This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/II/16
| ←Rozdział XV | Hector Servadac Część II. Rozdział XVI. written by Juliusz Verne |
Rozdział XVII→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym Galijczycy przygotowują się do obserwacji swej asteroidy z balonu.
Jakież mogły być skutki tego poważnego zderzenia z punktu widzenia losów Galji? Kapitan Servadac i jego towarzysze nie mieli jeszcze odwagi odpowiedzieć na to pytanie.
Słońce ukazało się znów na horyzoncie i to wcześniej niż normalnie, gdyż oderwanie się znacznej części Galji wywołało przedewszystkiem skrócenie dnia galijskiego. W trzy godziny po ukazaniu się na horyzoncie, słońce zachodziło.
– Wciąż nowe dziwy! – mówił kapitan Servadac. – W ten sposób rok nasz składa się z dwóch tysięcy ośmiuset dni.
– Zabraknie świętych dla tego kalendarza – odparł Ben-Zouf.
Istotnie, gdyby Palmyrin Rosette dostosował swój kalendarz do nowych warunków, znaleźlibyśmy w nim datę 238-go czerwca i 325-go grudnia.
Fragment Galji, który uniósł z sobą Anglików i Gibraltar, nie krążył koło Galji, ale oddalał się z wzrastającą wciąż szybkością. Czy porwał z sobą część morza i atmosfery galijskiej, czy miał pomyślne warunki egzystencji dla ludzi, czy powróci kiedykolwiek na Ziemię, wszystko to było zagadką.
Pierwszą troską kapitana, hrabiego i porucznika było zbadanie wpływu rozpadnięcia się komety. Przedewszystkiem odczuli wzrost siły mięśni i skonstatowali ponowny spadek siły ciężkości. Czy zmniejszona masa Galji nie wpłynie na zmianę szybkości i czy nie należy się obawiać jakiegoś przyśpieszenia, lub opóźnienia, które udaremni spotkanie z Ziemią?
Byłaby to klęska bez żadnej nadziei ratunku. Czy szybkość Galji zmieniła się, czy nie, wyjaśnić mógł jedynie Palmyrin Rosette. Trzeba więc było zmusić go w jakiś sposób do mówienia i wydobyć z niego jednocześnie przewidywaną godzinę zderzenia z Ziemią.
W ciągu najbliższych dni profesor był w humorze samobójczym. Kapitan Servadac postanowił wydrzeć mu tajemnicę i oto, w jaki sposób przystąpił do sprawy.
Działo się to dnia 18-go grudnia. Profesor prowadził ożywioną dyskusję z Ben-Zoufem, który go obraził, odzywając się lekceważąco o komecie.
Przypadek zrządził, że w chwili największej sprzeczki zjawił się kapitan. Czy natchnęła go Opatrzność? Być może, w każdym razie postanowił działać siłą i groźbą, tam gdzie perswazją, i dobrocią nic się nie dało dotąd osiągnąć. Stanął po stronie ordynansa. Wywołało to atak złości i potok obelżywych słów ze strony profesora.
– Panie profesorze – rzekł – ma pan sposób wyrażania się, który mi nie odpowiada i którego nie chcę dłużej znosić. Zapomina pan widocznie, że jestem generalnym gubernatorem Galji!
– A ja jej właścicielem! – padła harda odpowiedź.
– Nic mnie to nie obchodzi. Zresztą pańskie prawa własności są mocno wątpliwe…
– Wątpliwe?
– I ponieważ nie mamy sposobu powrotu na Ziemię, musi się pan poddać prawom, obowiązującym na Galji.
– A czemuż to nie mamy powrócić na Ziemię? – zapytał profesor z odcieniem najwyższej pogardy w głosie.
– Ponieważ od chwili rozpadnięcia się komety, masa Galji zmalała, a zatem i szybkość jej musiała ulec zmianie.
– Któż to pana tak pouczył?
– Kto? – Wszyscy…
– A zatem, panie kapitanie, wszyscy z panem na czele są…
– Panie profesorze, wymawiam sobie…
– Nieukami, jucznemi osłami, które nie znają się zupełnie na mechanice niebieskiej.
– Proszę się liczyć ze słowami!
– Ani na elementarnej fizyce!
– Panie!…

– O, ciemny uczniu! – ciągnął rozwścieczony profesor. – Nie zapomnę nigdy, że byłeś zakałą całej klasy.
– Tego już zawiele…
– Że byłeś hańbą całego liceum…
– Uspokój się pan, albo…
– Nie, nie uspokoję się i pan mnie wysłucha, mimo swej kapitańskiej rangi! Ponieważ masa Galji zmalała, wyobrażają sobie, że to wpłynęło na szybkość! Jakgdyby nie zależała ona jedynie od szybkości pierwotnej i od siły przyciągania słońca! Jakgdyby zakłócenia ruchu planety miały cośkolwiek wspólnego z ich masą? O, nieuki, żal mi was!
Profesor się pienił. Ben-Zouf, biorący gniew kapitana poważnie, zapytał:
– Może mam go rozdwoić na podobieństwo tej nędznej komety?
– Spróbuj mnie tylko dotknąć, bałwanie jeden! – krzyczał profesor, prostując swą drobną, wątłą postać.
– Uprzedzam – dodał Hector Servadac – że potrafię jednak doprowadzić pana do porządku.
– A ja postawię pana za groźby i sposób postępowania przed najwyższym trybunałem!
– Galja nie zna takiej instancji.
– Ale zna ją zato Ziemia!
– Cóż z tego, Ziemia jest daleko! – odpalił kapitan Servadac.
– Niezależnie od tego, jak jest daleko – krzyczał wyprowadzony już z równowagi profesor – przetniemy jednak jej orbitę w nocy z dnia 3l-go grudnia na 1-y stycznia i zetkniemy się z nią punktualnie o godzinie drugiej czterdzieści minut siedem sekund trzydzieści pięć i sześć dziesiątych nad ranem.
– Kochany profesorze – rzekł, kłaniając się nisko, kapitan Servadac – to mi wystarczy. O nic więcej nie pytam.
I opuścił skonsternowanego profesora, któremu Ben-Zouf złożył zkolei ukłon, niemniej piękny od ukłonu kapitana.
Hector Servadac i jego towarzysze wiedzieli wreszcie czego się trzymać.
Z niezrównanym zapałem przygotowywano się do podróży. Wszystkim spieszno było do opuszczenia Galji. Balon porucznika Prokopa gotów był do odlotu. W nawale zajęć i podniecenia zapomniano o tysiącznych niebezpieczeństwach podróży, wszyscy spodziewali się chyba cudu, bo porucznik uprzedzał przecież o nieuniknionej prawie klęsce pożaru. Kapitan Servadac, jako urodzony optymista, jak zawsze był dobrej myśli. Ben-Zouf, który oddawna już marzył o żegludze powietrznej, zachwycony był perspektywą wyprawy.
Jedynie bardziej opanowani i powściągliwi hrabia i porucznik uświadomili sobie jasno ogrom niebezpieczeństwa. Gotowi jednak byli na wszystko. Nadszedł dzień 25 grudnia. Wilję Bożego Narodzenia obchodzono równie uroczyście, jak i w roku poprzednim, ale wszystkim przyświecało teraz żywsze uczucie, religijne. Nowy rok spodziewano się już spędzić na Ziemi.
Chociaż wydać się to może śmieszne, w miarę zbliżania się krytycznego momentu kapitan i hrabia mieli myśli zaprzątnięte zupełnie czem innem. Stali się znów rywalami. Mierzyli się niechętnem okiem.
Kapitan Servadac myślał nawet o dokończeniu układanego z takim trudem i mozołem poematu. Galja porwała Ziemi „poetę” niechaj „poetę” mu zwróci. I w wolnych chwilach począł znów rymować.
Hrabiemu i porucznikowi pilno było na Ziemię, rosyjscy zaś marynarze pragnęli towarzyszyć im wszędzie. Hiszpanie tak się zaaklimatyzowali na Galji, że chętnie spędziliby tu resztę swego życia, jednakże cieszyła ich niewątpliwie nadzieja oglądania andaluzyjskich pól.
Pablo i Nina cieszyli się z powrotu w towarzystwie nowych przyjaciół, z którymi pragnęli nie rozstawać się nigdy.
Pozostawał jeden tylko wieczny malkontent – profesor Palmyrin Rosette. Profesor nie przestawał się złościć i przysięgał, że nie wsiądzie do balonu, nie miał bowiem najmniejszego zamiaru opuszczać planety. Całe dni i noce trawił na obserwacjach niebieskiego firmamentu. Ach! ileż zmartwień przysparzała mu Galja! Jakże mógł się czuć na niej dobrze, gdy był pozbawiony ukochanej lunety.
Ostatnie dni mijały w gorączkowem oczekiwaniu! Porucznik Prokop doglądał wykończenia szczegółów. Dwa maszty Dobryny wbite na wybrzeżu stanowiły przystań balonu.
Minął 26, 27, 28, 29 i 30-ty grudzień. Pozostawały jeszcze dwadzieścia cztery godziny pobytu na Galji.
Nadszedł wreszcie ostatni dzień starego roku ziemskiego. Jeszcze chwila i, napełniony gorącem rozrzedzonem powietrzem, balon uniesie się w atmosferę galijską. Zaznaczyć tu należy, że atmosfera ta była rzadsza od atmosfery ziemskiej, oraz podkreślić fakt, że niniejsza siła przyciągania ułatwiała balonowi wzniesienie się w górę. Galja znajdowała się właśnie w odległości czterdziestu miljonów mil od słońca, zatem w odległości niewiele większej od tej, która dzieli od niego Ziemię. Odległość Galji od Ziemi wyrażała się liczbą dwóch miljonów mil. Przy jednoczesnym ruchu obu gwiazd, przestrzeń ta zmniejszała się na godzinę o osiemdziesiąt siedem tysięcy mil, z czego około pięćdziesięciu siedmiu tysięcy przebywała Galja, resztę zaś Ziemia.
O godzinie drugiej nad ranem Galijczycy gotowi byli do odlotu. Spotkanie miało nastąpić za czterdzieści siedem minut i trzydzieści pięć sekund.
Z powodu zmiany w ruchu obrotowym Galji dookoła własnej osi, była to pełnia dnia. Dzień panował również w tej części kuli ziemskiej, na której miało nastąpić zderzenie.
Balon już od godziny był napełniony ciepłem powietrzem. Olbrzym ten, utrzymywany w równowadze przez maszty, gotów był do drogi, umocowany zaś do siatki koszyk czekał na pasażerów.
Galję dzieliło już tylko siedemdziesiąt pięć tysięcy mil od Ziemi.
Izaak Hakhabut pierwszy zajął miejsce w łódce balonu. Ale w tej samej chwili kapitan Servadac zauważał, że Żyd dziwnie był gruby w pasie.
– Cóż to jest takiego! – zapytał.
– To, panie gubernatorze – odparł kupiec – moja skromna fortuna, która zabieram ze sobą.
– A ileż waży ta skromna fortuna!
– O, drobiazg, zaledwie trzydzieści kilo.
– Trzydzieści kilo, to niemożliwe! Zostawi pan swoją fortunę na Galji. Wytrzymałość naszego balonu obliczona jest tylko na nas, ludzi.
– Ależ, panie gubernatorze!…
– Decyzji nie zmienię. Szkoda każdego słowa…
– Boże miłosierny – wołał Izaak – cała moja fortuna, zrobiona z takim trudem i mozołem.
– Ależ, mój panie! wie pan doskonale, że to złoto nie będzie miało żadnej wartości na Ziemi!
– Błagam, litości…
– No dalej, szczwany lisie – wtrącił się do rozmowy Ben-Zouf – uwolnisz nas od swojej osoby, lub od swego złota. Wybieraj!
I biedny Izaak wśród łkań i lamentów pozostawił swój ładunek na Galji.
Niełatwa również przeprawa czekała załogę z powodu Palmyrin Rosette’a. Profesor nie chciał opuścić komety, którą uważał za swoją własność. Poza tem nie ufał konstrukcji balonu, ani możliwości przesunięcia się bez katastrofy z jednej atmosfery do drugiej. Uważał, że bezpieczniej jest pozostać na Galji, wyczekując biernie wyroków Opatrzności.

W tych warunkach musiano użyć siły. Skrępowanego profesora dwóch marynarzy rosyjskich wprowadziło do łodzi.
Dużą przykrością dla kapitana, ordynansa i małej Niny była konieczność pozostawienia na lądzie koni i kozy. Nie można było jednak postąpić inaczej. Z pośród wszystkich zwierząt zabrano jedynie pocztowego gołębia. Mógł się przydać w razie niefortunnego wylądowania na Ziemi.
Na zaproszenie kapitana zkolei zajęli miejsca hrabia i porucznik.
Wreszcie na lądzie pozostał już tylko kapitan z ordynansem.
– Teraz kolej na ciebie, Ben-Zoufie – rzekł Hector Servadac.
– Przed panem, kapitanie?
– Tak jest. Ja muszę odejść ostatni z placu, jak kapitan tonącego statku.
– Jednakże…
– Zrób, jak każą.
– Rozkaz, panie kapitanie.
I Ben-Zouf znalazł się pośród towarzyszy w balonowej łodzi. Kapitan Servadac zajął w niej miejsce ostatni.
Więzy zostały przecięte i balon majestatycznie uniósł się w górę.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |