This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/14

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział XIII Hector Servadac • Część I. Rozdział XIV. • written by Juliusz Verne Rozdział XV→
←Rozdział XIII Hector Servadac
Część I. Rozdział XIV.
written by Juliusz Verne
Rozdział XV→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XIV,
daje wyraz naprężeniu stosunków międzynarodowych i prowadzi ku nieporozumieniom geograficznym.


Jachcik zbliżał się szybko ku wyspie i Anglicy odczytali już na jego dziobie napis Dobryna.

W południowej części wybrzeża, wśród załamów skał, była mała zatoczka, wystarczająca jednak dla Dobryny. W niej jachcik zarzucił kotwicę i wkrótce łódź na dwie pary wioseł przywiozła do brzegu hrabiego Timaszewa i Hectora Servadac’a.

Z powagą i namaszczeniem oczekiwali ich sztywni oficerowie angielscy.

Pierwszy odezwał się impetyczny z natury Hector Servadac.

– Witajcie! – zawołał. – Chwała Bogu, że i wy, panowie, ocaleliście w czasie katastrofy! Czujemy się szczęśliwi, mogąc uścisnąć wasze prawice!

Brygadjer Murphy i major Oliphant nie postąpili ani kroku naprzód, nie wykonali nawet żadnego zachęcającego gestu.

– Czy macie, panowie – ciągnął Hector Servadac, nie dostrzegając nawet ich wspaniałej powagi – wiadomości z Francji, Rosji, Anglji, z całej wogóle Europy! Czy komunikujecie się z krajem? Czy macie…

– Z kim mamy zaszczyt mówić! – zapytał brygadjer Murphy, zwracając się zlekka w stronę przybyłych.

– To prawda – rzekł kapitan Servadac, wzruszając zlekka ramionami – zapomnieliśmy o wzajemnej prezentacji.

Poczem, zwracając się do swego towarzysza, którego powściągliwość równała się prawie angielskiemu spokojowi oficerów, rzekł:

– Hrabia Wasyl Timaszew.

– Major John Tempie Oliphant – przedstawił brygadjer swego kolegę.

Rosjanin i Anglik zamienili ukłony.

– Kapitan sztabu generalnego, Hector Servadac – powiedział zkolei hrabia Timaszew.

– Brygadjer Hénage Finch Murphy – sprezentował z powagą major Oliphant.

Ponowna wymiana ukłonów. Prawom etykiety stało się zadość. Teraz już można było rozmawiać. Rzecz prosta, iż cała powyższa wymiana słów odbyła się w języku francuskim, którym władali zarówno Anglicy, jak Rosjanie. Brygadjer Murphy skinął ręką i poprowadził całe towarzystwo do pokoju, który zajmował wraz z zamykającym w tej chwili pochód majorem Oliphant. Pokój urządzony był wygodnie a nawet z pewnym komfortem, chociaż był to właściwie rodzaj kazamaty, wydrążonej w skale. Wszyscy zajęli miejsca i teraz dopiero rozmowa miała się potoczyć normalnym torem.

Hector Servadac rozdrażniony tylu ceremonjami ustąpił głosu hrabiemu, który domyślając się nie bez słuszności, że Anglicy zignorowali pytania zadane przed prezentacją, rozpoczął rzecz ab ovo.

– Niewątpliwie wiedzą panowie – zaczął – że w nocy z 31-go grudnia na 1-y stycznia wstrząsnął światem kataklizm, którego rozmiar i przyczyny nie są nam jeszcze znane. Sądząc z niewielkiej wysepki, która pozostała z całego znanego panom terenu, musieliście katastrofę tę odczuć dotkliwie na własnej skórze.

Obaj Anglicy skłonili zlekka głowy na znak aprobaty.

– Mój towarzysz, kapitan Servadac – ciągnął hrabia – srodze ucierpiał z tego tytułu. Pracował on jako oficer sztabu generalnego w Algerze…

– Kolonja francuska, o ile mnie pamięć nie myli! – spytał major Oliphant, przymykając oczy.

– Kraj rdzennie francuski – padła sucha odpowiedź kapitana Servadac’a.

– Miał stanowisko przy ujściu rzeki Szeliw – kontynuował z flegmą hrabia. – Tam to, owej nocy tragicznej, część lądu afrykańskiego przekształciła się w wyspę, reszta zaś zginęła zupełnie z powierzchni ziemi.

– Hm! – zdobył się na słaby wyraz zdziwienia brygadjer Murphy.

– Czy wolno zapytać – wtrącił major Oliphant – gdzie pan hrabia przebywał owej fatalnej nocy?

– Na morzu, na pokładzie mego jachtu, i poczytuję to za cud, że wyszliśmy z tej awantury zdrowi na duchu i ciele.

– Zechce pan przyjąć nasze szczere gratulacje, hrabio – wtrącił brygadjer Murphy.

Hrabia ciągnął dalej swe opowiadanie:

– Przypadek skierował mnie ku wybrzeżom Algeru, gdzie spotkałem na nowoutworzonej wysepce kapitana Servadac’a i jego ordynansa Ben-Zoufa.

– Ben…? – powtórzył major Oliphant.

– Zouf! – huknął na całe gardło Hector Servadac, jakgdyby chciał sobie ulżyć tym okrzykiem.

– Kapitan Servadac – podjął hrabia – spragniony był nowin, siadł więc na pokład Dobryny. Skierowaliśmy się na wschód celem zbadania, co pozostało z kolonji Algeru… Niestety, nie pozostało nic.

Brygadjer Murphy wydął z lekceważeniem wargi, jakgdyby chciał powiedzieć, że kolonja, przez to samo, że była kolonją francuską, nie mogła być trwała.

Hector Servadac zerwał się już z miejsca, aby cios odparować, ale w porę się pohamował.

– Panowie – rzekł hrabia Timaszew – rozmiary klęski są olbrzymie. Na całym południowym obszarze morza Śródziemnego nie spotkaliśmy śladu dawnych terytorjów. Alger i Tunis zniknęły z powierzchni ziemi. Natrafiliśmy tylko na skałę z grobowcem króla Francji…

– Ludwik IX, o ile mi się zdaje – zagadnął brygadjer.

– Bardziej znany pod nazwą Ludwika Świętego – odciął kapitan Servadac, na co brygadjer Murphy uśmiechnął się pobłażliwie.

Hrabia Timaszew opowiedział w dalszym ciągu o podróży na południe aż po zatokę Gabes i o nowym lądzie, ciągnącym się na północ, aż po dawną Maltę.

– I ta wyspa angielska Malta – pośpieszył dodać kapitan Servadac – z miastem, fortami, żołnierzami, oficerami i gubernatorem poszła wślad za Algerem i zginęła w niezgłębionych czeluściach ziemi.

Czoła oficerów angielskich zachmurzyły się na mgnienie, ale po chwili już rozpogodziły się, a w oczach zamigotała nieufność.

– To istny potop, to nie do wiary! – zauważył brygadjer Murphy.

– Dlaczego? – zapytał kapitan Servadac.

– Malta jest wyspą angielską… – odparł major Oliphant – i jako taka…

– Zginęła równie dobrze, jakgdyby była chińską! – wyciął kapitan Servadac.

– Może pomylili się panowie co do położenia geograficznego?

– Nie, panowie – rzekł hrabia Timaszew – wszelkie pomyłki są wykluczone, musimy uznać fakty i uwierzyć, że katastrofa nie oszczędziła i Anglji. Zniknięcie Malty to tylko szczegół, ale czy uwierzycie, panowie, że nowy kontynent zamknął od północy dostęp do morza Śródziemnego? Gdyby nie jedna jedyna szczelina wśród skał, nigdy nie dotarlibyśmy do was. Jest więc, niestety, stwierdzone, że nietylko z Malty, ale i z pozostających od pewnego czasu pod protektoratem Anglji wysp Jońskich niewiele pozostało.

– I przypuszczam – dorzucił kapitan Servadac – że wysoki komisarz, a zwierzchnik panów, który tam rezydował, bynajmniej nie jest zadowolony z wyników katastrofy.

– Wysoki komisarz, nasz szef? – powtórzył brygadjer Murphy, z miną człowieka nierozumiejącego, co do niego mówią.

– Podobnie i los Korfu nie nastręcza powodu do powinszowań – ciągnął kapitan Servadac.

– Korfu?.. – powtórzył major Oliphant. – Czy pan kapitan powiedział istotnie Korfu?

– Tak jest! Kor-fu – odparł Servadac.

Oficerowie angielscy zaniemówili ze zdziwienia. Ale zdumienie ich doszło do zenitu, kiedy hrabia Timaszew zapytał, czy mieli ostatnio jaką wiadomość z Anglji, bądź przez statek, bądź drogą kablową.

– Nie, hrabio, kable są zerwane – wyjaśnił brygadjer Murphy.

– A czy nie starali się panowie porozumieć zapomocą telegrafu włoskiego!

– Włoskiego? – zdziwił się major Oliphant – chciał pan pewnie powiedzieć hiszpańskiego!

– Wszystko jedno, włoski, czy hiszpański – gorączkował się kapitan Servadac – chodzi o to, czy komunikują się panowie z metropolją?

– Nie mamy żadnych wiadomości – odparł brygadjer Murphy. Ale jesteśmy zupełnie spokojni, sytuacja ta nie może trwać zbyt długo. Wszak na lądzie tym powiewa chorągiew angielska.

– Bah! – wydął wargi kapitan Servadac. – Ponieważ po katastrofie podobało wam się zatknąć tu chorągiew.

– Była tu i przedtem.

– Na dowód zwierzchnictwa, a nie własności.

– Zwierzchnictwa? – krzyknęli chórem oficerowie.

– Panowie – mówił, tupiąc nogą, Hector Servadac – ta skała jest jedyną pozostałością wyspy, będącej tylko pod protektoratem Anglji!

– Wyspy?! – zaoponował poruszony do żywego brygadjer Murphy, chcąc wzrokiem zmiażdżyć przeciwnika.

– A i ten protektorat – ciągnął kapitan Servadac – dziesięciokrotnie tracony i zyskiwany na nowo, jest natury dość problematycznej. Przywłaszczyliście sobie niesłusznie prawo zwierzchnictwa nad wyspami Jońskiemi!

– Nad wyspami Jońskiemi… – zawołał major Oliphant.

– I tu, na Korfu!…

– Korfu?!

Osłupienie obu Anglików było tak wielkie, że niebiorący dotychczas udziału w dyskusji hrabia postanowił, chociaż podzielał w zupełności zdanie oficera sztabu generalnego, swoją interwencją spór załagodzić. Wpadł mu jednak w słowo brygadjer Murphy, który znacznie już spokojniej zwrócił się do kapitana Servadac’a.

– Jest pan w błędzie, panie kapitanie – mówił – dlatego też postaram się czem prędzej wyjaśnić, na czem nasze nieporozumienie polega. Jesteśmy tu na terytorjum, które od roku 1704-go należy prawnie do Anglji. Prawo to potwierdza traktat utrechcki. Prawdą jest, że kilkakrotnie w latach 1727, 1779 i 1782 Francja i Hiszpanja starały się, bezskutecznie jednakże, prawo to obalić. Skała, na której jesteśmy, jest więc równie angielska, jak plac Trafalgar w Londynie.

– Czyż nie jesteśmy na Korfu? – pytał zdziwiony niepomiernie hrabia.

– Nie, proszę panów – odparł brygadjer Murphy – jesteśmy w Gibraltarze.

Gibraltar! To słowo, jak grom z jasnego nieba, ogłuszyło hrabiego i kapitana Servadac‘a. Byli pewni, że są na Korfu, wschodnim krańcu morza Śródziemnego, a tymczasem okazało się, że zabrnęli na kraniec zachodni, do Gibraltaru, chociaż Dobryna w ciągu całej podróży nie cofała się ani razu.

Stali więc przed nową, wymagająca rozwiązania zagadką. Hrabia Timaszew rozpoczął właśnie analizę tego doniosłego i zagadkowego wypadku, gdy wtem jakieś krzyki skierowały jego uwagę w inną stronę. Odwrócił się i ku największemu zdumieniu ujrzał załogę Dobryny, zmagającą się z angielskimi żołnierzami.

Powodem zatargu była gorąca wymiana zdań między marynarzem Panefką i kapralem Pimem na temat wystrzelonego z działa granatu, który zdruzgotawszy maszt jachtu, przetrącił jednocześnie fajkę i zadrasnął przydługi nos Panefki.

Podczas więc, gdy hrabia Timaszew i Hector Servadac nie mogli dojść do porozumienia z oficerami angielskimi, marynarze z Dobryny omal nie pobili się z załogą wyspy.

Major Oliphant tłumaczył kapitanowi, który, rzecz prosta, ujął się za Panefką, iż Anglja nie odpowiada za te pociski, że cała wina spada na marynarza rosyjskiego, który podczas strzału stał w niewłaściwem miejscu, że wreszcie, gdyby miał nos krótszy, nicby mu się nie stało i t. d. i t. d.

Spokojny dotąd hrabia Timaszew rozgniewał się nie na żarty i, wymieniwszy kilka ostrych słów z oficerami angielskimi, kazał załodze natychmiast wracać na pokład.

– Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze – żegnał Hector Servadac Anglików.

– Zawsze do usług – odparł major Oliphant.

Wobec nowego fenomenu geograficznego, który lokował Gibraltar tam, gdzie powinno było znajdować się Korfu, hrabiemu i kapitanowi zaświeciła nadzieja dotarcia do Europy, i, co zatem idzie, do krajów ojczystych.

Dlatego też Dobryna zaczęła się natychmiast szykować do drogi, po upływie zaś dwóch godzin pasażerom jej zniknęły zupełnie z oczu szczątki dawnego Gibraltaru.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top