This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/II/12
| ←Rozdział XI | Hector Servadac Część II. Rozdział XII. written by Juliusz Verne |
Rozdział XIII→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
który stwierdza, że ludzie nie są stworzeni do grawitowania w odległości dwustu dwudziestu miljonów mil od słońca.
Począwszy od tego dnia Galja ze wzrastająca wciąż szybkością pędziła wzdłuż krzywej eliptycznej. Wszystkie żyjące na jej powierzchni stworzenia, z wyjątkiem trzynastu Anglików na Gibraltarze, skryły się w głąb góry wulkanicznej.
Jak Anglicy przetrzymali tę pierwszą część zimy na wyspie? Opinja ogółu głosiła, że przypuszczalnie lepiej od mieszkańców Gorącego Lądu. Mieli duże zapasy żywności i paliwa i nie musieli ciepła pożyczać od wulkanu. Solidne ściany koszar, które zajmowali, zabezpieczały ich dostatecznie od najsilniejszego nawet mrozu. Dobrze odziani, dobrze odżywieni nie czuli napewno zimna, ani głodu. Żyli sobie wygodnie i dostatnio, a w przyszłości czekała ich najwyższa pochwała Anglji za wierne wytrwanie na posterunku.
Kapitan Servadac i jego towarzysze mogliby – rzecz prosta – też zimować na Gibraltarze. Myśl ta już dawno przychodziła im do głowy. Zostaliby napewno przyjęci gościnnie, chociaż pierwsza wizyta w swoim czasie pozostawiała wiele do życzenia. Anglicy nie opuściliby bliźnich w potrzebie bez udzielenia pomocy. To też w razie bezwzględnej konieczności mieszkańcy Gorącego Lądu zdecydowani byli wyemigrować do Gibraltaru. Wymagało to jednak długiej podróży przez pola lodowe, bez schronienia, bez ognia, i kto wie, czy wszyscyby ją przetrzymali. Dlatego też projekt ten odsuwano w przyszłość, postanawiając wykonać go tylko w razie ostateczności.

Jak wyżej powiedziano, wszyscy mieszkańcy Gorącego Lądu znaleźli przytułek w grotach centralnego krateru. Należało pomyśleć nietylko o ludziach, ale i o zwierzętach, które w galerjach Wielkiej Groty znalazłyby śmierć niechybną. Z wielkim trudem przeprowadzono w głąb góry umiłowane konie kapitana i ordynansa. Kapitanowi bowiem specjalnie zależało na tem, aby je żywe sprowadzić na Ziemię. Kochał te biedne stworzenia, nieprzystosowane do nowych warunków klimatycznych. Ulokowano je w głębokiem wyżłobieniu, które zamieniono w stajnię. Paszy na szczęście było poddostatkiem.
Inne zwierzęta trzeba było częściowo poświęcić. Chcąc im oszczędzić strasznych męczarni powolnego zamarzania, pozabijano je i zostawiono w galerjach, gdzie wskutek niskiej temperatury przechowywały się doskonale. Ptaki, żywiące się tylko okruszynami pokarmu ludzkiego, same szukały schronienia w głębi wulkanu. Liczba ich była jednakże tak wielka, a obecność tak dokuczliwa, że większość została zgładzona ze świata.
Wszystko to działo się pod koniec stycznia. Gdy skończono prace, związane z przeprowadzką, rozpoczęły się dla Galijczyków dni ciężkiej, beznadziejnej monotonji. Wszyscy popadli w stan odrętwienia i zupełnego moralnego bezwładu. Kapitan Servadac usiłował wszystkich rozruszać i zainteresować wspólną lekturą i rozmowami. Na razie udawało mu się to niezgorzej. Całe towarzystwo zasiadało wokół wspólnego stołu, słuchało i kształciło się.

Cóż w tym czasie robił Izaak Hakhabut? Czy przyłączył się do ogółu? Bynajmniej. Długie godziny przesiadywał nad rachunkami, licząc i sprawdzając, dawno już przeliczone i sprawdzone wykazy. Zebrał już w swych rękach sumę stu pięćdziesięciu tysięcy franków, nie udało mu się jednak jeszcze nic pożyczyć na procent. I to go najwięcej trapiło.
Największą ruchliwość wykazywał Palmyrin Rosette, stwarzając sobie natychmiast nowe absorbujące zajęcie. W towarzystwie swoich cyfr i obliczeń nie nudził się nigdy i znakomicie mu one teraz skracały dzień.
Znał już wszystkie elementy Galji i teraz zajmowała go sprawa jej satelity, Neriny. Byle miał wagę i spokojny zakątek do obserwacyj. W tej sprawie właśnie zwrócił się do Hectora Servadac’a.
– Kochany profesor prosi o gabinet do pracy? – zapytał.
– Tak jest, kapitanie, ale cichy i odludny.
– Pomyślę o tem, znajdę panu kącik oddzielny i spokojny, tylko za komfort nie ręczę – odparł oficer.
– Wcale o to nie proszę.
– A zatem rzecz załatwiona.
Korzystając z rzadkiego humoru uczonego, kapitan zaryzykował pytanie.
– Profesorze, wyliczenia pańskie, dotyczące obrotu Galji dookoła słońca, są niewątpliwie ścisłe. Ale o ile się nie mylę półminutowe spóźnienie, lub przyśpieszenie, mogłoby zaważyć na losach spotkania z Ziemią…
– A więc?
– A więc, drogi profesorze, czy nie byłoby wskazane sprawdzenie tych obliczeń?
– To jest zbyteczne.
– Porucznik Prokop byłby do pańskiej dyspozycji…
– Nikt mi nie jest potrzebny! – odparł Palmyrin Rosette, draśnięty w najczulszą strunę.
– Jednakże…
– Nie mylę się nigdy, kapitanie Servadac, i pańskie nalegania są conajmniej nie na miejscu.
– U licha, nie jest pan uprzejmy dla swych towarzyszów, profesorze! – i kapitan Servadac ugryzł się w język, nie chcąc wywoływać awantur.
– Nie rozpocznę na nowo moich obliczeń – podjął sucho Palmyrin Rosette – gdyż są one bez zarzutu. Ale powiem panu, że to, co zrobiłem dla Galji, chcę uczynić i dla Neriny, jej satelity.
– Oto celowa robota – odciął kapitan Servadac – a ja sądziłem, że elementy Neriny, jako należącej do strefy planet teleskopowych, już dawno astronomom ziemskim są znane.
Profesor wściekły, groźnem spojrzeniem zmierzył kapitana i rzekł w najwyższem podnieceniu.
– Właśnie w tem sęk, że astronomowie ziemscy obliczyli ją jako planetę teleskopową. Tymczasem Nerina, stajać się satelitą Galji, wyszła ze strefy planet teleskopowych. I w tej nowej sytuacji chcę poznać jej elementy. Nie wiem, czemu Galijczycy nie mieliby wiedzieć o swoim księżycu tego, co mieszkańcy Ziemi wiedzą o swoim.
Trzeba było widzieć z jakiem lekceważącem wydęciem warg i z jaką pogardą Palmyrin Rosette mówił o sprawach ziemskich.
– Kapitanie, kończę tę rozmowę prośbą, od której zacząłem – uciął krótko – potrzeba mi kąta.
– Zajmę się tem niezwłocznie, profesorze.
– O, niema gwałtu – dorzucił astronom – wystarczy, gdy będę go miał za godzinę.
Minęła nie godzina, lecz całe trzy, aż wreszcie zainstalowano profesora w głębokiej wnęce, w której jego stół i fotel znalazły wygodne pomieszczenie. W ciągu następnych dni astronom, mimo zatrważających mrozów, zachodził niejednokrotnie do górnej sali, aby sprawdzić rozmaite pozycje Neriny. Poczem ukrywał się w swoim gabinecie i nie widziano go więcej.
Niezwykłej zaiste trzeba było tężyzny ducha, aby przetrzymać tę egzystencję na głębokości ośmiuset stóp niżej poziomu. Wszyscy prawie Galijczycy popadli w niepokojący stan odrętwienia. Nikomu nie pilno było nazewnątrz i gdyby nie potrzeba słodkiej wody, czyli przymusowe ekspedycje po lód, nie opuszczanoby wcale wnętrza wulkanu.
Organizowano natomiast wycieczki do najniżej położonych części centralnego krateru. Dobrze się stało, gdyż w ten sposób przekonano się, że ogień centralny nie wygasł, tylko na powierzchni Galji musiały się utworzyć nowe kratery i lawa płynęła nowem korytem.
W ten sposób przeszedł luty, marzec, kwiecień i maj. Ludzi opadła senność i zgnuśnienie. Wspólna, budząca początkowo zainteresowanie, lektura nie gromadziła już słuchaczów przy wspólnym stole. Urwały się ożywione dysputy. Rozprawiano po kątach prawie szeptem, bez zapału. Hiszpanie zwłaszcza byli do niczego, nie opuszczali swoich posłań i z trudem przyjmowali pożywienie. Rosjanie zachowywali się o wiele dzielniej. Brak ruchu dawał się wszystkim we znaki. Kapitan Servadac, hrabia Timaszew i porucznik zdawali sobie doskonale sprawę z pogarszającego się ciągle stanu rzeczy, ale byli bezradni. Sami stopniowo poddawali się ogólnemu przygnębieniu i nie mieli już sił do oporu. Chodzili w półśnie, odczuwając dziwny, niczem niewytłumaczony wstręt do wszelkiego rodzaju pokarmów. Jedynie mała Nina czuła się dobrze i nie traciła humoru. Pogodna i wesoła wszystkim dodawała otuchy. Jej wdzięczny głosik rozlegał się jak śpiew słowika. Zachęcała do jedzenia i picia. Była duszą całego tego podziemnego świata i obecność jej była zbawienna dla wszystkich.
Tymczasem mijały miesiące. W jaki sposób? Kapitan Servadac i jego towarzysze nie potrafiliby tego określić. Z początkiem czerwca Galijczycy poczęli się budzić z odrętwienia. Czyżby to był wpływ słońca, do którego kometa zbliżała się powoli? Być może, choć słońce było jeszcze bardzo daleko, w odległości stu dziewięćdziesięciu miljonów mil! Szybkość Galji, zgodnie z prawami Keplera, wzrastała regularnie w ten sposób, że po czterech miesiącach powinnaby ona wejść w strefę planet teleskopowych i znaleźć się w odległości już tylko stu dwudziestu pięciu miljonów mil od słońca.
W tym czasie, t. j. w drugiej połowie czerwca, kapitan Servadac i jego towarzysze odzyskali całkowicie sprawność fizyczną i hart ducha. Ben-Zouf, jak człowiek, który spał zbyt wiele, przeciągał się leniwie.
Poczęto częściej odwiedzać opustoszałe sale Wielkiej Groty. Kapitan, hrabia i porucznik Prokop zapuszczali się aż na wybrzeże. Odczuwało się jeszcze zimno dotkliwie, ale zupełna cisza panowała w powietrzu. Najlżejszy wietrzyk nie zakłócał spokoju, najmniejsza chmurka nie przesłaniała horyzontu. Jeden tylko szczegół zmienił się w krajobrazie, a mianowicie skalisty cypel górujący nad zatoką. Warstwy lodowe nie przestawały narastać w dalszym ciągu. Wzniosły się już do wysokości stu pięćdziesięciu stóp nad poziom morza. Hen w górze zawisły jacht i Hanza. W razie odwilży groziło im niechybne rozbicie.
Na szczęście Izaak Hakhabut, który nie opuszczał zupełnie swego sklepiku w podziemiach, nie towarzyszył kapitanowi w tej przechadzce na wybrzeże. Oszalałby z rozpaczy!
Dwa dalsze miesiące, lipiec i sierpień zbliżyły Galję na odległość stu sześćdziesięciu czterech miljonów mil od słońca. Podczas krótkich nocy mróz dawał się jeszcze we znaki, ale we dnie słońce podnosiło temperaturę o jakieś 20 stopni. Ciepło było zwłaszcza na równiku, który przecinał Gorący Ląd.

Galijczycy rozprostowywali codziennie skostniałe członki w ożywczych promieniach słońca i powoli nadzieja wstępowała w ich serca. Podczas dnia tarcza słoneczna na horyzoncie wydawała się większa. Nocą Ziemia zdawała się rosnąć w powodzi gwiazd. W oddali majaczył cel – bardzo odległy jeszcze, ale w każdym razie widoczny. Narazie był to punkcik w przestrzeni. Punkcik ten nasuwał Ben-Zoufowi refleksje, z których zwierzył się któregoś dnia kapitanowi i hrabiemu.
– Naprawdę nie mogę uwierzyć, aby mieścił się tam Montmartre!
– A jednak tak jest – odparł kapitan Servadac – mam nawet nadzieję, że go wkrótce odwiedzimy.
– Dałby Bóg, panie kapitanie! Oby tylko kometa nasza wróciła na Ziemię. Czy niema żadnego sposobu pokierowania nią?
– Nie, przyjacielu – zabrał głos hrabia Timaszew – żadna siła ludzka nie zmieni układu ciał niebieskich we wszechświecie. Pomyśl, co to byłby za nieporządek, gdyby tak każdy dowolnie mógł zmieniać bieg swej planety! Ale Bóg zarządził inaczej i zdaje mi się, że zarządził mądrze.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |