This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/11

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział X Hector Servadac • Część I. Rozdział XI. • written by Juliusz Verne Rozdział XII→
←Rozdział X Hector Servadac
Część I. Rozdział XI.
written by Juliusz Verne
Rozdział XII→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XI,
w którym kapitan Servadac odkrywa ocaloną wysepkę, będącą, jednakże tylko grobowcem.


Nie ulegało już najmniejszej wątpliwości, że morze pochłonęło ogromną część terytorjum Algeru. Było to jednak coś więcej, niż zwykłe zniknięcie lądów w głębinach wód. Zdawało się, że wnętrze ziemi rozwarło się na chwilę, by zniszczyć kraj ogromny, pogrążając go w swoich bezdennych czeluściach. Istotnie, skaliste fundamenty Algeru przepadły bez śladu, piaszczyste zaś dno morskie zastąpił grunt nowy i nieznany.

Przyczyny przerażającej katastrofy w dalszym ciągu były zagadką. Podróżni nasi postanowili narazie zbadać, jakie są rozmiary klęski, znaleźć granicę dokonanych przemian.

Po wszechstronnem rozważeniu sprawy zdecydowano posuwać się w dalszym ciągu na wschód, wzdłuż linji dawnego lądu afrykańskiego. Żegluga odbywała się łatwo, należało więc korzystać, póki się da, z pięknej pogody i sprzyjających wiatrów.

Na przestrzeni od dawnego przylądka Matifou aż do granic Tunisu nie napotkano jednak nic na bezkresnym obszarze wód: ani zbudowanego amfiteatralnie portowego miasta Dellys, ani śladu łańcucha górskiego Jurjura, którego szczyt najwyższy miał aż dwa tysiące trzysta metrów wysokości, ani miasta Bougie, ani spadzistych zboczy Gouraya, góry Adrar i Didjela, ani łańcucha Małego Kabylu na tysiąc sto metrów wznoszącego się nad poziom morza, ani Collo, dawnego portu Konstancji, ani Stora, nowego portu Philippeville, ani Bone, położonego nad niewielką zatoką, ani przylądków Garde i Rose, ani grzbietu górskiego d’Edough, ani piaszczystych diun, ani słynnych z przemysłu koralowego miast Mafrag i Calle. Sonda zapuszczona po raz setny na dno nie złowiła ani jednego okazu pospolitych „frutti di mare” morza Śródziemnego.[1]

Hrabia Timaszew zdecydował wówczas posunąć się aż do Cap Blanc, to znaczy do najbardziej na północ wysuniętego przylądka Afryki, położonego nawprost Sycylji.

Dobryna utrzymywała się wciąż na linji trzydziestego siódmego równoleżnika i dnia 7-go lutego przekroczyła siódmy stopień długości geograficznej.

Nie szczędzono paliwa i całą siłą pary pędzono w stronę Cap Blanc, nie napotykając jednak po drodze ani przylądka Negro, ani przylądka Serrat. Na wysokości pięknego wschodniego miasta Bizerty nie było śladu jeziora, ciągnącego się po drugiej stronie wjazdu do portu, ani wspaniałych okazów marabutów, mieszkających w cieniu palm. Sonda zapuszczona w głąb przezroczystej wody natrafiła na to samo równe i jałowe dno, jak w okolicach Algeru.

Przylądek Blanc, ściślej mówiąc, miejsce, które pięć tygodni temu zajmował przylądek, opłynięto w ciągu dnia 3 lutego. Jacht pruł w owym czasie wody, które należeć miały do zatoki tuniskiej. Nie było jednak śladu pięknej zatoki ani miasta zbudowanego amfiteatralnie, ani fortu de l’Arsenal, ani dwóch wierzchołków Bou-Kournein. Cypel Bon, najbardziej ku Sycylji wysunięty punkt Afryki, został wraz z lądem porwany i wraz z nim zginął w tajemniczych otchłaniach ziemi.

Dawniej, przed katastrofą, dno morskie wznosiło się w tem miejscu bardzo wyraźnie, zamykając cieśninę Libye, której głębokość wynosiła najwyżej siedemnaście metrów. Z obu zaś stron nasypu głębia sięgała stu siedemdziesięciu metrów. Przypuszczalnie, w odległych epokach formacyj geologicznych przylądek afrykański Bon i sycylijski Furina były połączone, jak to miało miejsce prawdopodobnie z Ceutą i Gibraltarem.

Szczegóły te nie mogły ujść uwadze wytrawnego i dokładnie z morzem Śródziemnem obznajmionego marynarza, jakim był porucznik Prokop.

Hrabia Timaszew, kapitan Servadac i porucznik, wszyscy asystowali przy sondowaniu.

Na dany rozkaz marynarz zapuścił sondę.

– Wiele stóp! – zapytał porucznik Prokop.

– Dwadzieścia pięć – odparł marynarz.

– A dno?

– Płaskie.

Pozostawało zbadać głębokość wklęśnięć po obu stronach podwodnego nasypu. Dobryna odpłynęła więc pół mili na prawo, potem znów na lewo, sondując bez przerwy.

Niezmiennie 25 stóp! Wszędzie i zawsze! Dno uparcie płaskie! Cyfra niewzruszona! Łańcuch podwodny łączący przylądki Bon i Furina nie istniał więcej. Było więc oczywiste, że dno morza Śródziemnego zostało całkowicie zniwelowane. Skład tego dna ciągle był ten sam: pyłek metaliczny i związki nieznane. Ani śladu gąbek, małżów, mięczaków, lub muszli, które dawniej pokrywały podwodne skały.

Dobryna zawróciła ku północy, nie poniechawszy poszukiwań.

Wśród osobliwości tej podróży należy też podkreślić, że morze niezmiennie było bezludne i puste. Jak okiem sięgnąć nigdzie nie rysował się kształt masztu, ku któremu możnaby się skierować po nowiny.

Po opustoszałem morzu samotnie płynęła Dobryna i pasażerowie jej nie mogli oprzeć się myśli, że jachcik ten w chwili obecnej jest może jedynym zamieszkanym punktem na kuli ziemskiej, nową arką Noego, która wiezie jedynych ocalonych podczas katastrofy ludzi.

9-go lutego Dobryna przepłynęła nad miejscem, w którem wznosiło się miasto Didona, starożytna Byrsa, bardziej obecnie zniszczona, niż punicka Kartagina przez Scypjona afrykańskiego.

Wieczorem, gdy słońce chyliło się ku wschodowi, to znaczy zachodziło, kapitan Servadac, oparty o burtę tylnego pokładu, zamyślił się głęboko. Wzrok jego błądził po gwiazdach widocznych na firmamencie, po przejrzystych ruchomych oparach, po morzu, które rozkołysał zlekka słaby powiew wiatru.

Nagłe uderzył go gdzieś woddali, na odległem południu, jakiś słaby punkt świetlny. Narazie przypuszczał, że to złudzenie optyczne, i zaczął rzecz badać uważniej.

Okazało się, iż istotnie woddali migotało słabe światełko, co stwierdził też wezwany, jako ekspert, marynarz.

O odkryciu tem powiadomiono niezwłocznie hrabiego i porucznika Prokopa.

– Czy to lad?… – zapytał kapitan Servadac.

– Czy nie statek raczej? – zagadnął hrabia Timaszew.

– Za niespełna godzinę będziemy już wiedzieli, czego się trzymać! – zawołał kapitan Servadac.

– Nie dowiemy się wcześniej, jak jutro, kapitanie – zaprotestował porucznik Prokop.

– Nie masz zatem zamiaru skierować jachtu wprost ku temu światełku? – pytał zdumiony hrabia Timaszew.

– Tak jest. Chcę przeczekać na małych żaglach do białego dnia. Nie chciałbym ryzykować przybijania nocą do nieznanych brzegów.

Hrabia skinął głowa na znak zgody. Dobryna zwinęła część żagli. Ciemna noc spowiła morze i prawie nieruchomy na niem jachcik.

Noc sześciogodzinna jest krótka, ta jednakże zdawała się trwać wieki. Servadac’a, który ani na chwilę nie opuścił kapitańskiego mostku, dręczyły obawy, aby nikłe światełko nie zgasło. Światełko jednak jaśniało we mgle, jak migoce błędny ognik gdzieś w bezkresnej dali.

– I stale w tem samem miejscu – zauważył porucznik Prokop. – Można więc z dużem prawdopodobieństwem wnioskować, że mamy przed sobą lad, a nie statek.

O wschodzie słońca wszystkie lunety skierowały się w stronę punktu świetlnego. Światło znikło w pierwszych blaskach dnia, a na jego miejsce pojawiła się w odległości sześciu mil od Dobryny dziwnie postrzępiona skała, rodzaj samotnej wyspy na opustoszałem morzu.

– Jest to poprostu skała – odezwał się hrabia Timaszew – a raczej szczyt zatopionej góry.

W każdym bądź razie należało zbadać tę skałę, choćby ze względów na bezpieczeństwo przyszłej żeglugi.

Skierowano więc jacht ku nieznanej wyspie i w niespełna trzy kwadranse Dobrynę dzieliły już najwyżej dwie długości liny kotwicznej od skały. Był to strzęp góry, goły, urwisty, wznoszący się conajmniej na czterdzieści stóp ponad poziom morza. Żadne rafy podwodne nie broniły do niej dostępu, co nasuwało przypuszczenie, że góra zapadała się powoli, stopniowo, aż nowa jakaś niewytłumaczona siła zatrzymała ja na pewnym poziomie.

– Ależ wyspa ta jest zamieszkana! – zawołał kapitan Servadac, badając przez lunetę każdy szczegół. – Może nawet znajdziemy tu ludzi?

Tej hipotezie porucznik Prokop zaprzeczył stanowczym ruchem głowy. Wyspa robiła wrażenie odludnej i istotnie wystrzał armatni nie zwabił nikogo na brzeg.

Faktem jednakże było, że na najwyższej części wyspy wznosił się rodzaj budowli z kamienia. Gmach ten przypominał arabską świątynię. Łódką spuszczoną z jachtu czterej marynarze powieźli do brzegu kapitana Servadac’a, hrabiego Timaszewa i porucznika Prokopa.

Po kilku chwilach podróżnicy nasi stanęli już na lądzie i nie zwlekając ani chwili poczęli się wspinać ku budowli.

Na wstępie zaraz zatrzymał ich mur przeładowany antycznemi ozdobami w kształcie waz, kolumn i posągów. Hrabia Timaszew i dwaj jego towarzysze obeszli mur dookoła i znaleźli się przed małemi uchylonemi drzwiami. Minęli je i po chwili natknęli się na drugie drzwi również otwarte. Teraz znaleźli się już wewnątrz budynku. Ściany jego były rzeźbione na modłę arabską, ale rzeźby te nie przedstawiały żadnej wartości artystycznej.

W środku jedynej sali wznosił się skromny grobowiec. Nad nim wisiała olbrzymia srebrna lampa, w której paliła się oliwa.

Światło tej lampy właśnie nocą zwróciło uwagę kapitana Servadac’a.

Meczecik był zamieszkany. Dozorca – o ile taki istniał kiedykolwiek – uciekł prawdopodobnie w czasie katastrofy. Zagnieździło się tu kilka sów, które spłoszone przez wędrowców wyleciały przez okno.

Na grobowcu leżał wielki modlitewnik. Książka ta, pisana w języku francuskim, otwarta była na modlitwie związanej z obchodem rocznicy 25-go sierpnia.

Rozjaśniło się nagle w umyśle kapitana Servadac’a. Miejsce, które zajmowała wysepka na morzu Śródziemnem, grób opuszczony, otwarta strona książki, wszystko to uprzytomniło mu, gdzie się w tej chwili znajduje.

– Grób świętego Ludwika, proszę panów – powiedział.

Istotnie, było to miejsce śmierci króla Francji, czczone od sześciu wieków przez naród francuski.

Kapitan Servadac pochylił się bogobojnie nad sarkofagiem a dwaj jego towarzysze poszli za jego przykładem.

Lampa płonąca nad grobem świętego była zapewne jedyną latarnią na morzu Śródziemnem, a i ona wkrótce miała zagasnąć!

Trzej podróżni opuścili świątynię a niebawem i wyspę samotną. Łodzią dostali się na pokład Dobryny, poczem skierowali się na południe i rychło stracili z oczu grobowiec króla Ludwika IX, jedyną ocaloną podczas katastrofy pozostałość Tunisu.


Przypis

  1. ↑ Frutti di mare – owoce morza. Tak nazywają Włosi bogatą faunę i florę dna morskiego w morzu Śródziemnem. (Przyp. tłum.).

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top