This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/I/08
| ←Rozdział VII | Hector Servadac Część I. Rozdział VIII. written by Juliusz Verne |
Rozdział IX→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym jest mowa o Wenus i Merkurym, jako o planetach.
W krótce zajaśniało słońce i gwiazdy pogasły. Wszelkie obserwacje zostały siłą rzeczy przerwane. Należało je odłożyć do następnej nocy, o ile stan nieba na nie pozwoli.
Kapitan Servadac jeszcze czas jakiś daremnie szukał na niebie śladów świetlnej tarczy, której blask przed chwila rozświetlał kopułę nieba.
Pogoda była piękna. Wiatr ustał całkowicie. Słońce z niezmienna punktualnością wschodziło ponad nową linją horyzontu, aby po upływie sześciu godzin na przeciwległym krańcu pochylić się ku zachodowi.
Temperatura stale wzrastała. Kapitan Servadac, który kilka razy dziennie badał termometr, zawieszony w pokoju na ścianie, dnia 15-go stycznia skonstatował temperaturę 50 stopni w cieniu.
Oficer z ordynansem w miarę możności wyporządzili największą izbę posterunku. Kamienne mury budynku, które oparły się ulewom równym potopowi, teraz chroniły przed żarem słońca. Upał stawał się już nieznośny; najlżejsza chmurka nie przesłaniała rozpalonej tarczy słonecznej. Zapewne podobna fala gorąca nigdy nie nawiedzała nawet Senegalu lub okolic podzwrotnikowych Afryki. W razie przedłużania się takiego stanu rzeczy, cała roślinność wyspy spali się na popiół.
Wierny swoim zasadom Ben-Zouf starał się niepomiernie wysoką temperaturę uznać za rzecz normalną, ale pot, który spływał po nim ciężkiemi kroplami, wymownie przeczył jego obojętności. Mimo to i wbrew wyraźnym zaleceniom kapitana, nie opuszczał swej placówki na przybrzeżnych skałach. Tam, obserwując wciąż puste i już spokojne, jak jezioro, morze Śródziemne, piekł się i prażył na słońcu. Widocznie miał podwójną skórę i opancerzoną czaszkę, że znosił tak bezkarnie prostopadłe promienie południowego słońca.
Kapitan Servadac, obserwując go któregoś dnia, zapytał:
– Widocznie urodziłeś się na równiku?
– O nie, kapitanie, nie rezygnuję ze swego Montmartre’u.
Z chwilą gdy dzielny Ben-Zouf zgodził się z faktem, że na ulubionym jego Montmartre panuje temperatura okolic podzwrotnikowych, nie było już o czem dyskutować.
Gwałtowny skok temperatury odbił się, rzecz prosta, i na wegetacji roślin. Cała przyroda musiała zareagować na tak poważne zmiany klimatyczne. Upał przyśpieszył kiełkowanie i dojrzewanie. W zdumiewająco krótkim czasie wszystkie drzewa zazieleniły się, zakwitły i poczęły owocować. To samo działo się ze zbożem i z warzywami. W mgnieniu oka wyrastały kłosy zbóż i kukurydzy, a łąki pokrywały się bujnym dywanem traw. Sianożęcie, żniwa i zbiórka owoców wypadły prawie równocześnie. Lato i jesień zlały się w jedną porę roku.
– Jeśli oś ziemi zmieniła kierunek i tworzy, jak całokształt zjawisk zdaje się na to wskazywać, kąt prosty z równikiem, filozofował Servadac, w takim razie sprawy ułożą się u nas, jak na Jowiszu. Zaniknie pojęcie pór roku, powstaną natomiast pewne niezmienne strefy, w których wieczyście będzie panowała zima, wiosna, lato lub jesień.
Po chwili dodał:
– Cóż jednak, u licha, spowodowało tę nagłą zmianę?
Szalone tempo wegetacji i dojrzewania w niemały kłopot wprawiały kapitana i jego ordynansa. Widoczne było, że nie podołają pracy, zwłaszcza, że żar ją uniemożliwiał. W każdym razie żyli spokojnie i dostatnio. Zapasów żywności mieli poddostatkiem, a spokojne morze i cudowna pogoda zdawały się wróżyć rychłe zjawienie się okrętu-wybawcy.
W czasach normalnych w tej części morza Śródziemnego panował bardzo ożywiony ruch, zarówno pasażerski, jak i towarowy.
Teraz jednakże cicho i pusto było wokoło. Na nic się nie zdało ciągłe wyczekiwanie, bezcelowe było wartowanie biednego Ben-Zoufa.

Kapitan Servadac w tym czasie ciągle żył wspomnieniami szkoły, starając się odświeżyć w pamięci zaczerpniętą tam wiedzę. Robił jakieś szalone obliczenia, starał się ująć w nowe formuły matematyczne nowe położenie kuli ziemskiej, ale wszystko to nie dawało wielkich rezultatów.
Nie mógł wpaść na to, że skoro Ziemia zmieniła obrót wokół własnej osi, musiał też ulec zmianie jej obrót wokół słońca, a tem samem i długość roku musiała się zmienić…
Tymczasem najwidoczniej Ziemia zbliżała się do swej gwiazdy dziennej, na co, poza stałym i gwałtownym zwrotem temperatury, wskazywały i inne jeszcze zjawiska.
Widoczna gołem okiem tarcza słoneczna miała średnicę dwa razy większą, niż dawniej… Taką ją widzieć musieli obserwatorzy, umieszczeni na planecie Wenus, znajdującej się, jak wiadomo,, w odległości dwudziestu pięciu miljonów mil od słońca. Stąd wniosek prosty, że i odległość Ziemi od słońca wynosiła obecnie, zamiast dawnych trzydziestu ośmiu, tylko dwadzieścia pięć miljonów mil. Gdyby odległość ta zmniejszała się w dalszym ciągu, należało przypuścić, że nieprzeparta jakaś siła zachwiała równowagę ziemską i pcha planetę naszą ku słońcu. Byłoby to równoznaczne z zagładą Ziemi.
O ile piękne dni ułatwiały obserwację słońca, o tyle piękniejsze jeszcze noce dawały kapitanowi możność rozejrzenia się w układzie ciał niebieskich. Gwiazdy i planety leżały jak na dłoni, jak wielkie wyraźne litery niebieskiego alfabetu. Kapitan Servadac jednak umiał tylko sylabizować. Gwiazdy, naskutek swego zbyt wielkiego oddalenia, nie mogły być żadnym wskaźnikiem. Natomiast planety, te zwłaszcza, których drogi przebiegają wewnątrz orbity ziemskiej, niejedno mogły wyjaśnić. Dwie takie planety są nam znane: Wenus i Merkury. Pierwsza z nich grawituje z odległości dwudziestu siedmiu, a druga piętnastu miljonów mil do słońca. Droga Wenus otacza zatem drogę Merkurego, a obie one znajdują się wewnątrz orbity ziemskiej. Po długich obserwacjach i głębokich rozważaniach kapitan Servadac doszedł do wniosku, że ilość ciepła i światła odbieranego obecnie przez Ziemię wzrosła w dwójnasób i odpowiada ilości ciepła otrzymywanego dawniej przez Wenus. Stąd wniosek, że Ziemia znacznie zbliżyła się do słońca, na co wskazywały też olbrzymie stosunkowo rozmiary Wenus. Sprawiała ona wrażenie małego księżyca i doskonale gołem okiem można było odróżniać jej fazy, pełnię, kwadrę i t. d. Wykrój jej sierpa pozwalał stwierdzić, że promienie słoneczne odbite w jej atmosferze przenikały do stref, dla których powinny były już zachodzić.
Po licznych obserwacjach kapitan Servadac uważał się za uprawnionego do stwierdzenia, że Wenus znajduje się nie dalej jak w odległości dwóch miljonów mil od Ziemi. Opinją swoją podzielił się z Ben-Zoufem.
– No i cóż, kapitanie, uważam, że to jeszcze pokaźna odległość – odparł ordynans.
– Dla dwóch armij nieprzyjacielskich byłaby to duża odległość – biadał kapitan – ale dla dwóch planet jest to zero.
– Co więc może się stać?
– To, że spadniemy na Wenus!
– Ho, ho! kapitanie, a czy jest tam czem oddychać?
– Owszem, jest powietrze.
– I woda?
– Oczywiście.
– A więc doskonale! Będziemy podziwiać Wenus!
– Ale wstrząs będzie szalony! Obie planety poruszają się, o ile mi wiadomo, w kierunkach przeciwnych, a ponieważ masy ich są prawie jednakowe, więc starcie będzie okropne w skutkach dla jednej, jak i dla drugiej.
– Cóż, zderzenie dwóch pociągów! – odparł filozoficznie z właściwą sobie flegmą Ben-Zouf.
– Dwóch pociągów, idjoto! – wołał, pieniąc się ze złości, kapitan. – Ale dwóch pociągów pędzących tysiąc razy szybciej od najszybszego ekspresu, co musi wywołać zmiażdżenie obu, a co najmniej jednej z planet! I zobaczymy, co wówczas pozostanie z twojego umiłowanego Montmartre’u, śmiesznej bryłki ziemi.
To dotknęło Ben-Zoufa do żywego. Zagryzł usta, ścisnął kurczowo dłonie, ale pohamował się i po kilku chwilach, w których trawił po cichu słowa „bryłka ziemi – Montmartre!”, odezwał się już zupełnie spokojnie:
– Kapitanie, jestem do usług!… Rozkazuj!… Jeśli jest możliwość uniknięcia spotkania…
– Niema takiej możliwości, bałwanie, i idź do stu par djabłów!
Po tej odpowiedzi skonfundowany Ben-Zouf dał za wygraną i nie odezwał się już ani słówkiem.
Z dnia na dzień przestrzeń dzieląca obie planety zmniejszała się coraz bardziej i było jasne, że nowa orbita Ziemi przetnie drogę Wenus. W tym samym czasie Ziemia zbliżyła się bardzo również do Merkurego. Planeta ta, widoczna gołem okiem tylko przy swych największych wschodnich i zachodnich odchyleniach, jaśniała teraz w całym blasku. Lecz nie Merkury zagrażał Ziemi, niebezpieczeństwo groziło ze strony Wenus. Dnia 18-go stycznia odległość obu planet wynosiła już tylko miljon mil. Kapitan mógł zaobserwować, że obrót Wenus wokół własnej osi trwał dwadzieścia trzy godziny i dwadzieścia jeden minut, co wskazywało, że długość dnia na „gwieździe porannej” nie uległa zmianie. Wyraźnie na jej tarczy zarysowały się pręgi przesyconych parą chmur. Z całą dokładnością wystąpiło siedem plam, które według dawnego orzeczenia Bianchini’ego były najprawdziwszemi, połączonemi ze sobą morzami. Wreszcie wspaniała planeta stała się widoczna w biały dzień, co jednakże znacznie mniej sprawiło przyjemności kapitanowi Servadac, niż w swoim czasie generałowi Bonaparte, który ujrzawszy Wenus w południe, nazwał ją „swoją gwiazdą”.
20-go stycznia „przepisowa” odległość między ciałami niebieskiemi zmniejszyła się jeszcze bardziej.
– W jakimże strachu muszą być nasi towarzysze afrykańscy, przyjaciele we Francji i wogóle wszyscy mieszkańcy obu kontynentów! – biadał kapitan Servadac. – Jakie artykuły drukują gazety! Jakie tłumy zalegają kościoły! W przededniu końca świata! Nigdy jeszcze nie byliśmy tak bliscy końca! A ja w tych okolicznościach jeszcze się dziwię, że żaden statek nie przybywa na nasz ratunek! Czyż generał-gubernator, lub minister wojny mają teraz czas interesować się nami? W niespełna dwa dni Ziemia rozpryśnie się na tysiąc części, odłamki jej swobodnie będą krążyć w przestworzach!
Inne jednakże były wyroki Opatrzności. Od tego dnia bowiem, groźne planety poczęły się wolno oddalać od siebie. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności orbity Wenus i Ziemi nie zetknęły się ze sobą i dzięki temu uniknięto fatalnego zderzenia. Ben-Zouf odetchnął z ulgą, gdy mu kapitan obwieścił radosną nowinę.
25-go stycznia odległość między planetami była już tak wielka, że rozwiała wszelki niepokój.
– W każdym razie – rzekł kapitan Servadac – zbliżenie to pomogło nam stwierdzić, że Wenus nie ma księżyca.
Niektórzy znani i cenieni astronomowie, jak: Dominique, Cassini, Short, Montaigne de Limoges i Montbarron poważnie myśleli o istnieniu takiego satelity.
– Nawet mnie to złości – przerwał kapitan – gdyż księżyc taki moglibyśmy mimochodem zagarnąć i mielibyśmy wtedy dwa na usługi Ziemi. Ale u licha! Wcale mi to wszystko nie wyjaśnia zagadki powikłań niebieskiego mechanizmu!
– Kapitanie! – odezwał się Ben-Zouf.
– Czego chcesz?

– Czy w Paryżu, niedaleko ogrodu Luxemburskiego, niema domu z wielką kulą na szczycie?
– Obserwatorium?
– A właśnie. Otóż, czy wyjaśnienie wszystkiego nie jest obowiązkiem siedzących tam panów?
– Oczywiście.
– A więc oczekujmy spokojnie ich wyjaśnień i bądźmy filozofami.
– Obawiam się tylko, Ben-Zoufie, czy wiesz, co to znaczy być filozofem?
– Rzecz prosta, skoro jestem żołnierzem.
– Więc cóż to znaczy według ciebie?
– To znaczy poddać się, gdy nie można inaczej.
Hector Servadac nie odpowiedział ordynansowi, ale pozornie przynajmniej przestał się biedzić nad rozwiązaniem, przerastającej jego siły, zagadki.
Zresztą zdarzył się zupełnie niespodziewany wypadek, który pociągnął za sobą poważne następstwa.
27-go stycznia około godziny dziewiątej rano Ben-Zouf wszedł spokojnie do pokoju oficera.
– Kapitanie! – odezwał się z flegmą.
– Co takiego? – zapytał oficer.
– Statek.
– Ośle skończony! Oznajmiasz to, jak podanie zupy!
– Skoro jesteśmy filozofami! – brzmiała spokojna odpowiedź Ben-Zoufa.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |