This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/I/10
| ←Rozdział IX | Hector Servadac Część I. Rozdział X. written by Juliusz Verne |
Rozdział XI→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym z lunetą przy oku i sondą w ręce poszukuje się śladów dawnego Algeru.
Dobryna, zbudowana i wykończona z całą starannością w angielskich dokach, miała pojemność dwustu tonn, co stawiało ją w rzędzie okrętów oceanicznych. Kolumb i Magellan nie mieli nawet w przybliżeniu tak pewnych i dużych statków, a jednak odważyli się przepłynąć oceany Atlantycki i Spokojny. Kantyna okrętowa Dobryny zawierała zapasy żywności na okres kilkomiesięczny, co pozwalało na objazd morza Śródziemnego bez potrzeby ponownego zaopatrzenia się w drodze. Dodać też należy, że podczas postoju u wybrzeży wyspy nie było potrzeby zwiększenia balastu. Choć statek, jak wszystkie przedmioty, od czasu katastrofy ważył mniej, ale i woda straciła na wadze. Wzajemny stosunek obu ciężarów pozostał więc ten sam i te same prawa utrzymywały w równowadze Dobrynę na wodzie.

Wobec tego, że hrabia Timaszew nie był marynarzem, kierownictwo jachtu spoczywało w rękach porucznika Prokopa. Był to mężczyzna trzydziestoletni, urodzony w dobrach hrabiego, jako syn jednego z drobnych dzierżawców, duszą i ciałem oddany był swemu panu. Znakomity ten marynarz, który kształcił się na statkach wojennych i handlowych, uzyskawszy stopień oficerski, wstąpił na pokład Dobryny. Hrabia Timaszew większą część roku spędzał na wodzie, zimą na lazurowych falach morza Śródziemnego, latem na chłodnych morzach Północy. Porucznik Prokop posiadał rozległą wiedzę nietylko w swoim zawodzie. Trudno wprost było oddać Dobrynę w lepsze ręce. Cała jej załoga zresztą nie pozostawiała nic do życzenia. Składała się z mechanika i czterech marynarzy.
Przeżywany kataklizm przyrody nie wyprowadzał marynarzy z równowagi, dopóki ich pan dzielił z nimi niepewności losu. Dobryna całą siłą pary i żagli pędziła na wschód. Wiatr był pomyślny i gdyby nie wysokie fale, które piętrzyły się na morzu, pędziłaby z szybkością strzały. Słaby, łagodny wietrzyk zachodni nie tłumaczył groźnego rozkołysania się wód. Stan ten w nowych warunkach był jednak zupełnie zrozumiały. Mniej ważkie, na skutek mniejszej siły przyciągania Ziemi, cząsteczki wody przy najlżejszym ruchu wahadłowym podnosiły się do niebywałej wysokości. Jakże zdziwiłby się Arago, który ustalił w swoim czasie maksymalną granicę wysokości fal na siedem do ośmiu metrów, na widok bałwanów wznoszących się do sześćdziesięciu stóp i wyżej. Dobryna, straciwszy również na wadze, wznosiła się z większą łatwością i jak piłka skakała na grzbietach fal. Człowiek skłonny do morskiej choroby, w tych warunkach czułby się okropnie. Na szczęście kapitan Servadac był odporny i z tej strony nic mu nie groziło.
Jacht posuwał się w odległości dwóch do trzech kilometrów od dawnych wybrzeży Algeru. Od strony południowej nie było widać żadnych śladów lądu. Chociaż porucznik Prokop nie był już w stanie określić położenia Dobryny na podstawie mapy nieba, drogę jej i kierunek można było zupełnie łatwo określić przy pomocy busoli.
Na szczęście igła busoli ani na chwilę nie była wyprowadzona z równowagi, fenomeny kosmiczne nie miały na nią żadnego wpływu, wskazywała stale północny biegun magnetyczny w odległości jakichś dwudziestu dwóch stopni od bieguna ziemskiego. Chociaż słońce wstawało teraz na zachodzie i na wschodzie układało się do snu, bieguny północny i południowy pozostawały niezmiennie na swoich miejscach.
W ciągu pierwszych kilku dni podróży porucznik Prokop, bieglejszy w tych wszystkich sprawach od kapitana, chętnie udzielał wyjaśnień. Rozmowa toczyła się, rzecz prosta, koło fenomenów natury, których przyczyny dla porucznika Prokopa, zarówno jak i dla kapitana Servadac’a, pozostawały nadal zagadką. Głównie zastanawiano się nad nową drogą Ziemi w układzie słonecznym.
– Wszak jasne jest, kapitanie – mówił porucznik Prokop – że Ziemia nie krąży już dawną drogą dookoła słońca, do którego nieznana siła znacznie ją przybliżyła.
– Jestem tego pewien – odparł kapitan Servadac – należałoby tylko stwierdzić, czy po przecięciu orbity Wenus, przetniemy też zkolei orbitę Merkurego?…
– By opaść wreszcie i zczeznąć na słońcu? – wtrącił hrabia Timaszew.
– Byłby to kataklizm niebywały! – zawołał kapitan Servadac.
– Nie – przeczył porucznik Prokop – jestem przekonany, że żaden upadek nie grozi obecnie Ziemi! Ziemia wcale nie zdąża ku słońcu, tylko obiega wokół niego nową, nieznaną nam jeszcze drogę!
– Czy masz jakiś dowód na poparcie tej hipotezy? – zapytał hrabia Timaszew.
– Owszem – brzmiała odpowiedź porucznika – i to dowód, który panom napewno trafi do przekonania.
– Gdyby naprawdę Ziemia miała zginąć w przestworzach, katastrofa ta dopełniłaby się znacznie szybciej i bylibyśmy już w najbliższem sąsiedztwie słońca, tej centralnej siły przyciągającej. Gdyby to był upadek, w takim razie siła ciążenia, która zmusza planety do krążenia po linji eliptycznej, zniknęłaby nagle i wówczas w ciągu sześćdziesięciu czterech i pół dnia Ziemia znalazłaby się na słońcu.
– I stąd pan wyciąga wniosek?… – naglił kapitan Servadac.
– Że niema mowy o upadku – odparł porucznik Prokop. – Już przeszło od miesiąca orbita Ziemi uległa zmianie, a jednak dotychczas przekroczyliśmy zaledwie drogę Wenus. Przybliżyliśmy się w tym czasie o jedenaście miljonów mil do słońca, co nie jest odległością nadzwyczajną, zważywszy, że promień orbity ziemskiej ma trzydzieści osiem miljonów mil długości. Mam więc prawo twierdzić, że nie z upadkiem mamy tu do czynienia, i uważam to za okoliczność bardzo szczęśliwą. Poza tem śmiem przypuszczać, że zaczynamy się już oddalać od słońca, gdyż temperatura regularnie spada, na opuszczonej zaś przez nas wyspie nie panują większe upały jak w całym Algerze, o ile Alger leży jeszcze na trzydziestym szóstym równoleżniku.
– Słuszne są pana przypuszczenia, poruczniku – zakonkludował kapitan Servadac. – Podzielam je w zupełności. Ziemia nie pędzi ku słońcu, ale wciąż jeszcze obraca się dookoła niego.
– Niemniej pewne jest – ciągnął porucznik Prokop – że na skutek kataklizmu, którego źródła są dla nas zagadką, morze Śródziemne wraz z całem wybrzeżem afrykańskiem zostało nagle przeniesione w strefę równika.
– Jeśli może być jeszcze mowa o jakiemś wybrzeżu afrykańskiem… – dorzucił kapitan Servadac.
– I o morzu Śródziemnem – dodał hrabia Timaszew.
Tyle było zagadek do rozwiązania! W każdym razie jedno zdawało się już nie ulegać wątpliwości: Ziemia oddalała się powoli od słońca i straszliwy upadek na ognistą tarczę już jej nie zagrażał.
Ale co się stało z lądem afrykańskim, którego szczątków dotąd daremnie poszukiwała załoga Dobryny?
W dwadzieścia cztery godziny po opuszczeniu wysepki, jacht mijał okolice dawnych miast: Tener, Cherchell, Koleah, Sidi-Ferruch. Tymczasem ani jedno z tych miast nie było widoczne przez lunetę. Morze ciągnęło się w nieskończoność, gdzie doniedawna jeszcze ląd rozbijał napór jego fal.

Porucznik Prokop nie mógł się też pomylić w kierunku. Orjentując się podług busoli, wiatrów i szybkości jachtu, ustalił, że 2 lutego znajdował się pod 36° 47’ szerokości i 0° 44’ długości geograficznej, to znaczy w miejscu, które powinna była zajmować stolica Algeru. Tymczasem Alger, podobnie jak Tener, Cherchell, Koleah i Sidi-Ferruch, zniknął z powierzchni ziemi. Kapitan Servadac ściągnął brwi, zagryzł usta i dzikim jakimś wzrokiem rozglądał się po bezkresnem morzu. Serce waliło mu jak młotem. Przesuwały mu się przed oczyma duszy cienie kolegów i przyjaciół, z którymi spędził ostatnich lat kilka, a którzy już bezpowrotnie zginęli. Wspomniał Francję-Ojczyznę i pytał sam siebie, czy okrutny kataklizm dotknął i ją także? Później starał się przeniknąć głębiny morskie, szukając na dnie śladów dawnej stolicy.
– Nie! – zawołał wreszcie. – Taka katastrofa jest niemożliwa! Olbrzymie miasto nie znika tak całkowicie z powierzchni! Byłyby jakieś ślady! Wysokie wieże wynurzałyby się z wody! I jeśli ziemia nie pochłonęła całej Afryki, z ponad fal byłyby widoczne chociażby szczyty Casbah, lub fortu Cesarza, mającego sto pięćdziesiąt metrów wysokości.
Istotnie, była to okoliczność conajmniej zadziwiająca, że żadne ślady na powierzchni wody nie zdradzały istniejącego tu tak niedawno miasta, na falach nie unosiły się nawet gałęzie drzew, jakieś szczątki budowli, które obsunęły się do zatoki, łączącej miesiąc temu przylądki Matifou i Pescade. Ale jeśli oko ludzkie ślizgało się po powierzchni, nie mogąc dotrzeć do dna, od czegóż były sondy?
Hrabia Timaszew pragnął rozwiać wszelkie wątpliwości kapitana Servadac’a i dał rozkaz zapuszczenia sondy.
Ku najwyższemu zdumieniu wszystkich, a zwłaszcza porucznika Prokopa, sonda odmierzała stałą prawie głębokość trzydziestu do trzydziestu pięciu stóp. W przeciągu dwóch godzin na dużym obszarze morskim sonda ani razu nie wykazała różnic poziomu, jakie musiałoby dać spoczywające na dnie amfiteatralnie zbudowane miasto Alger. Czyż należało przypuszczać, że pochłonąwszy olbrzymie miasto, wody natychmiast zniwelowały i wyrównały dno?
To wydawało się nieprawdopodobne.
Z drugiej zaś strony dno morskie nie było pokryte ani mułem, ani piaskiem, ani muszlami. Sonda wyciągała rodzaj metalicznego piasku o złotym połysku, niewiadomego pochodzenia. Nie było to w każdym razie to, co zazwyczaj sondowano z dna morza Śródziemnego.
– Widzi pan, poruczniku – rzekł Hector Servadac – jesteśmy dużo dalej od wybrzeży algeryjskich, niż pan przypuszczał.
– Gdybyśmy byli dalej – odparł, pochylając głowę porucznik Prokop – mielibyśmy nie trzydzieści, lecz dwieście lub trzysta stóp głębokości.
– A więc?… – zapytał hrabia Timaszew.
– Sam nie wiem, co o tem myśleć.

– Hrabio – odezwał się kapitan Servadac – proszę jak o łaskę, posuńmy się nieco na południe, może tam znajdziemy to, czego tu daremnie szukamy!
Hrabia Timaszew porozumiał się z porucznikiem Prokopem i wreszcie postanowiono przez trzydzieści sześć godzin jeszcze posuwać się na południe. Odpowiednie polecenie wydano sternikowi.
Podczas trzydziestu sześciu godzin z największa skrupulatnością prowadzono poszukiwania. Nie ograniczono się do sondy, która wskazywała niezmiennie dno na trzydzieści do czterdziestu stóp pod poziomem wody, ale badano dno drągami, które nie napotkały nigdy ostrego kamienia, kawałka metalu, połamanej gałęzi, ani nawet żadnego wodorostu, któremi zwykle usiane jest dno morskie. Skądże wzięło się to dno w morzu Śródziemnem.
Jacht dopłynął aż do trzydziestego szóstego stopnia szerokości geograficznej. Było to według mapy miejsce, na którem dawniej rozciągały się gęste zarośla Sahelu, oddzielające morze od wspaniałych równin Mitidja, w miejscu, gdzie czterysta metrów ponad poziomem górował ongiś szczyt Bouzareah! W razie zagłady całej okolicy, jeszcze szczyt ten jako wyspa powinienby górować nad wodą.
Dobryna posuwała się coraz dalej, aż poza Douera, największą osadę Sahelu, poza Boufarick, miasto o pięknych, szerokich, ocienionych platanami ulicach.
Porucznik Prokop obawiał się zagłębiać dalej w te strony, zupełnie nieznane, i proponował zwrot ku północy, lub wschodowi. Kapitan Servadac jednak upierał się wciąż przy kierunku południowym.
Płynęli więc dalej, aż ku górom Mouzaia, do grot legendarnych, zamieszkanych niegdyś przez Kabylów. Najwyższy ich szczyt, który siedem tygodni temu sterczał dumnie pomiędzy Bou-Roumi i Chiffa, znikł całkowicie, mimo swej tysiąca sześćset metrów sięgającej wysokości!… Gładka zupełnie była tafla wód, żadna też wyniosłość nie rysowała się na horyzoncie.
Trzeba było ostatecznie zawrócić ku północy. Po niejakim czasie Dobryna znalazła się znów na wodach dawnego morza Śródziemnego, nie odszukawszy żadnego śladu tak niedawno opuszczonego Algeru.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |