This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/I/12
| ←Rozdział XI | Hector Servadac Część I. Rozdział XII. written by Juliusz Verne |
Rozdział XIII→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym po próbach walki z żywiołem, porucznik Prokop oddaje wszystko w ręce Boga.
Rozczarowani wędrowcy dążyli na południe, licząc, że w tej stronie najprędzej znajdą jakiś ląd zamieszkany.
W kilka godzin po opuszczeniu wysepki Dobryna znalazła się na nowych wodach, pokrywających płytką warstwą dawny półwysep Dakhul, oddzielający ongiś zatokę tuniską od zatoki H’Amamat.
W dwa dni później, po bezowocnej podróży do dawnych okolic Sahel’u, osiągnięto trzydziesty czwarty równoleżnik, który powinien był w tem miejscu przecinać zatokę Gabes.
Otóż dnia tego, 11-go lutego, rozległ się z pokładu jachtu okrzyk „ziemia”, i istotnie woddali zamajaczył ląd, w miejscu, gdzie według mapy nie należało go się wcale spodziewać.
Nie mogło to być płaskie wybrzeże trypolitańskie, bo nie dojrzałoby go się z takiej odległości. Poza tem ziemia ta leżała o dwa stopnie bardziej na południe.
Nowy, wybitnie falisty ten ląd ciągnął się szerokim pasem z zachodu na wschód i zamykał całkowicie horyzont południowy. Na lewo przecinał zatokę Gabes i zasłaniał sobą, położoną u szczytu zatoki, wyspę Djerba.
– Tak więc – zauważył kapitan Servadac – dotąd napotykaliśmy morze Śródziemne tam wszędzie, gdzie kiedyś był ląd, a teraz zaskoczył nas ląd tam, gdzie powinno być morze Śródziemne.
– W całej okolicy – dodał porucznik Prokop – nie widać owych pospolitych tubylczych łodzi.
– Należy zdecydować – wtrącił hrabia Timaszew – czy wzdłuż tego lądu będziemy płynęli w kierunku wschodnim, czy też zachodnim.
– W zachodnim, jeżeli pan pozwoli, hrabio – zaopiniował szybko Servadac.
– Chciałbym przynajmniej zbadać, czy po drugiej stronie Szeliwu nie zostało nic z naszych kolonij w Algerze. Możemy po drodze zabrać mego towarzysza, którego zostawiłem na wyspie. Popłyniemy aż do Gibraltaru, gdzie, być może, zdobędziemy już jakieś wiadomości z Europy!
– Kapitanie, – odparł hrabia Timaszew z właściwym sobie spokojem – jacht jest do pańskiej dyspozycji. Prokop, wydaj odpowiednie zarządzenia!
Chciałbym podzielić się z panem pewnem spostrzeżeniem – odparł porucznik po chwili namysłu.
– Mów.
– Wiatr jest zachodni i zdaje się wzmagać – zaczął porucznik Prokop. – Mamy wprawdzie motor, ale będzie nas to kosztowało wiele paliwa. Płynąc natomiast na wschód, łączną siłą żagli i pary za kilka dni staniemy w Egipcie i w Aleksandrji, czy też gdzie indziej, zasięgniemy języka równie dobrze, jak w Gibraltarze.
– Słyszy pan, kapitanie! – rzekł hrabia Timaszew, zwracając się do Hectora Servadac’a.
Kapitan, mimo chęci zbliżenia się do prowincji Oranu i ujrzenia Ben-Zoufa, uznał słuszność wywodów porucznika. Wiatr wzmagał się i walcząc z nim Dobryna posuwałaby się bardzo wolno naprzód, natomiast płynąc z wiatrem stanie wkrótce u brzegów Egiptu.
Skierowano się więc na wschód. Wiatr dął z wielką siłą. Na szczęście długie fale posuwały się w tym samym kierunku, co Dobryna, i nie zalewały pokładu.
Od dwóch tygodni dawał się zauważyć regularny spadek temperatury i termometr wskazywał już najwyżej 15–20 stopni ponad zero. Spadek ten dawał się wytłumaczyć rosnącą odległością od słońca Ziemi, obiegającej po nowej elipsie. To było jasne. Ziemia, która zbliżała się do słońca aż do chwili przekroczenia orbity Wenus, oddalała się teraz odeń coraz więcej.
Według obliczeń Ziemia znalazła się 1-go lutego w tej samej pozycji co i 1-go stycznia, to znaczy w odległości trzydziestu ośmiu miljonów mil od słońca, a od tego czasu odległość ta wzrosła mniej więcej o jedną trzecią. Wynikało to nietylko ze spadku temperatury, ale i z wielkości tarczy słonecznej, widzianej gołem okiem. Tych samych wrażeń musiałby doznawać obserwator umieszczony na Marsie. Stąd wniosek, iż Ziemia zbliżała się do orbity tej planety, której budowa fizyczna tak bardzo do budowy Ziemi jest zbliżona. A zatem nowa droga, wyznaczona Ziemi w układzie słonecznym, musiała mieć kształt bardzo wydłużonej elipsy.
Pasażerowie Dobryny mało jednakże poświęcali czasu zjawiskom kosmicznym. Nie interesowali się już chaotycznemi ruchami Ziemi w przestworzach, lecz tylko niepojętemi zmianami, zachodzącemi na jej powierzchni.
Jachcik płynął wzdłuż nowego lądu w odległości dwóch mil, gdyż większe zbliżenie było niebezpieczne.
Nieznany brzeg nie posiadał żadnej zatoczki, żadnego schronienia dla statku, był nieprzystępny, urwisty i wznosił się na wysokość dwustu do trzystu stóp. Skała była tak gładka i oślizgła, że nie było mowy, aby noga ludzka znalazła na niej dla siebie jakiekolwiek oparcie. Wyżej rysował się las nieprzebytych zwałów skalnych, wznoszących się na wysokość około tysiąca stóp.
Bardziej od dziwacznego wyglądu olbrzymiego tego masywu uderzył podróżników fakt, że sprawiał on wrażenie zupełnie „nowego”. Barwa, czystość kształtów i linij nie nosiły na sobie jeszcze śladów wpływów atmosferycznych. Całość rysowała się na tle nieba niebywałą ostrością konturów. Wszystkie składające ją bloki były tak gładkie i lśniące, jakby świeżo odlane z formy. Ich metaliczny blask przypominał piryty.
Zachodziło pytanie, czy to nie ten sam pierwiastek metaliczny, który w stanie sproszkowanym wyciągała z morskiej głębi sonda, był zasadniczym składnikiem tego olbrzyma, wyrzuconego z otchłani na powierzchnię wód.
Inny jeszcze wzgląd potwierdzał to przypuszczenie. Naogół powierzchnia najbardziej nawet gładkich i jałowych złomów skalnych pokryta bywa cieniutkiemi wilgotnemi włókienkami. Niema tak ogołoconej skały, na której nie trzymałyby się jakieś choćby najmniej wybredne rośliny, na której nie szukałyby schronienia kępy mało wymagających mchów.
Tu nie było nic, najniklejszej krystalicznej żyłki, ani śladu wątłej zieleni. Żaden ptak nie ożywiał surowego obrazu. Nic tu nie żyło, nic się nie rozwijało, zarówno w świecie roślinnym, jak i zwierzęcym.

Załoga Dobryny nie dziwiła się też wcale, że morskie ptaki, jak albatrosy, mewy i gołębie skalne szukały schronienia na jachcie. Żadna siła nie mogła ich zmusić do odlotu, uczepiły się masztu i tak trwały dzień i noc. Rzucały się tylko łapczywie na okruchy, wysypywane na pomost, połykając je chciwie i żarłocznie. Wygłodzone te stworzenia świadczyły wymownie o jałowości okolicy. Nigdzie tu nie można było zdobyć pożywienia, a zwłaszcza na pozbawionym roślinności i wody skalistym pasie lądu.
Tak przedstawiało się to dziwne wybrzeże, wzdłuż którego już dni kilka płynęła Dobryna. Profil lądu zmieniał się czasami, ciągnąc się na przestrzeni kilku kilometrów, jak jeden ostro zarysowany, rzekłbyś misternie wykuty, grzbiet. Potem znów pojawiała się gmatwanina grani i zwałów skalnych. Ale ani razu u stóp wybrzeża nie pojawiła się piaszczysta diuna, lub też rafa podwodna, któremi normalnie usiane bywa dno niegłębokich wód. Gdzie niegdzie tylko widoczne były wąskie, niedostępne szczeliny, nie było jednak takiego miejsca, w którem statek mógłby się zatrzymać i zaopatrzyć w wodę.
Po przepłynięciu blisko czterystu kilometrów Dobrynę zaskoczyło nagłe wygięcie lądu. Porucznik Prokop, który oznaczał na mapie kontury nowego lądu, stwierdził, że biegnie on teraz z południa na północ. Ląd zamykał więc w tem miejscu morze Śródziemne na wysokości dwunastego południka. Czy zapora ta ciągnie się aż do Włoch, po samą Sycylję, nie można było jeszcze orzec; jeśliby tak było istotnie, w takim razie olbrzymi basen, którego wody obmywały brzegi Europy, Azji i Afryki, zmniejszył się do połowy.
Jacht, który badał krok za krokiem zarysy nowego lądu, zawrócił na północ, zmierzając wprost ku wybrzeżom Europy. Posuwając się w tym kierunku, powinien przedewszystkiem dotrzeć do Malty i przekonać się, czy katastrofa oszczędziła choć tę starą wyspę, którą władali kolejno Fenicjanie, Kartagińczycy, Sycylijczycy, Rzymianie, Wandalowie, Grecy, Arabowie i Kawalerowie Maltańscy.
Nie spotkali jednak Malty na swej drodze.
Spuszczona zaś dnia 14-go lutego na dno sonda wyciągnęła zawsze ten sam metaliczny namuł o nieznanym składzie.
– Spustoszenie sięgnęło i poza Afrykę – zauważył wówczas hrabia Timaszew.
– Tak – odparł porucznik Prokop – my zaś nie możemy sobie wytworzyć nawet przybliżonego obrazu rozmiarów katastrofy! Jakież są twoje dalsze plany, hrabio? Do którego z krajów europejskich kierować Dobrynę?
– Ku Sycylji, do Włoch, do Francji – wołał kapitan Servadac – tam gdzie się wreszcie dowiemy…
– Czy pasażerowie Dobryny nie są jedynymi mieszkańcami Ziemi – dokończył z powagą hrabia Timaszew.
Kapitan Servadac nie odezwał się słówkiem, bo i jego dręczyły smutne przeczucia. Tymczasem jacht przepłynął punkt przecięcia równoleżnika i południka, pod którym leżała zaginiona Malta.
Ląd ciągnął się wciąż jeszcze z południa na północ i tamował dostęp do zatoki Sydry, dawniejszej Wielkiej Syrty, która ciągnęła się aż do ziem Egiptu. Jasnem też się stało, że zamknięta również była droga do wybrzeży greckich i portów ottomańskich. Nie mogło więc być mowy o kierowaniu się przez archipelag Dardanelski, morze Marmara, Bosfor i morze Czarne ku południowej granicy Rosji. Jacht nie miał przed sobą innej drogi, tylko na zachód.
W tym też kierunku zwrócono się 16-go lutego, jednak snąć wszystkie żywioły sprzysięgły się przeciw Dobrynie, gdyż wiatr i fale we wspólnym wysiłku tamowały jej ruchy. Zerwała się szalona burza, z którą trudno było walczyć jachtowi o pojemności dwustu zaledwie tonn. Niebezpieczeństwo stawało się groźne, gdyż wiatr dął z boku.
Porucznik Prokop nie ukrywał swego niepokoju. Zmuszony był zwinąć wszystkie żagle, zdjąć maszty, przy pomocy zaś wyłącznie motoru trudno było oprzeć się żywiołom. Potężne fale podrzucały jacht na wysokość do stu stóp, aby go po chwili zanurzyć w morskiej otchłani. Śruba, uderzając wciąż w próżnię, obracała się bez widocznego rezultatu. Pracowała całą siłą pary, i mimo to jacht, zamiast posuwać się naprzód, ustawicznie się cofał pod naporem wiatru.
Gdzie można było znaleźć schronienie! Nieprzystępny brzeg nie nęcił żadną przystanią! W przypadku katastrofy na pełnem morzu, co się stanie z rozbitkami, przypuściwszy nawet, że dopłyną do urwistego brzegu? Czegóż mogli się spodziewać na tej jałowej, nieurodzajnej ziemi! Gdy zapasy się wyczerpią, gdzie zaopatrzą się na nowo! Czy można liczyć, że poza tym niedostępnym brzegiem istnieją zachowane w całości obszary dawnego lądu?
Dobryna usiłowała stawić czoło burzy, a oddana jej bohaterska załoga pracowała w pocie czoła, nie wątpiąc ani na chwilę w zwycięstwo. Wszyscy marynarze ślepo ufali porucznikowi i wierzyli w wytrzymałość Dobryny. Mimo wszystko maszyny odmawiały już posłuszeństwa. Niepodobna było rozwinąć żagli, gdyż wicher natychmiast porwałby je na strzępy. Ostatecznie łódź porwana została ku brzegowi.
Cała załoga znalazła się na pokładzie, wszyscy rozumieli grozę położenia. Ląd był już nie dalej, jak o cztery mile morskie, i Dobryna zmierzała ku niemu z szybkością, która nie wróżyła nic dobrego.
– Hrabio! – rzekł z rezygnacją porucznik Prokop. – Możność ludzka jest ograniczona. Nie mam siły oprzeć się prądowi, który nas porywa.
– Czy wyczerpałeś już wszystkie środki ratunku? – zapytał z niewzruszonym spokojem hrabia Timaszew.
– Wszystkie – brzmiała odpowiedź. – Mimo to przed upływem godziny łódź nasza rozbije się o skały.
– Przed upływem godziny… – powtórzył hrabia i dodał na głos, aby go wszyscy słyszeli. – Może nas Bóg ocali.
– Chyba żeby brzeg się rozstąpił i dał przejście Dobrynie.
– Jesteśmy w rękach Wszechmocnego! – odparł hrabia Timaszew, obnażając głowę.
– Hector Servadac, porucznik Prokop, wszyscy marynarze zrobili w milczeniu to samo.
Porucznik Prokop, godząc się już z losem, starał się tylko o lądowanie w możliwie najlepszych warunkach. Myślał o tem, by rozbitkowie, którym ewentualnie uda się wyratować, nie zostali przez pierwszych parę dni pobytu na nowym lądzie bez żywności. Kazał wynieść na pokład skrzynki z zapasami i beczki ze słodką wodą, które, przywiązane do pustych baryłek, mogłyby się utrzymać na wodzie w razie rozbicia statku. Jednem słowem okazał należytą przezorność i przedsięwziął wszystkie możliwe środki ostrożności.
Faktycznie nie miał już najsłabszej nadziei ratunku. Na stokach olbrzymiej skalistej ściany, nie rysowała się żadna wnęka, lub zatoczka, w której możnaby szukać schronienia. Dobrynę mogła uratować tylko nagła zmiana kierunku wiatru, któryby ją rzucił na pełne morze, lub też, jak to zauważył porucznik Prokop, cudowne rozstąpienie skalistych złomów.
Ale wiatr się nie zmieniał i wcale się na to nie zanosiło.
Wkrótce już tylko mila dzieliła jacht od brzegu. Olbrzymie skały rosły w oczach i miało się wrażenie, że to one z nieprzepartą stanowczością suną ku Dobrynie, aby ją zgnieść i zniszczyć. Po kilku chwilach odległość zmalała do kilkuset metrów. Wszyscy już byli pewni, że wybiła ostatnia godzina.
– Żegnaj, hrabio! – rzekł kapitan Servadac, wyciągając dłoń do towarzysza.
– Żegnaj, kapitanie! – odparł hrabia Timaszew, wznosząc oczy ku niebu.
Zdawało się, że w tej właśnie chwili Dobryna, podrzucona przez gigantyczne fale, rozbije się o brzeg. Wtem odezwał się głos:

– A teraz razem, chłopcy! Podnieście górny żagiel. Ster na prawo.
To stojący na przodzie Dobryny porucznik Prokop wydawał rozkazy. Spełniono je natychmiast, chociaż były tak nieoczekiwane. Tymczasem porucznik cofnął się na tył jachtu i sam ujął ster w ręce.
Czegóż właściwie chciał porucznik Prokop? Może próbował wypłynąć na pełne morze?
– Uwaga! – zawołał jeszcze. – Pilnujcie żagla!
W tej chwili wszyscy wydali okrzyk. Nie był to jednak okrzyk zgrozy.

Między dwiema skalistemi ścianami ukazała się wyrwa około czterdziestu stóp szeroka. Była ona jeśli nie ratunkiem, to w każdym razie schronieniem. Dobryna kierowana wprawną dłonią porucznika Prokopa, pchana przez wiatr i fale, wcisnęła się w zbawczą szczelinę…
Kto wie, czy uda jej się stamtąd wydostać?
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |