This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/II/15

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział XIV Hector Servadac • Część II. Rozdział XV. • written by Juliusz Verne Rozdział XVI→
←Rozdział XIV Hector Servadac
Część II. Rozdział XV.
written by Juliusz Verne
Rozdział XVI→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XV,
w którym omawiana jest sprawa powrotu na Ziemię i śmiała propozycja porucznika Prokopa.


Po powrocie kapitan Servadac powiadomił hrabiego Timaszewa o przebiegu wizyty. Opowiedział też o bezprawnej sprzedaży Ceuty Anglikom, skrył tylko swe nieudałe plany osobiste.

Spełniwszy obowiązek, postanowiono nie kłopotać się więcej losem Anglików. Niech sobie radzą, jak potrafią. Tymczasem zbliżał się moment ponownego zetknięcia komety z kulą ziemską. Należało stawić mu czoło. Oby się tylko obyło bez ofiar.

Działo się to dnia 10-go listopada. Hrabia, kapitan i porucznik zebrali się w największej grocie, w t. zw. sali ogólnej. Ben-Zouf, rzecz prosta, dopuszczony był do obrad. Palmyrin Rosette, jakkolwiek zaproszony, odmówił swego udziału. Sprawa powrotu na Ziemię była mu najzupełniej obojętna. Od czasu zniknięcia ukochanej Neriny profesor nie mógł sobie znaleźć miejsca. Obawiając się utraty Galji, podobnie jak stracił jej satelitę, unikał ludzi, szukając samotności i ciszy.

Pierwszy zabrał głos kapitan Servadac.

– Panowie – mówił – dziś mamy dzień 10-y listopada. Jeśli obliczenia mego profesora są ścisłe, za 51 dni kometa nasza zetknie się z Ziemią. Czy w przewidywaniu tego spotkania powinniśmy przedsięwziąć jakieś środki ostrożności?

– Oczywiście, o ile leży to w naszej mocy. Obawiam się jednak, że jesteśmy zupełnie bezsilni w rękach Opatrzności.

– Nie zaszkodzi jednak próbować.

– Czy pan ma jakieś pomysły, kapitanie

– Żadnych absolutnie.

– Jakże to, panowie – wtrącił wówczas Ben-Zouf – tacy uczeni nie umieją sobie poradzić z głupią kometą?

– Przedewszystkiem nie jesteśmy uczonymi – odparł kapitan – i gdybyśmy nawet nimi byli, nicby to nie pomogło, czego najlepszym dowodem profesor Palmyrin Rosette.

– Nacóż w takim razie zda się cała wiedza?

– Panowie – zabrał głos porucznik Prokop – rzecz jasna, że nowe to zderzenie zagraża nam tysiącem niebezpieczeństw. Jeśli panowie pozwolą, wyszczególnię je i omówię. Wówczas przekonamy się, czy będziemy w stanie je zwalczyć, lub conajmniej osłabić.

– Słuchamy – odparł hrabia Timaszew.

Wszyscy roztrząsali te sprawy tak spokojnie, jakgdyby to chodziło nie o nich.

– Panowie – ciągnął porucznik Prokop – przedewszystkiem musimy się zastanowić nad możliwemi rodzajami zderzeń. To nam wskaże, czego należy się obawiać, lub spodziewać w każdym poszczególnym przypadku.

– Słusznie – zgodził się kapitan Servadac – nie zapominajmy przytem, że obie gwiazdy zmierzają ku sobie i że zderzą się przy szybkości dziewięćdziesięciu tysięcy mil na godzinę.

– Ekspresy! – pozwolił sobie wtrącić Ben-Zouf.

– Zderzenie może być częściowe lub też całkowite, normalne. W pierwszym przypadku Galja może ledwie musnąć Ziemię, porywając ze sobą nowe jej części w dalszą międzyplanetarną podróż. Orbita może przytem ulec poważnym zmianom i my, o ile notabene dożyjemy tej chwili, będziemy mieli bardzo małe szanse powrotu kiedykolwiek na Ziemię.

– Co przypadałoby do gustu profesorowi, ale nie nam – zauważył Ben-Zouf.

– Porzućmy tę hipotezę – przerwał hrabia – i rozpatrzmy przypadek, gdy Galja zderzywszy się z Ziemią, połączy się z nią całkowicie.

– Jak brodawka z twarzą – uzupełnił ordynans.

– Nie przeszkadzaj – zgromił go kapitan.

– Rozkaz, kapitanie.

– Rozpatrzmy zatem niebezpieczeństwa całkowitego zderzenia – ciągnął porucznik. – Ziemia, jako dużo większa i cięższa, porwie Galję ze sobą. Niezależnie od miejsca, w którem nastąpi zetknięcie, nie mamy widoków ocalenia.

– Może pan to wytłumaczy jaśniej – prosił kapitan Servadac.

– Jeśli w chwili spotkania znajdziemy się na płaszczyźnie zetknięcia na równiku, będziemy zmiażdżeni.

– To się rozumie samo przez się – rzekł Ben-Zouf.

– Jeśli znajdziemy się na antypodach tej części komety, prócz zmiażdżenia zagraża nam jeszcze uduszenie. Atmosfera ziemska bowiem połączy się z atmosferą Galji i na szczycie stumilowej góry, jaką utworzy na powierzchni Ziemi Galja, nie będzie czem oddychać.

– A jeśli Galja trąci Ziemię którymś ze swych biegunów? – spytał hrabia Timaszew.

– W tym przypadku – odparł porucznik – będziemy rzuceni w przestrzeń i rozbici na miazgę.

– Coraz lepiej! – szepnął Ben-Zouf.

– Dodam jeszcze, że w tych i w każdym innym przypadku pochłoną nas płomienie.

– Płomienie? – dziwił się kapitan.

– Tak jest, gdyż zahamowana gwałtownie szybkość Galji zamieni się w ciepło, które przy temperaturze kilku tysięcy stopni częściowo lub całkowicie spali Galję.

Wywody porucznika wszystkim trafiły do przekonania, były bowiem jasne i logiczne.

– Pozwoli pan porucznik na jedno pytanie – odezwał się Ben-Zouf. – Gdyby Galja wpadła do morza?

– Nawet Atlantyk, ani ocean Spokojny nic tu nie pomogą. Ich głębia nie złagodzi siły zderzenia, nie powstrzyma wypadków.

– W ten sposób – reasumował kapitan Servadac – niezależnie od rodzaju i miejsca zderzenia, zagraża nam rozbicie, zmiażdżenie lub spalenie.

– Tak jest – odparł bez zająknienia porucznik Prokop.

– Skoro tak jest istotnie – rzekł Ben-Zouf – pozostaje nam tylko jedno.

– Co takiego? – spytał kapitan.

– Opuścić Galję przed zderzeniem.

– Ale w jaki sposób?

– O, sposób jest bardzo prosty – odparł spokojnie Ben-Zouf – gdyż niema żadnego.

– A może jednak… – zamyślił się porucznik Prokop.

Wszyscy spojrzeli na porucznika, który ściskając rękami głowę, rozmyślał nad jakimś śmiałym projektem.

– A jednak – powtórzył porucznik – chociaż plan mój ma pozory fantazji trzeba go będzie wykonać.

– Mów, Prokopie – niecierpliwił się hrabia Timaszew.

Porucznik wciąż jeszcze pogrążony był w myślach. Wreszcie rzekł.

– Ben-Zouf wskazał nam właściwą drogę, musimy opuścić Galję przed zderzeniem.

– A czy to jest możliwe? – spytał hrabia.

– Owszem… być może… zdaje się… że tak…

– W jaki sposób?

– Przy pomocy balonu.

– Balon! Ależ to straszny przeżytek, nie posługują się nim już nawet w powieściach.

– Posłuchajcie mnie panowie – rzekł porucznik Prokop, marszcząc zlekka brwi. – Znając dokładnie moment zderzenia, możemy na godzinę wcześniej wznieść się w atmosferę Galji. W chwili zetknięcia atmosfera ta połączy się z atmosferą Ziemi i możliwe, że balon nasz przesunie się nieznacznie z jednej atmosfery do drugiej. W ten sposób, utrzymując się w ciągu całego spotkania w powietrzu, unikniemy bezpośredniego wstrząsu.

– Dobrze, Prokopie – rzekł hrabia – usłuchamy cię i zrobimy to, co radzisz.

– W ten sposób – ciągnął porucznik – na sto szans tylko dziewięćdziesiąt dziewięć zwraca się przeciwko nam.

– Dziewięćdziesiąt dziewięć?

– Conajmniej, gdyż według wszelkiego prawdopodobieństwa balon powinien się spalić.

– I on także? – zawołał Ben-Zouf.

– Oczywiście, tak samo, jak kometa. Chyba, że.. czy ja wiem… w każdym razie uważam, że lepiej jest opuścić kometę.

– Tak… tak… oczywiście – godził się kapitan – nawet przy jednej stutysięcznej prawdopodobieństwa należałoby się chwycić tej deski ratunku.

– Ale nie mamy tlenu do wypełnienia balonu – zauważył hrabia Timaszew.

– Wystarczy nagrzane powietrze – odparł porucznik Prokop – ponieważ w górze zostaniemy nie dłużej, jak godzinę.

– Dobrze – zastanawiał się kapitan – balon to głupstwo, ale z czego zrobimy powłokę!

– Uszyjemy ja z lekkich i mocnych żagli Dobryny.

– Święte słowa, Prokopie – cieszył się hrabia – ty masz istotnie sposób na wszystko.

– Hurrah! Brawo! – wołał Ben-Zouf.

Kapitan Servadac podjął się misji zdobycia od profesora dokładnej godziny zderzenia Galji z Ziemią.

Pod przewodnictwem porucznika przystąpiono natychmiast do budowy balonu. Musiał on być dość duży, aby unieść całą, złożoną z 23-ch osób, kolonję galijską. Anglików z Gibraltaru i Ceuty nie brano już w rachubę.

Porucznik postanowił wzmocnić szanse powodzenia przez wynalezienie sposobu dłuższego, niż godzinę, przebywania w powietrzu. Mogło się zdarzyć np., że trzeba będzie szukać odpowiedniego miejsca do lądowania. Wszystko należało przewidzieć, na wszystko być przygotowanym!

W tym celu postanowił zabrać ze sobą – w czem zresztą naśladował tylko pierwszych aeronautów – pewną ilość paliwa, suchej trawy i słomy, dla rozgrzania wnętrza balonu.

Nieprzemakalne żagle, przechowywane w magazynach Wielkiej Groty, postanowiono pociągnąć jeszcze pokostem. Wszystkie potrzebne narzędzia i części składowe znaleziono wśród towarów Hanzy, oddanych do dyspozycji porucznika. Wszyscy, nie wyłączając małej Niny, wzięli się raźno do pracy. Wszyscy, z wyjątkiem Hakhabuta, za którym nikt nie tęsknił, i profesora, który wogóle nie chciał nic wiedzieć o budowie balonu.

W ten sposób minął miesiąc. Kapitan Servadac nie miał wciąż okazji do rozmowy z profesorem, który stawał się coraz niedostępniejszy.

A jednak sprawa dokładnej znajomości chwili zderzenia była ważna i nagląca. Kapitan Servadac uzbroił się w cierpliwość i czekał. Tymczasem Galja zbliżała się stopniowo do słońca. Tarcza Ziemi rosła w oczach. W ciągu listopada kometa przebyła przestrzeń pięćdziesięciu dziewięciu miljonów mil i dnia 1-go grudnia jej odległość od słońca wynosiła już tylko siedemdziesiąt osiem miljonów mil.

Temperatura znacznie wzrosła, powodując pękanie lodów i odwilż. Wspaniały był widok morza walczącego z lodowemi okowami. Na zboczach wulkanu i na wybrzeżu ukazały się pierwsze kaskady i strumienie, z gór staczały się śnieżne lawiny. Na horyzoncie ukazywały się gęste chmury, gnane i rozpraszane przez nieznane dotąd na Galji wiatry. Trzeba się było liczyć z możliwością przyszłych burz i zawiei.

Przyszła również przewidziana katastrofa, która zniszczyła galijską flotę.

W czasie pękania lodów Dobryna i Hanza znajdowały się na wysokości stu stóp ponad poziomem morza. Ich olbrzymi piedestał załamywał się i pękał, aż wreszcie podmyty u podstaw runął. Uratowanie statków było wykluczone. Jedynym środkiem lokomocji stał się teraz balon.

Rozbicie statków nastąpiło w nocy z 12-go na 13-ty grudnia. Wypadek ten, chociaż przewidywany, wywarł silne i przygnębiające wrażenie na kolonistów galijskich.

Rozpaczy i lamentom Hakhabuta nie było końca. Uważał się za narzędzie złej woli kapitana i groził odwołaniem się do wymiaru sprawiedliwości na Ziemi.

Dnia 14-go grudnia wykończono balon. Bardzo starannie uszyty i wypokostowany, był mocny i zdatny do żeglugi. Siatkę zrobiono z lekkich lin Dobryny, kosz zaś z łoziny, którą wyłożony był spód jachtu.

W tym czasie Galja przecięła orbitę Marsa, który znajdował się w odległości blisko pięćdziesięciu sześciu miljonów mil, nie było się. więc czego obawiać. Mimo to w nocy 15-go grudnia Galijczycy mieli wrażenie, że nadeszła ich ostatnia godzina. Odczuli bowiem rodzaj trzęsienia ziemi. Wulkan zaczął działać ze wzmożoną siłą, jakgdyby jakiś nieznany i potężny wpływ obudził ukrytą w nim potęgę. Kapitan Servadac i jego towarzysze w przerażeniu opuszczali podlegającą, coraz to silniejszym wstrząsom górę.

W tym samym czasie rozległy się krzyki w obserwatorjum i na zboczu wulkanu ukazał się nieszczęśliwy profesor z kawałkiem złamanej lunety w ręce. W nikim jednak nie wzbudził litości. Tej ponurej nocy nowy jakiś satelita zjawił się na horyzoncie Galji. Była to oderwana część samej komety.

Pod wpływem wewnętrznego wstrząsu kometa rozpadła się na dwie części, jak to już ongiś miało miejsce z kometą Gambarta. Olbrzymia nowa asteroida wyrzucona została w przestrzeń, unosząc ze sobą Anglików z Gibraltarem i Ceutą.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top