This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/II/18
| ←Rozdział XVII | Hector Servadac Część II. Rozdział XVIII. written by Juliusz Verne |
Cały tekst→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
który wbrew zasadom obowiązującym w powieściach nie kończy się małżeństwem bohatera.
– Ach, kapitanie, Alger!
– I Mostaganem, Ben-Zoufie!
Takie były pierwsze wykrzykniki Hectora Servadac’a i jego ordynansa po odzyskaniu przytomności. Wszyscy pasażerowie balonu ocaleli. Stał się cud niewytłumaczony, jak wszystkie cuda.
– Mostaganem, Alger – powiedzieli. I nie mogli się mylić, bo znali dobrze ten kraj, w którym przeżyli kilka lat.
Po dwuletniej podróży międzyplanetarnej wracali więc na to samo prawie miejsce, z którego wyruszyli. Jakiż cudowny zbieg okoliczności! Znajdowali się w odległości dwóch kilometrów od Mostaganem. Nie upłynęło pół godziny, gdy kapitan Servadac i jego towarzysze wkroczyli do miasta.
Wydało im się dziwne, że wszyscy na powierzchni Ziemi byli tacy spokojni. Ludność Algeru nie przerwała nawet swych zajęć.
Była godzina ósma rano. Słońce, jak dawniej, wstawało we wschodniej części horyzontu. Zdawało się, że nietylko nie zdarzyło się nic niezwykłego, ale nawet nie oczekiwano żadnego niezwykłego wypadku.
– Czyżby nie byli uprzedzeni o przybyciu komety? – dziwił się kapitan Servadac.
– Tak należy przypuszczać – odparł Ben-Zouf – a ja tak liczyłem na wjazd triumfalny.
U wrót Mascara kapitan Servadac spotkał dwóch przyjaciół, komendanta 2-go pułku strzelców i kapitana 8-go pułku artylerji. Padł w ich objęcia.
– To ty, Hektorze? – wołał komendant.
– Ja, we własnej osobie.
– A skądże wracasz nieboraku, po tak długiej nieobecności?
– Opowiedziałbym panu chętnie, komendancie, ale i tak pan moim słowom nie uwierzy.
– Jednakże…
– Przyjaciele, uściśnijcie dłoń kolegi i… umówmy się, że ten czas prześniłem.
I Hector Servadac nie powiedział ani słowa więcej. Tylko zwracając się do oficerów, zapytał?
– A pani de…
Komendant Strzelców, który wiedział o co chodzi, nie dał mu dokończyć.
– Powtórnie wyszła zamąż! Cóż chcesz, co z oczu to z myśli.
– Masz rację – odparł kapitan Servadac. Poczem zwracając się do hrabiego: – Czy pan słyszał? Jestem naprawdę szczerze rad, że niema już powodu do pojedynku między nami.
– I ja, kapitanie, czuję się szczęśliwy, że mogę uczciwie, serdecznie uścisnąć pańską dłoń.
– Zadowolony też jestem – mruczał pod nosem Hector Servadac – że nie muszę kończyć tego nieszczęsnego poematu.
I obaj byli rywale poprzysięgli sobie przyjaźń gorącą i trwałą.
Wszyscy byli tak naiwnie spokojni na wybrzeżu morza Śródziemnego, że lepiej było milczeć.
Nazajutrz mała kolonja rozprószyła się po świecie. Marynarze rosyjscy z hrabią i porucznikiem powrócili do Rosji, Hiszpanie zaopatrzeni sowicie przez hrabiego udali się do swojej ojczyzny. Żegnano się czule i serdecznie. Jeden tylko Izaak Hakhabut zniknął w nieznanym kierunku, nie powiedziawszy nikomu dobrego słowa.
– Stary sknera pewno pokazuje się za biletami jako uciekinier z innej planety – kpił Ben-Zouf.
Profesor Palmyrin Rosette mówił, rozpowiadał, narzekał, że zabrano mu kometę, której nie dostrzegł nigdy żaden ziemski astronom. Nie była wcale wciągnięta do ziemskiego katalogu. Trudno sobie wyobrazić, jak się złościł i wściekał. Po upływie dwóch lat wydał duże dzieło, w którem podał nietylko elementy Galji, ale również osobiste przeżycia i przygody.
Wówczas poglądy uczonej Europy się podzieliły. Większość była przeciw profesorowi, znikoma mniejszość za nim. Odpowiedź na ten pamiętnik – najsłuszniejsza, jaką można było dać – stawiała pracę Palmyrin Rosette’a we właściwem świetle, nazywając ją „Historją pewnej hipotezy”.
Taka impertynencja przebrała miarę i wówczas to profesor począł twierdzić, że widział ponownie nietylko Galję, ale i fragment komety, który uniósł ze sobą w zaświaty trzynastu Anglików. Nigdy nie mógł odżałować, że nie był ich towarzyszem podróży.
Niezależnie od tego, czy fantastyczna podróż odbyła się istotnie, czy też była snem tylko, Hector Servadac i Ben-Zouf nadal zostali czem byli, jeden kapitanem, drugi ordynansem i przyjaźń ich była tak trwała, że nic rozdzielić nie byłoby ich w stanie.
Któregoś dnia spacerowali w dzielnicy Montmartre, rozmawiając półgłosem:
– To jednak nie mogło być prawdą, kapitanie – mówił Ben-Zouf.
– I ja w to wreszcie uwierzę – odparł Hector Servadac.
Mały Pablo i Nina, adoptowani, jedno przez hrabiego Timaszewa, drugie przez kapitana Servadac’a, wychowywali się i kształcili pod ich kierunkiem.
Któregoś pięknego dnia kapitan Servadac, z siwizną na skroniach, poprowadził do ślubu pięknego młodego Hiszpana i śliczną młodziutką Włoszkę. Hrabia Timaszew bogato wyposażył swoją jedynaczkę Ninę.
Młoda para małżonków, przeznaczona sobie jeszcze w pełnem przygód dzieciństwie na Galji, i na Ziemi czuła się szczęśliwą.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |