This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/09

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział VIII Hector Servadac • Część I. Rozdział IX. • written by Juliusz Verne Rozdział X→
←Rozdział VIII Hector Servadac
Część I. Rozdział IX.
written by Juliusz Verne
Rozdział X→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział IX,
w którym szereg pytań kapitana Servadac’a pozostaje bez odpowiedzi.


Hector Servadac wyskoczył z izby, jak szalony, i co tchu w piersiach pobiegł na szczyt wyniosłości.

W odległości jakichś dziesięciu kilometrów od wyspy widać było okręt. Chociaż nie wychylił się jeszcze z poza linji horyzontu i widoczne były tylko maszty, można było stwierdzić, że był to rodzaj spacerowego jachtu.

Kapitan Servadac, uzbrojony w lunetę, nie spuszczał statku z oka. Po dwugodzinnej obserwacji mógł już zaopinjować z całą pewnością:

– Dobryna!

– Dobryna?! – odparł Ben-Zouf – to niemożliwe. Nie widać wcale dymu.

– Bo ma rozpięte żagle – obstawał przy swojem kapitan – nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że jest to jacht hrabiego Timaszewa.

Istotnie była to Dobryna i, jeśli hrabia był na jej pokładzie, najdziwaczniejszy z przypadków stawiłby go przed oblicze rywala.

Rzecz oczywista, że kapitan Servadac nie żywił w tej chwili żadnej urazy do hrabiego i nie myślał nawet o niedoszłem spotkaniu. Okoliczności tak się zmieniły, że pragnął tylko całą duszą porozmawiać z hrabią o niezwykłych wydarzeniach ostatniej doby. Dobryna w ciągu tych dwudziestu siedmiu dni mogła zbadać okolice Algeru, dobrnęła, być może, do brzegów Hiszpanji, Włoch, a może i Francji i miała wiele ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Można będzie dowiedzieć się wreszcie nietylko o rozmiarach katastrofy, ale i poznać przyczyny, które ją wywołały. Poza tem hr. Timaszew był gentlemanem i będzie sobie uważał za obowiązek zawieźć obu rozbitków do ojczyzny.

– Ale dokąd jacht zawinie? – zapytał Ben-Zouf. – Przecież ujście Szeliwu wraz z portem zniknęło!

– Wcale nie zawinie – odparł kapitan – hrabia przyśle po nas łódkę.

Wiatr jednak Dobrynie nie sprzyjał, bo zbliżała się bardzo powoli. Dziwne nawet było, że nie puszczano w ruch motoru, chociaż spieszno zapewne było pasażerom zapoznać się z nową wyspą, widoczną na horyzoncie. Może brakło paliwa? Na szczęście po krótkotrwałem zachmurzeniu niebo wyjaśniło się znowu, wiatr zmienił kierunek, morze uspokoiło się i jacht zdawał się nie napotykać już żadnych przeszkód.

Hector Servadac pomyślał, że dobrzeby było znaleźć miejsce odpowiednie do zarzucenia kotwicy, i znalazłszy je, sygnalizować. Bo cóż, jeśli hr. Timaszew nie zamierza wcale zatrzymywać się u brzegów nieznanej wyspy?

Po chwili jednak widoczne już było, że Dobryna kieruje się ku dawnej przystani. Kapitan Servadac zdecydował się szybko. Osiodłano w mig konie i, dosiadłszy ich, obaj jeźdźcy galopem udali się ku najbardziej na zachód wysuniętej części wyspy.

Po dwudziestu minutach oficer sztabowy i jego ordynans zeskoczyli z koni i badali teren. Hector Servadac zauważył u nasady przylądka małą osłonięta przystań, w której niewielki statek doskonałe mógł znaleźć schronienie. Przystań ta najeżona była podwodnemi skałami, między któremi tylko wąski kanał nadawał się do żeglugi. Nawet podczas potężnych burz musiało tu być spokojnie. Badając dokładniej przybrzeżne skały, kapitan Servadac dostrzegł ślady silnego przypływu, pod postacią masy wyrzuconych wodorostów.

Patrzcie no, mamy teraz na morzu Śródziemnem prawdziwe przypływy!

Jeszcze jedna osobliwość przybyła w szeregu tylu innych, gdyż dotychczas odpływy i przypływy na morzu Śródziemnem były nieznane.

W każdym razie widoczne było, że od czasu najsilniejszego przypływu, mającego miejsce przypuszczalnie w nocy z dnia 31-go grudnia na 1-y stycznia, przybór wód malał stopniowo i wracał powoli do normalnego stanu.

Poprzestając narazie na tem spostrzeżeniu, kapitan Servadac zajął się wyłącznie Dobryną.

Jacht znajdował się w odległości najwyżej dwóch do trzech kilometrów od brzegu. Sygnały dawane z lądu musiały być już dostrzeżone i zrozumiane. Istotnie, Dobryna zmieniła zlekka kierunek i poczęła zwijać żagle. Sternik kierował wyraźnie w stronę kanału, który oficer sztabowy wskazywał ręką. Po upływie kilku minut kotwica wryła się w piach zatoczki, na wodę spuszczono łódkę i hrabia Timaszew wkrótce znalazł się na lądzie.

Kapitan Servadac pośpieszył na jego spotkanie.

– Hrabio! – zawołał, zamiast wszelkich wyjaśnień. – Cóż to się właściwie stało?

Hrabia Timaszew, człowiek opanowany i zimny, którego niewzruszony spokój stanowił rażący kontrast z żywością francuskiego oficera, skłonił się zlekka i rzekł z wyraźnie rosyjskim akcentem:

– Zapewniam pana, kapitanie, że niespodziewany jest dla mnie zaszczyt tego spotkania. Pozostawiłem pana na stałym lądzie, a odnajduję na wyspie…

– Chociaż nie ruszałem się z miejsca.

– Wiem o tem, kapitanie, i proszę mi wybaczyć, że nie stawiłem się w terminie, ale…

– Ależ, hrabio – przerwał z żywością kapitan Servadac – o tem, jeśli pan pozwoli, pomówimy kiedy indziej.

– Będę zawsze do pańskiej dyspozycji.

– I ja do pańskiej. Chciałbym tylko raz jeszcze powtórzyć pytanie: co się właściwie stało?

– Pragnę spytać pana o to samo, kapitanie.

– Jakto, nic pan nie wie?

– Nic absolutnie.

– I nie może pan wyjaśnić, skutkiem jakiego kataklizmu ta część lądu afrykańskiego stała się wyspą?

– Nie mogę.

– Ani jakie są granice katastrofy?

– Wiem tylko tyle, co i pan, kapitanie.

– Ale może pan powie przynajmniej, czy północne brzegi morza Śródziemnego?…

– Więc wciąż jeszcze jesteśmy na morzu Śródziemnem? – zapytał zkolei hrabia.

– Powinien pan to wiedzieć lepiej ode mnie, skoro pan przybywa z morza.

– Wcale go nie przepłynąłem.

– Nigdzie pan nie lądował?

– Nie miałem nawet poczucia istnienia jakiegoś lądu.

Kapitan Servadac z najwyższem zdziwieniem przyglądał się swemu rozmówcy.

– Ale zauważył pan przynajmniej, że od dnia 1-go stycznia wschód i zachód zmieniły kierunek!

– To zauważyłem.

– Że dzień trwa tylko sześć godzin?

– Tak jest, istotnie.

– Że siła ciężkości zmalała?

– Zupełnie słusznie.

– Że zginął gdzieś nasz księżyc?

– Racja.

– Że o mało nie rozbiliśmy się o Wenus?

– Istotnie.

– I że wskutek tego obrót i ruch Ziemi uległy zmianie?

– Jest to pewnik niezaprzeczalny.

– Hrabio – rzekł wreszcie kapitan Servadac – proszę wybaczyć moje zdziwienie, ale spodziewałem się wszelkich wyjaśnień od pana.

– Wiem tylko tyle, kapitanie, że w nocy z dnia 31-go grudnia na 1-y stycznia, podczas gdy udawałem się na nasze spotkanie, jacht mój porwała nagle potężna fala i podniosła go do nieprawdopodobnej wysokości. Jakaś nieznana nam siła rozpętała żywioły. Od tej chwili błądziliśmy wśród rozhukanych fal, zdani na łaskę silnie uszkodzonego statku. Cudem tylko Dobryna ocalała, znalazłszy się widocznie w samem centrum cyklonu. Nie widzieliśmy dotąd żadnego lądu. Ta wyspa jest pierwszą, którą napotkaliśmy.

– Ależ w takim razie, hrabio, – zawołał kapitan Servadac – trzeba wsiąść na statek, przepłynąć morze i zbadać, jak daleko sięga klęska.

– Jestem tego samego zdania.

– Czy zabierze mnie pan ze sobą?

– Tak jest, kapitanie, nawet na koniec świata, jeśli podróż ta okaże się nam potrzebna.

– O, wystarczy mi żegluga wzdłuż brzegów morza Śródziemnego!

– Któż nas zapewni – odparł, pochylając w zadumie głowę hrabia Timaszew – że okrążenie morza Śródziemnego nie będzie podróżą naokoło świata!

Kapitan Servadac nic nie odpowiedział i zamyślił się głęboko.

Narazie nie pozostawało nic innego do zrobienia, jak zbadać resztę ziem afrykańskich, dowiedzieć się w Algerze o losach świata, w razie zaś gdyby południowa część wybrzeży morza Śródziemnego zniknęła zupełnie z powierzchni Ziemi, udać się na północ i zasięgnąć języka w Europie, u mieszkańców francuskiego lub włoskiego wybrzeża:

W każdym razie należało przedewszystkiem naprawić uszkodzony motor Dobryny. Jazda na żaglach była powolna i zarazem trudna, zwłaszcza w razie nieprzychylnych wiatrów i wzburzonego morza. Zresztą Dobryna, przygotowana do dalekiej podróży na wschód, miała jeszcze na dwa miesiące zapasów węgla. Słuszniej było zatem, używając tego paliwa, przyśpieszyć termin podróży i w pierwszym napotkanym porcie zaopatrzyć się na nowo. Co do tego nie było dwóch zdań.

Na szczęście uszkodzenia dały się łatwo naprawić. Na jachcie znalazły się nowe cylindry, któremi zastąpiono stare, niezdatne już do użytku, i po upływie trzech dni motor Dobryny funkcjonował prawidłowo.

W ciągu trzydniowego postoju na wyspie Hector Servadac wtajemniczył hrabiego Timaszewa w obserwacje poczynione na swej placówce. Dosiadłszy wierzchowców przemierzali wszerz i wzdłuż wysepkę i, po szczegółowej inspekcji, doszli do wniosku, że czas najwyższy wyruszyć, aby na morzu szukać przyczyn niepojętej katastrofy.

Dnia 31 stycznia jacht był gotów do drogi. Termometr wskazywał lekki spadek temperatury. Czyżby to miało oznaczać, że droga Ziemi wokół słońca zmieniła się ponownie? Odpowiedź twierdząca na to pytanie byłaby przedwczesna.

Pogoda nadal była piękna, jakkolwiek zmniejszający się słupek rtęci w termometrze świadczył o gromadzeniu się oparów w powietrzu. Nie zmieniło to jednak decyzji podróżników.

Pozostawało stwierdzić, czy Ben-Zouf zamierza towarzyszyć swemu panu, czy też zostanie na miejscu. Jeden wzgląd zwłaszcza, w powodzi innych mniej znacznych, nie pozwalał mu opuszczać wyspy. Dobryna w żadnym razie nie mogła zabrać obu koni, a Ben-Zouf za nic w świecie nie rozstałby się z niemi. Poza tem uważał za swój obowiązek nadzór nad nową posiadłością, liczył się z możliwością odwiedzin wyspy przez cudzoziemców, wierzył w przybycie armji wybawców i t. p. Względy te przekonały i kapitana Servadac’a, który, jakkolwiek z żalem, postanowił rozstać się z ordynansem. Nie przypuszczał zresztą, aby mu na wyspie groziło jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Po zbadaniu przyczyn i rozmiaru katastrofy postanowiono wrócić po Ben-Zoufa i odstawić go do ojczyzny.

Dnia 31 stycznia ordynans, wyposażony w władzę gubernatora wyspy, z głębokiem wzruszeniem żegnał kapitana Servadac’a. Prosił, aby pan jego w razie dotarcia aż do stóp Montmartre’u sprawdził, czy ukochane wzgórze nie ucierpiało wskutek katastrofy. Dobryna tymczasem puściła w ruch motor i z wąskiego kanału wypłynęła na pełne morze.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top