This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/I/13
| ←Rozdział XII | Hector Servadac Część I. Rozdział XIII. written by Juliusz Verne |
Rozdział XIV→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym jest mowa o brygadjerze Murphy, majorze Oliphant, kapralu Pimie i o pocisku znikającym poza linją horyzontu.
Biorę pańskiego laufra! – rzekł brygadjer Murphy, decydując się wreszcie po dwóch dniach wahania na ten śmiały krok.
– Trudno. Nie mogę temu, niestety, przeszkodzić – odparł major Oliphant, wpatrzony w szachownicę.
Działo się to, według dawnego kalendarza, rankiem 17-go lutego, i cały dzień upłynął zanim major Oliphant odpowiedział na cios brygadjera Murphy.
Należy zaznaczyć, że ta partja szachów ciągnęła się już cztery miesiące i że w ciągu tego czasu przeciwnicy wymienili zaledwie dwadzieścia posunięć. Obaj zresztą należeli do szkoły światłego Philidora, według którego dobry gracz rozumie, że duszą gry są pionki i o te wątłe pionki gotów jest kopję kruszyć. To też o każdy pionek toczyła się walka zacięta.
Zarówno brygadjer Murphy, jak i major Oliphant, nie należeli do ludzi lekkomyślnych. Postępowanie ich cechował stale umiar i głębsza refleksja. Byli to czcigodni oficerowie angielscy, którzy spotkawszy się przypadkowo na odległej placówce, skracali sobie czas grą w szachy. Mężczyźni czterdziestoletni, rudzi, starannie wygoleni, zawsze w mundurach, obaj flegmatyczni, obaj dumni ze swego pochodzenia i wrogo usposobieni względem wszystkiego, co nie było angielskie. Twierdzili z uporem, że rasa anglosaska z innej, niż pozostałe narody, ulepiona jest gliny. Były to być może żywe manekiny, ale w każdym razie manekiny, wywiązujące się świetnie ze swych obowiązków. Anglicy tego pokroju czują się wszędzie jak u siebie, nawet gdy los rzuci ich na tysiące mil od kraju. Kolonizacja jest ich specjalnością i osiedliliby się nawet na księżycu, gdyby tylko mieli możność zatknięcia tam swego sztandaru narodowego.
Kataklizm, który odczuła tak dotkliwie część globu ziemskiego, nie wyprowadził z równowagi majora Oliphanta, ani jego przyjaciela, brygadjera Murphy. Znaleźli się w okamgnieniu odcięci od garnizonu, na malutkiej oderwanej od skalistego lądu wysepce. Z kilkuset oficerów i żołnierzy na posterunku pozostali tylko we dwóch na czele jedenastu żołnierzy.
– Och! – westchnął major. – Oto naprawdę sytuacja wyjątkowa.
– Wyjątkowa, istotnie! Zgodził się brygadjer.
– Ale Anglja nie zginęła!
– Rzecz prosta!
– I wyśle po nas swoje okręty?
– Niewątpliwie!
– A zatem trwajmy na naszej placówce.
– Yes!
Zresztą innego wyjścia nie było. Trudno bowiem myśleć o opuszczeniu wysepki, gdy się rozporządza tylko jedną łódką na wiosła. Oczekiwali zatem z największą flegmą, wraz z dziesięciu żołnierzami i służącym Kirke, nowin z ojczyzny.
W żywność byli zaopatrzeni obficie. Dla trzynastu żołądków, zważywszy nawet, że były to żołądki angielskie, starczyłoby jadła na dziesięć lat zgórą.
A gdy solona wieprzowina, mocne piwo i brandy są na miejscu, Anglicy mówią „all-right” i są zadowoleni.
Fenomeny fizyczne, jako to zmiany stron świata, zmniejszenie siły ciężkości, odchylenie osi obrotu, skrócone dzień i noc, nowa orbita naszej planety we wszechświecie nie zaprzątały zbytnio ich umysłów. Poprzestali na skonstatowaniu faktów.
Brygadjer i major ustawili na szachownicy poprzewracane wskutek wstrząsu pionki i zasiedli z flegmą do trwającej już długie tygodnie gry.
Z obawy, by lżejsze obecnie laufry, konie i pionki, a zwłaszcza chwiejni z powodu swej wysokości królowie i królowe, nie wywracały się na szachownicy, zabezpieczyli jak najstaranniej swą małą armję z kości słoniowej.
Wspomnieliśmy wyżej, iż żaden z dziesięciu żołnierzy nie interesował się zbytnio kosmicznemi fenomenami. Gwoli sprawiedliwości dodać jednakże należy, iż jeden z tych fenomenów wywołał protesty z ich strony.
W trzy dni po katastrofie kapral Pim, jako wysłannik ogółu, prosił oficerów o posłuchanie.
Uzyskawszy audjencję, weszli do pokoju brygadjera Murphy. Salutując służbiście, wyciągnięty jak struna, Pim czekał wpatrzony w przełożonych.
Oficerowie przerwali partję.

– Czego chce kapral Pim? – zapytał brygadjer Murphy, unosząc z godnością głowę z nad szachownicy.
– Pragnę zwrócić uwagę panu brygadjerowi na sprawę żołdu moich ludzi – odpowiedział kapral Pim – panu majorowi zaś na ich wyżywienie.
– Mów – zgodził się Murphy, przytakując skinieniem głowy.
– Chciałbym zapytać, czy teraz, gdy dzień stał się o połowę krótszy, żołd nasz zostanie zmniejszony o połowę?
Brygadjer Murphy, zaskoczony znienacka, zastanowił się chwilę, ale wyraz jego twarzy zdawał się świadczyć, że uważał uwagę kaprala za słuszną. Poczem, zamieniwszy spojrzenie z majorem Oliphant, rzekł:
– Kapralu Pim, żołd wasz jest kalkulowany niezależnie od ilości godzin, jakie upływają między wschodem i zachodem słońca i zostanie takim, jakim był dawniej. Anglję stać jeszcze na to, aby opłacać swych żołnierzy!
Był to, zdaniem brygadjera, bardzo zręczny komplement pod adresem armji i honoru Anglji.
Dziesięć głosów odpowiedziało „hurrah”, co w sumie jednak nie wypadło głośniej od zwykłego „dziękuję”.
Kapral Pim zwrócił się zkolei w stronę majora Oliphant.
– Niech kapral przystąpi do drugiej sprawy – rzekł major, przyglądając się podwładnemu.
– Chciałem zapytać pana majora, czy mamy prawo, jak dawniej, do czterech posiłków dziennie, czy też tylko do dwóch!
Major pomyślał chwileczkę, spojrzał na brygadjera, a wzrok jego wyrażał uznanie dla logiki i zdrowego rozsądku kaprala.
– Kapralu – rzekł – fenomeny fizyczne nie są w stanie zmienić wojskowego regulaminu. Należy, jak dawniej, wydzielać po cztery posiłki dziennie w przerwach półtoragodzinnych. Anglję stać na dostosowanie praw wszechświata do regulaminu – dodał z ukłonem w stronę brygadjera Murphy, szczęśliwy, iż udało mu się tak zręcznie pójść w jego mądre ślady.
– Hurrah! – odpowiedzieli żołnierze, akcentując nieco silniej tę powtórną manifestację radości.
Poczem, odwróciwszy się na piętach, opuścili, prowadzeni przez kaprala Pima, pokój oficerów, którzy natychmiast przystąpili do przerwanej gry.
Ludzie ci mieli rację, licząc na swą ojczyznę, gdyż Anglja nie zapomina nigdy o swych obywatelach. Tym razem jednak widocznie zajęta była czem innem, gdyż tak cierpliwie wyglądana pomoc wciąż jeszcze nie przybywała. Być może zresztą, że w północnej Europie nie wiedzą nic o tem, co się stało na południu.
Tymczasem od owej pamiętnej nocy 31-go grudnia upłynęło czterdzieści dziewięć dawnych 24-godzinnych dni i żaden statek nie ukazał się dotąd na horyzoncie. Ta dawniej tak uczęszczana część morza była niezmiernie pusta i wyludniona. Ale oficerowie i żołnierze, pełni ufności i dobrej wiary, nie byli zniecierpliwieni, ani nawet zdziwieni. Spełniali swe obowiązki jak dawniej, warty zmieniały się regularnie. Regularnie również brygadjer z majorem odbywali przegląd „wojsk”. Żołnierze tyli z dnia na dzień, a jeśli oficerowie uniknęli ich losu, to stało się to tylko przez wzgląd na mundury, których nie chcieli kompromitować zbytnią rozlewnością kształtów.
Tych wszystkich, którzy zginęli, wspominali z żalem, ale i z iście brytyjskim spokojem. Wiedząc, iż z tysiąca ośmiuset dziewięćdziesięciu pięciu ludzi pozostało tylko trzynastu, z łatwością obliczyli, iż brakuje tysiąca ośmiuset osiemdziesięciu dwóch, co też zostało uwzględnione w raporcie.
Powiedziano w nim, iż zajęta przez trzynastu Anglików wysepka, pozostałość olbrzymiego skalistego lądu, wznoszącego się do wysokości dwustu tysięcy czterystu metrów ponad poziom morza, jest jedynym stałym punktem na bezkresnym obszarze wód. Była to wiadomość nieścisła. W odległości bowiem dwudziestu kilometrów na południe wznosiła się inna wysepka, bardzo do niej podobna. I ona ocalała podczas katastrofy i osiadła na morzu, jako pozostałość łańcucha górskiego.
Między dwoma posunięciami figur na szachownicy oficerowie angielscy usiłowali rozwiązać zagadkę, czy druga wysepka jest opuszczona, czy też schronili się na niej jacyś ocaleni v czasie katastrofy rozbitkowie? Wyświetlenie tej sprawy wydało im się tak ważne, iż któregoś dnia, korzystając z pięknej pogody, dosiedli łódki, przebyli przestrzeń dzielącą obie wysepki i wrócili dopiero po trzydziestu sześciu godzinach.
Czy kierowało nimi uczucie czysto ludzkie? Czy też jakiś interes odmiennej natury? Nie podzielili się z nikim wrażeniami z wycieczki, nie dowiedział się niczego nawet kapral Pim. Czy wyspa była zamieszkana, tego kapral nie wiedział. W każdym razie oficerowie jak pojechali, tak wrócili sami. Milczenie ich było widać wymowne, gdyż kapral Pim wywnioskował, że byli zadowoleni z wyprawy. Major Oliphant przygotował wielką kopertę z podpisem brygadjera Murphy i pieczęcią 33-go pułku, zaadresowaną do admirała Fairfasa, pierwszego lorda Admiralicji Zjednoczonego Królestwa.
Koperta ta miała być doręczona na pokład pierwszego dojrzanego okrętu.
Niestety jednak, żaden okręt się nie zjawiał i wciąż jeszcze brak było nici porozumienia między metropolją i wysepką. Tak nadszedł dzień 18-ty lutego.
Tego dnia rankiem budząc się brygadjer Murphy zwrócił się do majora Oliphanta.
– Dzień dzisiejszy świętują wszyscy prawdziwi Anglicy.
– I słusznie, gdyż jest to dzień wielkiego narodowego święta – odparł major.
– Przypuszczani – podjął na nowo brygadjer – że wyjątkowe okoliczności nie powinny nam przeszkodzić w obchodzie królewskiej rocznicy.
– I ja jestem tego zdania – brzmiała zgodna odpowiedź majora.
– Widocznie Jej Wysokość nie uznał za właściwe porozumieć się z nami, skoro nie uczynił tego do tej pory.
– Zapewne.
– Szklaneczkę porteru, majorze?
– Z przyjemnością, brygadjerze.
– A teraz – dodał brygadjer, napiwszy się ulubionego trunku – przystąpimy do obchodu zgodnie z tradycją i regulaminem.
– Ściśle według regulaminu! – odparł major Oliphant.
Wezwano kaprala Pinia, który zjawił się niezwłocznie, oblizując się jeszcze po dopiero co spożytej porcji brandy.
– Kapralu Pim – rzekł uroczyście brygadjer – mamy dziś według dawnego brytyjskiego kalendarza 18-tego lutego.
– Tak jest, panie brygadjerze – odparł kapral – jest to dzień królewskich urodzin.
– Kapralu Pim – ciągnął brygadjer – dacie dwadzieścia jeden przepisowych strzałów armatnich.
– Rozkaz, panie brygadjerze!
– Pilnujcie, w miarę możności – dodał jeszcze brygadjer – aby nie było jakiegoś wypadku.
W miarę możności – powtórzył kapral, nie chcąc się angażować więcej, niż było konieczne.

Z licznych dział, broniących ongiś fortu, pozostała tylko jedna, wielka dwudziestosiedmiocentymetrowa haubica. Była to olbrzymia machina, ale w braku mniejszej trzeba było jej użyć do strzelania na wiwat.
Uprzedziwszy żołnierzy, kapral Pim udał się do miejsca, gdzie zamknięte wśród skał stało opancerzone działo. Sprowadził potrzebną ilość nabojów; strzelać miano, rzecz prosta, ślepemi nabojami.
Brygadjer Murphy i major Oliphant w galowych mundurach i kapeluszach z piórami mieli asystować przy wiwatach.
Niebawem potężne detonacje rozległy się wśród skał.
Kapral Pim postępował z całą ostrożnością, aby uniknąć wypadku.
Dodać należy, że na skutek mniejszej gęstości powietrza, wstrząsy powodowane wystrzałami były słabe, a co zatem idzie w detonacji nie tak ogłuszające, jak sześć tygodni temu.
Fakt ten drażnił oficerów. Ani śladu echa, które suchy trzask strzału zmieniało w huk grzmotu, ani śladu majestatycznych odgłosów, rozchodzących się drogą powietrzną w odległe bardzo strony. Każdy zrozumie, że ambicja obu Anglików, pragnących uczcić swego monarchę, była nieco podrażniona.
Dano już dwadzieścia wystrzałów.
W chwili, gdy ładowano po raz dwudziesty pierwszy ślepy nabój, brygadjer Murphy zatrzymał gestem obsługę działa.
– Załóżcie prawdziwy pocisk – powiedział – ciekaw jestem, jaka jest obecnie nośność armaty.
Niepodobna było nawet przy pomocy lunety stwierdzić miejsca upadku pocisku. Zginął on daleko za linją horyzontu.
– Przeszło trzy mile – rzekł brygadjer.
– Przeszło… tak jest… naturalnie! – odparł major. – I… czyżby to było złudzeniem! Działu angielskiemu odpowiedziało słabe echo z oddali.
Obaj oficerowie i żołnierze nadstawili uszu, nie chcąc stracić ani jednego dźwięku.
Odgłosy trzech kolejnych strzałów rozległy się z tej samej strony.
– Statek! – rzekł wreszcie brygadjer. – A jeśli statek, to napewno angielski.
Po upływie pół godziny dwa maszty okrętowe zamajaczyły na horyzoncie.
Anglja odnajduje swych synów! – rzekł brygadjer Murphy, nieomylnym tonem człowieka, który przewidział wszystkie okoliczności.
– Poznała odgłos naszego działa – dodał major Oliphant.
– Byleby tylko nasze działo nie dosięgło okrętu – mruczał na stronie kapral Pim.
W pół godziny później kadłub statku widoczny był już gołem okiem.
Długa smuga czarnego dymu wskazywała, że był to parowiec. Wkrótce rozpoznano jachcik parowy, zmierzający wyraźnie w stronę wyspy. Flaga powiewała na dziobie stateczku, ale trudno jeszcze było odróżnić jej barwy. Murphy i Oliphant nie spuszczali jachtu z oczu, pragnęli czem prędzej poznać jego banderę.
Wtem jednocześnie, i rzec można automatycznie, obie ręce trzymające lunety opadły, a oficerowie, patrząc na siebie pełnemi zdumienia oczami, rzekli:
– Rosyjska flaga!…
Istotnie, na dziobie powiewała rosyjska bandera, na białem tle niebieski krzyż.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |