonalił sprytnie pomyślaną wentylacją. Reszta gości, usadowiwszy się jak i gdzie kto mógł, powierzyła kapitanowi misję wyłożenia celu odwiedzin.
Izaak Hakhabut, skurczony w kącie kabiny z boleśnie na piersiach splecionemi rękami, robił wrażenie skazańca, czekającego na odczytanie wyroku.

– Przyszliśmy tutaj, panie Izaaku – odezwał się wreszcie kapitan Servadac – aby prosić pana o drobną przysługę.
– Przysługę?
– Tak jest. We wspólnym naszym interesie.
– Ależ ja nie mam żadnych wspólnych interesów!…
– Nie opieraj się, Hakhabucie, bo tu nie chodzi o obdarcie cię ze skóry!
– Prosić o przysługę mnie, biednego człowieka!?… – lamentował płaczliwie Żyd.
– Zaraz ci wyjaśnię o co chodzi – ciągnął kapitan Servadac, udając, że nie słyszy skarg i narzekań. Uroczysty ten wstęp dreszczem strachu przejął skąpca.
– Jednem słowem – mówił kapitan – potrzeba nam sprężynowej wagi. Czy mógłbyś nam takiej użyczyć?
– Wagi? – przeraził się Izaak, jakgdyby proszono go o pożyczkę kilku tysięcy franków. – Panowie chcecie wagi!
– Tak, tak! Chcemy wagi do ważenia! – powtórzył Palmyrin Rosette, wyprowadzony już tym długim wstępem z równowagi.
– Czyżby pan nie miał wagi! – zapytał porucznik Prokop.
– Owszem ma, sam ją widziałem – wtrącił Ben-Zouf.
– Istotnie. Tak… zdaje mi się… – mamrotał Izaak.
– A zatem, czy zechciałby pan użyczyć nam tej wagi?
– Użyczyć!! – zawołał lichwiarz. – Panie gubernatorze, pan żąda ode mnie pożyczki!…
– Na jeden jedyny dzień – niecierpliwił się profesor. – Potem zwrócimy ci twoją wagę! Możesz spać spokojnie…
– Ale to jest przyrząd bardzo delikatny, panie profesorze, sprężyna może pęknąć od mrozu…
– O! zwierzę! – ryknął Palmyrin Rosette.
– A w dodatku może chodzi o ważenie rzeczy bardzo ciężkich?
– Czy przypuszczasz idjoto, że będziemy ważyli góry! – zapytał Ben-Zouf.
– Więcej jak góry – rzekł z powagą Palmyrin Rosette – zważymy cała Galję!
– O nieba, litości! – krzyczał Izaak, przewidujący już swą ruinę.
Ponownie zabrał głos kapitan Servadac:
– Będziemy ważyli ciężar jednego tylko kilograma.
– Cały kilogram, Boże bądź miłościw!
– A kilogram na Galji, jak panu wiadomo, jest dużo lżejszy, niż na Ziemi. Może pan zatem być spokojny o swoją wagę!
– Święte słowa… racja… panie gubernatorze – odparł Izaak – ale jednakże… pożyczyć… pożyczyć!…
– Skoro pan się wzdraga pożyczyć – wtrącił hrabia Timaszew – może pan sprzeda?
– Sprzedać? moją wagę? o wielkie nieba! – krzyczał Hakhabut. – A na czemże będę ważył towary? Mam tylko ten jeden marny przyrządzik i tego chcą mnie pozbawić!
Ben-Zouf potępiał cierpliwość z jaką kapitan pertraktował ze skąpcem. Palce mu już drgały, aby chwycić chciwca za gardło i zdusić bez miłosierdzia. Hectora Servadac’a jednakże najwidoczniej bawiła sytuacja i pragnął wyzyskać wszelkie możliwe sposoby perswazji.
– Cóż, ojcze Izaaku – zagadnął spokojnie – widzę, że nie zgodzicie się na pożyczkę?
– Czyż mogę się zgodzić, panie gubernatorze? Proszę wejść w moje położenie.
– Ani na sprzedaż?
– Na sprzedaż! Nigdy!
– A więc może pan wagę wynajmie?
Oczy Hakhabuta rozbłysły.
– Pan gubernator odpowiada za wszelkie uszkodzenia? – spytał pośpiesznie.
– Tak, odpowiadam.
– Pan złoży kaucję, która w razie jakiegoś wypadku stanie się moją własnością?
– Złożę.
– Jaką?
– Sto franków, za przyrząd, który wart jest dwadzieścia. To wystarczy?
– Niebardzo… panie gubernatorze… niebardzo, jest to bowiem jedyna waga na naszej planecie. Ale ostatecznie… te sto franków, rzecz prosta, wypłacone będą w złocie?
– W złocie.
– I państwo chcecie mnie pozbawić wagi, tak koniecznie wciąż potrzebnej, na przeciąg całego dnia?
– Na przeciąg dnia.
– A koszta wynajmu?
– Dwadzieścia franków – odparł hrabia Timaszew – to panu wystarczy?
– Cóż robić!? – stęknął Hakhabut. – Trzeba kontentować się małem.
W ten sposób, ku najwyższemu zadowoleniu skąpca, dobito targu.
Dwadzieścia franków pewnego zarobku, sto franków kaucji, i to wszystko w dobrem złocie francuskiem, lub rosyjskiem. Izaak Hakhabut nie pozwoli wodzić się za nos!
Rozejrzawszy się nieufnie dokoła, poszedł szukać wagi.
– Cóż to za człowiek! – rzekł hrabia Timaszew.
– Jako typ jest doskonały! – odparł Hektor Servadac.
W tej samej prawie chwili powrócił Hakhabut, niosąc istotnie w obu rękach wagę.
Była to waga sprężynowa, zaopatrzona w haczyk, na którym wieszano przedmiot ważony. Na tarczy z podziałką poruszała się strzałka wskazująca ilość jednostek. W ten sposób, jak to słusznie zauważył Palmyrin Rosette, wskazania tego przyrządu były niezależne od siły przyciągania ziemskiego. Na Ziemi igiełka zatrzymywała się na wskaźniku jednego kilograma dla każdego przedmiotu ważącego kilogram. Gdzie zatrzyma się dla tych samych przedmiotów na Galji, najbliższa przyszłość pokaże.
Izaak chciwie ściskał w garści odliczone mu sto dwadzieścia franków. Wagą zajął się Ben-Zouf i goście zamierzali już opuścić kabinę, gdy profesor przypomniał sobie, że do pomiarów brak jeszcze jednego niezbędnego przedmiotu. Waga była mu niepotrzebna, gdy nie miał odważnika i miary metrycznej.
– Ach, to jeszcze nie wszystko – rzekł, zatrzymując się Palmyrin Rosette. – Musicie nam jeszcze wypożyczyć…
Izaak Hakhabut zadrżał.
– Potrzeba nam jeszcze miary metrycznej i odważnika jednego kilograma.
– O, to jest wykluczone, mój panie! Żałuję bardzo, chciałbym panom dogodzić, ale tego nie posiadam. Tym razem Izaak Hakhabut mówił prawdę. Nie posiadał istotnie metra, ani odważnika. Dogodzić zaś gościom pragnął, bo świetne z nimi robił interesy. Palmyrin Rosette błędnym wzrokiem wodził po zebranych, jakgdyby czynił ich za to odpowiedzialnymi. Był zupełnie zdezorientowany, gdyż nie wiedział, jak bez tych przedmiotów przeprowadzić pomiary.
– Trzeba będzie jednakże poradzić sobie i bez tego – mruczał.
Reszta towarzystwa podążyła za nim. Nie dotarli jeszcze do mostku, gdy uszu ich doszedł brzęk pieniędzy.
To Izaak Hakhabut chował pośpiesznie złoto do szuflady.
Na nieoczekiwany ten odgłos profesor odwrócił się nagle i ku zdumieniu wszystkich pośpieszył ponownie po schodach na górę.

– Pan przechowuje pieniądze – krzyknął, chwytając Hakhabuta za rękaw starej opończy.
– Skądże… ja… do pieniędzy – jąkał się Izaak, przychwycony na gorącym uczynku.
– A jednak… tu są monety – upierał się profesor – czy to pieniądze francuskie?… Może srebrne pięciofrankówki?
– Tak… nie… – mieszał się Żyd w zeznaniach.
Ale profesor już nachylił się nad szufladą, którą nadaremnie usiłował zamknąć Hakhabut.
Kapitan Servadac, hrabia Timaszew i porucznik Prokop przyglądali się w milczeniu tej niezrozumiałej dla nich scenie, gotowi każdej chwili pomóc profesorowi.
– Potrzebne mi są te monety francuskie! – zawołał Palmyrin Rosette.
– Nie oddam ich za żadne skarby – wrzeszczał kupiec, jakgdyby go obdzierano ze skóry.
– Potrzebne mi są, powtarzam, i będę je miał!
– Po moim trupie chyba – bronił się lichwiarz.
W tem miejscu zainterwenjował kapitan Servadac.
– Może pozwoli pan, profesorze – rozpoczął z uśmiechem – że ja tę sprawę załatwię.
– O, panie gubernatorze – skamlał zrozpaczony Hakhabut – ratuj mnie, ratuj!
– Przedewszystkiem spokojnie, panie Izaaku – odparł Hector Servadac.
Poczem zwracając się do profesora, zapytał:
– Panu potrzeba do doświadczeń kilku pięciofrankówek, wszak prawda!
– Tak jest – odparł uczony – na początek wystarczy czterdzieści sztuk!
– Dwieście franków… – jęknął skąpiec.
– A prócz tego – ciągnął profesor – dziesięć monet dwufrankowych i dwadzieścia po pięćdziesiąt centymów.
– Trzydzieści franków! – lamentował płaczliwy głos.
– W sumie dwieście trzydzieści franków? – badał kapitan.
– Tak jest, dwieście trzydzieści franków – brzmiała odpowiedź astronoma.
– Dobrze – odparł Hector Servadac. I zwracając się do hrabiego Timaszewa, zapytał:
– Hrabio, czy znalazłby się jeszcze jakiś zastaw pod pożyczkę, do której chcę zmusić Hakhabuta?
– Cała moja kasa jest do pańskiej dyspozycji, kapitanie – odparł hrabia; – ale rozporządzam tylko papierowemi rublami…
– Nie chcę papierków! Biorę tylko złoto! Papierki nie maja żadnej wartości na Galji! – wołał Hakhabut.
– Czyżby bilon miał większą? – spytał hrabia z odcieniem ironii.
– Panie Izaaku – uciął krótko kapitan – dotąd cierpliwie znosiłem pańskie jeremjady, ale proszę nie nadużywać mego dobrego humoru. Dobrowolnie lub pod przymusem dostarczy nam pan tych dwieście trzydzieści franków!
– O, złodzieje! – zawołał Hakhabut. Nie dokończył, bo silna dłoń Ben-Zoufa, jak kleszczami, ścisnęła mu gardło.
– Puść go, Ben-Zoufie – rozkazał kapitan – puść go! On da pieniądze dobrowolnie.
– O, nie, nigdy!… Przenigdy!…
– Jakiej rekompensaty pan żąda za pożyczenie nam tych dwustu trzydziestu franków?
– Pożyczyć!… Ach, tylko pożyczyć… – promieniał Izaak Hakhabut.
– Tak, mowa jest o zwykłej pożyczce. Jakiego procentu pan żąda?
– O, panie gubernatorze! – odparł słodkim, jak miód, głosem, lichwiarz. – Trudno jest bardzo zarobić pieniądze, zwłaszcza w obecnych warunkach, na Galji, są one rzadkością nielada…
– Uwagi te są zbyteczne… Wiele pan żąda? – powtórzył pytanie Hektor Servadac.
– A więc, panie gubernatorze… – odparł Izaak – zdaje mi się, że dziesięć franków procentu…
– Dziennie?
– Tak, oczywiście, że dziennie!…
Nie zdążył dokończyć zdania, gdy hrabia Timaszew rzucił na stół kilka rubli. Żyd zaczął je liczyć z zapałem. Chociaż były to papierki, gwarancja taka zadowolniła widocznie najchciwszego z lichwiarzy.
Profesor z prawdziwą satysfakcją ładował do kieszeni z trudem zdobyte monety francuskie.
Hakhabut zażądał procentu przewyższającego osiemnaście razy kapitał. Gdyby takie interesy zdarzały mu się częściej, dorobiłby się na Galji w błyskawicznem tempie fortuny. O tak świetnych transakcjach na Ziemi nawet nie marzył.
W kilka chwil później kapitan Servadac z towarzyszami opuścili statek i uradowany profesor zawołał:
– Panowie, z tych dwustu trzydziestu franków spreparuję odważnik jednego kilograma i miarę jednego metra sześciennego.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |