This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/I/20
| ←Rozdział XIX | Hector Servadac Część I. Rozdział XX. written by Juliusz Verne |
Rozdział XXI→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
w którym baczne oko obserwatora dostrzega płonący punkcik na horyzoncie.
Nazajutrz, nie pytając już o zdanie Hakhabuta, przeprowadzono Hanzę do portu. Żyd nie sprzeciwiał się zresztą, żywiąc w głębi duszy nadzieję, że uda mu się przecież wkrótce dostać do Algeru. Nie chciał się jednak ruszyć z pokładu i fantazję tę uwzględniono, zważywszy, że i marynarze rosyjscy mieszkali dotąd jeszcze na jachcie. Reszta towarzystwa zainstalowała się w zrujnowanym budynku dawnej poczty, który przylegał do kwatery Servadac’a. Jednakże statki, zarówno jak i budynki, mogły być traktowane tylko jako mieszkania prowizoryczne.
Ciągły i regularny spadek temperatury kazał myśleć poważnie o schronisku na zimę, o schronisku oczywiście ciepłem, gdyż o opalaniu z powodu braku paliwa nie mogło być nawet mowy.

Jedynem wyjściem z tych trudności dla mieszkańców wysepki mogło być tylko zamieszkanie pod ziemią. Przystąpiono też niezwłocznie do rozbijania zmarzniętej skorupy. Przykre rozczarowanie czekało jednak robotników i prowadzącego roboty inżyniera, kapitana Servadac’a. Już bowiem na głębokości ośmiu stóp natrafiono na twardą opokę, której żadne narzędzia przebić nie były w stanie.
Kapitan Servadac i hrabia Timaszew poznali tę samą skałę, która stanowiła wybrzeże i dno morza Galijskiego. Nie było sposobu jej skruszyć. Twardsza była od granitu i nabój prochowy zapewneby jej nie rozsadził. Ustąpiłaby chyba przed dynamitem. Rozpoczynano pracę w przeróżnych punktach wysepki, wszędzie z tym samym rezultatem, a raczej bez rezultatu.
Czas naglił. Tarcza słoneczna zmniejszała się w oczach i mróz stawał się coraz dotkliwszy.

Kapitan Servadac i hrabia, dosiadłszy Zefira i Galetty, przebiegali wysepkę wszerz i wzdłuż, szukając jakiejś mieszkalnej kryjówki. Konie mknęły, jakgdyby przypięto im skrzydła. Daremne jednak były wszelkie poszukiwania. Należało zrezygnować z mieszkania pod ziemią.
Wobec tego zdecydowano przezimować w budynku, ochraniając go, jak się da najlepiej, od wpływów zewnętrznych. Kapitan rozkazał pościnać drzewa, rosnące na wyspie. Nie było czasu na wahania. Przystąpiono natychmiast do pracy. A jednak kapitan Servadac i jego towarzysze wiedzieli, że to nie może wystarczyć. Paliwo wyczerpie się prędko. Co wówczas będzie dalej? Oficer sztabu generalnego zdenerwowany w najwyższym stopniu, choć zewnętrznie spokojny, biegał po wyspie, powtarzając: Dajcie mi jakąś myśl. Jakiś pomysł zbawienny! Tymczasem sama natura przygotowała kolonistom kryjówkę, jakiej im było trzeba. Oto w jakich warunkach dowiedzieli się o niej.
Było to dnia 10-go marca. Kapitan Sarvadac i porucznik Prokop zwiedzali południowo-zachodni cypel wysepki, rozprawiając na temat niespodzianek przyszłości! W pewnej chwili porucznik Prokop podniósł rękę do oczu, wytężył wzrok i uparcie wpatrywał się w jakiś punkt w kierunku południowym.
– Nie, nie mylę się stanowczo! – zawołał wreszcie. – Wyraźnie widzę tam woddali jakieś światełko!
– Światełko?
– Tak jest.
– Istotnie – zgodził się kapitan Servadac, wpatrzywszy się w punkt, wskazany przez porucznika.
Fakt był niezaprzeczalny. Woddali migotało światełko, odcinając się coraz jaskrawiej na tle zapadającej nocy.
– Czyżby to był statek? – spytał kapitan Servadac.
– Chyba statek płonący – brzmiała odpowiedź porucznika – gdyż żaden sygnał świetlny nie może być widoczny z takiej odległości.
– Poza tem – dorzucił kapitan Servadac – to światło nie porusza się wcale, na tle mgły widać wyraźną łunę.
Obaj obserwatorzy natężali wzrok przez kilka chwil jeszcze. Wtem myśl, jak błyskawica, przeszyła mózg kapitana Servadac’a.

– Wulkan! – zawołał. – To musi być wulkan, który minęliśmy w czasie naszej podróży po morzu!
I jakby w natchnieniu dodał:
– Poruczniku, tam jest kryjówka jakiej szukamy! Tam jest mieszkanie, które przygotowała nam sama natura! Tak jest! Potrafimy wyzyskać ten niewyczerpany i płonący strumień lawy! O, poruczniku, los najwidoczniej opiekuje się nami! Jutro musimy być tam i zbadać wszystko na miejscu! Musimy odzyskać ciepło i życie!
Podczas tej entuzjastycznej przemowy kapitana Servadac’a, porucznik Prokop starał się coś sobie przypomnieć.
– Ma pan rację – odezwał się wreszcie – to jest napewno wulkan. Zaraz jutro musimy mu się przyjrzeć zbliska.
Kapitan i porucznik zawrócili do domu. Obserwacjami swemi podzielili się tylko z hrabią. Nazajutrz mała łódź motorowa, należąca do Dobryny, unosiła wszystkich troje ku domniemanemu wulkanowi. W zastępstwie kapitana rządy na wysepce sprawować miał Ben-Zouf, co napawało go, rzecz prosta, dumą nielada.
Przestrzeń trzydziestu kilometrów przebyto w ciągu trzech godzin. Wówczas wierzchołek wzgórza ukazał się, jak na dłoni, cały w płomieniach.
Motorówka posuwała się wzdłuż brzegu, szukając odpowiedniego miejsca do zarzucenia kotwicy. Zatrzymano się wreszcie w małej otoczonej skałami zatoczce, która mogła być w przyszłości świetną przystanią dla Dobryny i Hanzy.
Wysiedli i kierując się w stronę, w której z hukiem spływały ku morzu potoki lawy, skonstatowali z przyjemnością znaczny wzrost temperatury. Może urzeczywistnią się nadzieje kapitana! Może znajdą w tej olbrzymiej górze jakieś mieszkalne groty, które uratują Galijczyków od najgroźniejszego z czyhających niebezpieczeństw! Chodzili, badali, szukali. Trud ich nie poszedł na marne.

Za wielkim odłamem skały, której szczyt jak piramida wystrzelał ku niebu, znaleźli rodzaj galerji, na wysokości dwudziestu metrów ponad poziomem morza. Wśliznęli się do wnętrza, badając poomacku ściany ciemnego tunelu. Wzmagający się hałas świadczył wymownie, że znajdowali się wpobliżu głównego krateru. Obawiali się tylko tego, aby jakaś nieprzebyta przeszkoda nie zabarykadowała im drogi.
Pełen wiary w powodzenie wyprawy, kapitan Servadac dodawał otuchy towarzyszom. Temperatura wynosiła już jakieś piętnaście stopni powyżej zera. Ściany galerji były gorące.
– Najwspanialszy w świecie kaloryfer! – wołał zachwycony kapitan Servadac.
Wreszcie olbrzymia jasność oświetliła tunel i oczom przybyszów ukazała się ogromna, zalana światłem pieczara. Temperatura, choć wysoka, była jeszcze możliwa do zniesienia. Czemu jaskinia ta zawdzięczała światło i ciepło? Poprostu strumieniowi lawy, który przepływał u jej wylotu i wpadał, rozlewając się szeroko, do morza. Rzekłbyś, ognista zasłona przesłaniała szeroki otwór pieczary.
– O miłosierne niebo! – wołał kapitan Servadac. – Nie spodziewałem się tak wiele!
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |