This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/II/13
| ←Rozdział XII | Hector Servadac Część II. Rozdział XIII. written by Juliusz Verne |
Rozdział XIV→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym mowa jest o jedynej w swoim rodzaju scenie między Palmyrin Rosette’m a Izaakiem Hakhabutem.
Nadszedł wrzesień. Nie było jeszcze mowy o opuszczeniu ponurej, lecz ciepłej kryjówki i przeniesieniu się do Wielkiej Groty. Ludzie zmarzliby niewątpliwie na śmierć w dawnej siedzibie.
Na szczęście, czy też nieszczęście, wygasły krater nie groził ponownym wybuchem.
Na szczęście, gdyż strumienie lawy, płynące dawnem korytem, mogłyby zaskoczyć i zgubić Galijczyków. Na nieszczęście, gdyż w obecnym stanie rzeczy, nie można było marzyć o powrocie do względnie łatwych i wygodnych warunków życia w Wielkiej Grocie.
– Siedem paskudnych miesięcy przeżyliśmy w tych norach – rzekł któregoś dnia Ben-Zouf. – Czy pan kapitan obserwował przez ten czas małą Ninę.
– Obserwowałem, Ben-Zoufie – odparł kapitan – jest to zupełnie nadzwyczajna istotka! Możnaby powiedzieć, że całe życie galijskie skoncentrowało się w jej sercu!
– Tak jest, kapitanie. A co będzie później?
– Później?
– No tak, później, gdy wrócimy na Ziemię? Nie możemy przecież opuścić tego drogiego dziewczątka!
– Skądże znowu, Ben-Zoufie! Przyjmiemy ją do rodziny.
– Brawo, kapitanie! Pan będzie jej ojcem, a ja… ja… chyba będę jej matką!
– A zatem będziemy małżeństwem, Ben-Zoufie!
– Czyż nie jesteśmy niem oddawna, kapitanie – odparł dzielny żołnierz.
Od pierwszych dni października temperatura stała się znośna nawet w ciągu nocy i wynosiła średnio 30–35 stopni poniżej zera. Coraz częstsze stawały się wizyty w Wielkiej Grocie, a nawet spacery na wybrzeże. Odżyła ślizgawka. Z jakąż satysfakcją więźniowie opuszczali mury więzienia! Hrabia Timaszew, kapitan i porucznik zbierali się codziennie, aby badać sytuację i omawiać sprawę powrotu na Ziemię. Chodziło o możliwe uniknięcie złych następstw zderzenia.
Najczęstszym gościem dawnego schroniska był profesor Palmyrin Rosette, który spędzał znów długie godziny przy zainstalowanej w dawnem obserwatorjum lunecie.
Nikt nie śmiał pytać o rezultat badań z tej prostej przyczyny, że nie otrzymałby prawdopodobnie odpowiedzi. Stwierdzono tylko, że profesor miał minę strapioną i wygląd człowieka niezadowolonego z siebie. Kręcił się jak mucha w ukropie, mamrotał i złorzeczył. Był bardziej nieprzystępny, niż kiedykolwiek. W samopoczuciu własnem stawał się najnieszczęśliwszym z astronomów. Najwidoczniej wyliczenia nie zgadzały się z obserwacją i to go nurtowało bez przerwy. W rezultacie za każdym razem, gdy wracał przemarznięty z obserwatorjum do podziemnego gabinetu pracy, dostawał prawie ataków furji.
Gdyby któremuś z Galijczyków udało się podsłuchać, usłyszałby, jak mamrotał pełen rozpaczy:
– Nieszczęście! Cóż to ma znaczyć? Co ona tam robi? Moje wyliczenia wyznaczyły jej miejsce gdzieindziej! Nędznica! Spóźnia się! Jedno z dwojga, albo Newton jest warjatem, albo ona zwarjowała. Wszystko to sprzeciwia się prawom kosmicznej grawitacji! Cóż u licha! Nie mogłem się przecież pomylić! Moje obserwacje są dobre, moje rachunki ścisłe! A! szelma, djablica jedna!

I Palmyrin Rosette chwytał się za głowę, wyrywając z łysej czaszki resztki włosów. I stale, stale ten sam rezultat, niezgodność wyliczeń z obserwacją.
– Czyżby się coś popsuło w państwie niebieskiem? – mówił do siebie. – Nie, to jest niemożliwe! To ja musiałem się omylić! A jednak… jednak…
Profesor trapił się i niewątpliwie schudłby ze zmartwienia, gdyby to było jeszcze możliwe.
Rozczarowanie uczonego niepokoiło wszystkich, lecz to było mu najzupełniej obojętne.
Jednakże taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. Dnia 12-go października kręcący się w wielkiej sali Ben-Zouf usłyszał przeraźliwy krzyk profesora. Podbiegł ku niemu i zapytał:
– Stało się coś panu profesorowi?
– Eureka[1], mówię ci, durniu, eureka! – wołał profesor, skacząc jak opętany.
Twarz jego wyrażała wielkie zadowolenie.
– Eureka? – powtórzył Ben-Zouf.
– Tak jest, eureka! Czy wiesz, co to znaczy?
– Nie wiem.
– A zatem, idź do djabła!
Ordynans poszedł, nie do djabła wprawdzie, lecz do kapitana Servadac’a.
– Kapitanie – powiedział – mam nowiny.
– Jakież to!
– Uczony… jakby to powiedzieć… ma… Eurekę.
– Znalazł? – zawołał kapitan Servadac. – Ale cóż znalazł!
– Tego właśnie nie wiem.
– Ale to jest przecież najważniejsze!
I kapitan Servadac zaniepokoił się nie na żarty. Palmyrin Rosette tymczasem powrócił do gabinetu pracy i mruczał pod nosem.
- Tak, to to, napewno… wszystko inne jest wykluczone. A, łajdak!… Ale zapłaci mi drogo! Czy tylko się przyzna? Nie, przenigdy… Trzeba go będzie przydusić… Przechytrzył.., ale i ja będę chytry… Zmierzymy się…
Trudno było cośkolwiek zrozumieć z tych urywanych słów. Jedno tylko było pewne, że od dnia tego Palmyrin Rosette zmienił zasadniczo swój stosunek do Izaaka Hakhabuta. Dotychczas unikał go, jak zarazy, a teraz szukał jego towarzystwa. Dziwiło to najbardziej samego lichwiarza, nieprzyzwyczajonego do takiej sympatji. Profesor często zachodził do ponurego sklepiku, interesował się kupcem i jego sprawami.
Izaak Hakhabut, szczwany stary lis, miał się na baczności. Nagła zmiana nastrojów profesora nasuwała mu różne podejrzenia. A nuż pragnie zaciągnąć pożyczkę?
Ale Izaak nie w ciemię był bity, nie zawierzy takiemu golcowi. Poza tem pieniądze i jemu samemu przydadzą się także. Sprzedał np. nieoględnie cały zapas kawy i teraz będzie musiał nabywać od Galijczyków niewielkie ilości na własny użytek. Oburzało go to jednak do żywego. Wreszcie doszedł do przekonania, że i on należy do kolonji galijskiej, że produkty w magazynach są własnością ogółu i że ma do nich takie same prawa jak inni. W tem przeświadczeniu wyruszył na poszukiwania Ben-Zoufa.
– Panie Ben-Zouf – odezwał się jak najuprzejmiej – mam małą prośbę do pana.
– Mów, gawronie – odparł ordynans.
– Potrzeba mi funta kawy na użytek osobisty.
– Funt kawy? Jakto? Ty prosisz o kawę?
– Tak, panie Ben-Zouf.
– Ho, ho, to będzie trudna sprawa.
– Czemu, czyżby wyczerpał się już cały zapas?
– Cóż znowu? Mamy jeszcze sto kilo?
– A więc?
– A więc, stary – rzekł ordynans, przechylając głowę w sposób niepokojący – nie wiem czy mogę przychylić się do twej prośby.
– Niech pan mi zrobi tę łaskę – wpraszał się skąpiec.
– Bynajmniej, nie pragnę świadczyć ci grzeczności.
– Jednakże komu innemu nie odmówiłby pan.
– Otóż to właśnie, komu innemu…
– Jak więc będzie, panie Ben-Zouf.
– Zreferuję tę sprawę panu gubernatorowi generalnemu.
– O, nie wątpię, że sprawiedliwa ręka pana gubernatora…
– A ja obawiałbym się dla ciebie tej ręki, właśnie dlatego, że jest sprawiedliwa.
Co mówiąc ordynans odwrócił się na pięcie i odszedł, pozostawiając Hakhabuta pełnego niepokoju i trwogi. W tej chwili zjawił się, stojący opodal na czatach, profesor Palmyrin Rosette. Nadarzała się świetna okazja wywołania pożądanej przezeń rozmowy, przystąpił więc natychmiast do rzeczy.
– Cóż to, panie Izaaku – zapytał – potrzeba panu kawy?
– Tak jest, panie profesorze – odparł kupiec.
– Czyżby pan wszystko sprzedał?
– Niestety, popełniłem ten błąd.
– To dopiero… a kawa istotnie jest niezbędna… pobudza trawienie… dodaje energji życiowej…
– Oczywiście… zwłaszcza w tej ponurej norze nie potrafię obejść się bez niej.
– A zatem dostanie pan ilość, wystarczającą na własny użytek.
– Czy naprawdę, panie profesorze?… Chociaż kawę tę sprzedałem, mam chyba prawo korzystać z niej narówni z innymi!?
– Bezwątpienia, panie Izaaku, oczywiście. A jaka ilość jest panu potrzebna?
– Jeden funcik tylko!… Ja gospodaruję tak oszczędnie, to mi wystarczy na długo!
– A jakże zważymy tę kawę? – spytał Palmyrin Rosette, akcentując mimowoli zlekka to zdanie.
– Na mojej wadze… – wyjąkał Żyd.
Profesorowi zdawało się, że ciężkie westchnienie wyrwało się z piersi lichwiarza.
– Tak jest… – odparł – na pańskiej wadze… wszak jest to jedyna, jaką posiadamy?
– Tak, jest tylko ta jedna – brzmiała odpowiedź.
– Ależ pan zyska na tej transakcji, panie Izaaku, zamiast funta kawy dostanie pan siedem!
– Tak jest, zupełnie słusznie… siedem…
Wzrok profesora przebijał Hakhabuta na wylot.
Chciał o coś zapytać, ale się powstrzymał w obawie, że tą drogą nie dowie się prawdy, na której mu tak bardzo zależało.
W międzyczasie powrócił Ben-Zouf.
– No i cóż? – żywo zapytał Hakhabut.
– Gubernator się nie zgadza – odparł Ben-Zouf.
– Nie chce mi dać kawy? – oburzył się Izaak.
– Nie. Natomiast chce ci ją sprzedać.
– Sprzedać? Mein Gott!!
– Zupełnie słusznie, skoro zgromadziłeś już u siebie pieniądze całej kolonji. Dalej, wyciągaj srebrniki!
– Zmuszać mnie do kupna, gdy inni…
– Już ci mówiłem, że ty a inni to wielka różnica! Kupujesz, czy nie?
– O, ja nieszczęsny!
– Odpowiadaj, bo zamykam sklepik.
Izaak orjentował się doskonale, że z Ben-Zoufem niema żartów.
– Cóż robić… kupię – odparł.
– Dobrze.
– Ale po jakiej cenie?
– Po tej samej, po której sprzedałeś. Nikt cię tu nie oszwabi. Gra nie warta świeczki.
Skąpiec zagłębił się w czeluściach kieszeni i zadzwonił monetami.
Profesor zamienił się cały w słuch i wzrok i poprostu w lot chwytał każde słowo Hakhabuta.
– Wiele więc żądacie za funt kawy? – zapytał skąpiec.
– Dziesięć franków – odparł Ben-Zouf. – Taka cena rynkowa, ale to przecież nie gra najmniejszej roli, bo i tak po powrocie na Ziemię złoto nie będzie miało wartości.
– Złoto nie będzie miało wartości!? To wykluczone!
– Przekonasz się wkrótce.
– Boże, nie opuszczaj mnie! Dziesięć franków za funt kawy!
– Dziesięć franków! Czy skończyłeś?
Izaak wyciągnął wreszcie złotą monetę, obejrzał ją przy świetle lampy, prawie że dotknął jej wargami.
– Będzie pan ważył na mojej wadze? – zagadnął tonem tak żałosnym, że aż budzącym podejrzenie.
– A na czem mam ważyć! – odparł ordynans. Poczem biorąc wagę, powiesił na haczyku szalkę i sypał póty kawę, póki strzałka nie wskazała ciężaru jednego funta, to znaczy siedmiu funtów ziemskich.
Izaak Hakhabut śledził pilnie każde jego poruszenie.
– Gotowe! – rzekł Ben-Zouf.
– Czy strzałka wskazuje dokładnie? – pytał kupiec, pochylając się nad tabliczką z podziałką.
– No, przecież, stary niedowiarku.

– Niech pan ją pchnie trochę palcem.
– A to poco?
– Ponieważ… gdyż… – mamrotał Żyd – moja waga nie jest, być może… zupełnie… dokładna…

Zaledwie słowa te zostały wypowiedziane, Palmyrin Rosette przyskoczył do gardła Hakhabuta. Wpił się weń pazurami i począł go dusić.
– Kanaljo! – wrzeszczał.
– Ratunku! Na pomoc! – wołał Izaak.
Zawrzała walka. Ben-Zouf nietylko zachował się neutralnie, ale raczej podjudzał zapaśników, wybuchając przytem śmiechem. Dla niego, istotnie, wart był jeden drugiego.
Na odgłos walki zjawili się jednakże w komplecie hrabia, kapitan i porucznik.
Rozdzielono walczących.
– Cóż to się właściwie stało? – pytał kapitan Servadac.
– Co się stało? Ten nicpoń dał nam fałszywą wagę. Wagę, która wskazuje ciężar wyższy od istotnego – skarżył się profesor.
– Czy to prawda, Izaaku?
– Panie gubernatorze… tak… nie… – plątał się winowajca.
– Mniejsza już, że łotr ten oszukiwał przy sprzedaży – podjął profesor z wzrastającą wciąż wściekłością – ale gdy ważyłem kometę na jego wadze, otrzymałem ciężar większy od istotnego.
– Czyżby tak było naprawdę?
– Słowo honoru! Nic nie wiem… – mamrotał Hakhabut.
– Przyjąłem tę fałszywą wagę za podstawę dalszych obliczeń i stąd niezgodność z obserwacją… Ona wciąż była nie na swojem miejscu.
– Kto ona? Galja?
– Ależ nie, skądże znowu! Nerina, nasz księżyc!
– Galja?
– Galja, jak zawsze, jest na swojem miejscu – odparł Palmyrin Rosette – zmierza prosto ku Ziemi. Wraz z nami i z tym przeklętym oszustem!
Przypis
- ↑ Eureka, po grecku „znalazłem” – okrzyk, który wyrwał się z ust Archimedesowi podczas kąpieli, gdy odkrył prawo gatunkowego ciężaru ciał. (Przyp. tłum.).
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |