This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.
Hector Servadac/I/22
| ←Rozdział XXI | Hector Servadac Część I. Rozdział XXII. written by Juliusz Verne |
Rozdział XXIII→ | |
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek! |
który kończy się ciekawym eksperymentem z dziedziny fizyki rozrywkowej.
Księżyc! Jeśli miał to być księżyc, to czemu wogóle znikał! A jeśli pojawił się na nowo, to skąd wracał? Dotychczas żaden satelita nie towarzyszył Galji w jej ruchu dokoła słońca. Czyżby niewierna Diana opuściła Ziemię i przeszła na służbę nowej asteroidy?
– Nie, to jest niemożliwe – zdecydował porucznik Prokop. – Miljony mil oddzielają nas od Ziemi i księżyc nie przestał krążyć dokoła niej.
– Cóż my możemy o tem sądzić – zauważył kapitan Servadac. – Czyż nie jest możliwe, aby księżyc porzucił Ziemię i został satelitą Galji!
– W takim razie ukazałby nam się już wcześniej, – wtrącił hrabia – nie czekalibyśmy nań tyle miesięcy,
– Na Boga, same cuda dzieją się wokół nas! – dziwował się Servadac.
– Hipoteza pańska – podjął porucznik Prokop – jest nie do przyjęcia.
– Czemu, poruczniku? Któż poręczy, że ta sama siła, która nas oderwała od Ziemi, nie wytrąciła księżyca z orbity.
– Nie, kapitanie, stanowczo nie!
– Nie rozumiem, dlaczego?
– Bo masa Galji jest dużo mniejsza od masy księżyca, wobec czego mogłaby się raczej Galja stać satelitą księżyca.
– Zgadzam się z tem, poruczniku, – odparł kapitan Servadac – ale któż zaręczy, że nie jesteśmy księżycem księżyca, że nie towarzyszymy mu, wytrąconemu ze zwykłej orbity, w podróży międzyplanetarnej?
– Czy bardzo zależy panu na tem, abym i tę teorję obalił?
– Bynajmniej – śmiał się oficer francuski – uczynię to sam. Istotnie, gdyby asteroida nasza była tylko podsatelitą, na półobrotu dookoła księżyca wystarczyłby jej krótszy od trzymiesięcznego okres czasu. I już niejednokrotnie mielibyśmy przyjemność oglądania księżyca.
W czasie tej dyskusji satelita Galji wznosił się szybko ponad linję horyzontu, co już usprawiedliwiało ostatni argument kapitana Servadac’a. Można go było teraz obserwować dokładnie. Lunety rozwiały resztę wątpliwości, nie był to napewno dawny Phoebus nocy ziemskich. Jakkolwiek dużo mniej oddalony od Galji, niż księżyc od Ziemi, satelita ten był znacznie, bo chyba dziesięciokrotnie mniejszy od księżyca. Nie rysowały się też na nim morza, kratery, góry, ani żaden ze szczegółów tak dobrze nam znanych z map księżyca. Czy była to planeta nowa, czy dawniej już znana, trudno było przesądzić.
Pierwsza noc spędzona w nowej siedzibie minęła bez przygód. Od ranka dnia następnego wszyscy przystąpili do regularnych zajęć codziennych. A pracy było wiele.
Między wszystkimi członkami kolonji panowała harmonja i zgoda. Rosjanie zgadzali się z Hiszpanami i zaczynali już mówić po francusku, język ten bowiem przyjęty był jako oficjalny. Kapitan Servadac kształcił młodego Pabla i Ninę, rozrywek zaś dostarczał im Ben-Zouf.

Nie było jeszcze zbyt silnych mrozów, ryzykowano więc niewielkie wycieczki krajoznawcze. Badania terenu w promieniu pięciu do sześciu kilometrów nie wykazały nic poza jałowemi skałami, bez śladu roślinności. Gdzie niegdzie drobne zamarznięte strumyczki, lub zlodowaciałe płaty śniegu świadczyły o istnieniu elementu płynnego. Dokładniejsze pojęcie o całej okolicy wyrobili sobie kapitan Servadac i hrabia, obserwując ją któregoś dnia z wierzchołka wulkanu. Góra ta, o kształcie dość regularnego ściętego stożka, wznosiła się na wysokość dziewięciuset do tysiąca metrów ponad poziom morza. Lawa płynęła z krateru miarowo i spokojnie, bez hałaśliwego impetu, bez kamieni i popiołu, tak charakterystycznych dla innych, zrzadka i gwałtownie wybuchających wulkanów. Wylewała się wolno i prawie bez szmeru, jak woda z cichego, wypełnionego po brzegi jeziora.
Kapitan Servadac uważał tę okoliczność za dobrą i szczęśliwą wróżbę, gdyż pozwalała przypuszczać, że proces wydzielania się lawy ma charakter stały. Najsilniejsze bowiem burze mijają szybko. W danym zaś wypadku ogniste potoki płynęły z taką równomiernością i spokojem, iż źródło ich zdawało się niewyczerpane.
Dzień ten upamiętnił się przez zmianę stanu fizycznego jednego z elementów Galji. Stało się to za sprawą mieszkańców Gorącego Lądu.

Kapitan Servadac zgromadził całą kolonję na jednej z przybrzeżnych skał. Mimo spadku temperatury, morze wciąż jeszcze nie zamarzało. Zjawisko to przypisać należało absolutnej martwocie wód, gdyż najlżejszy nawet wietrzyk nie mącił równej powierzchni morza. W takich warunkach, jak wiadomo, woda może zachować swą płynność nawet przy temperaturze kilka stopni poniżej zera. Najlżejszy impuls wystarczy jednak, aby woda zamieniła się w lód.
Mała Nina i jej przyjaciel Pablo stawili się również na ogólne rendez-vous.
– Malutka – rzekł kapitan Servadac – czy potrafisz rzucić kawałek lodu do morza?
– O, tak! – odparła dziewczynka. – Ale mój przyjaciel Pablo uczyni to znacznie lepiej.
– Spróbuj jednakże – nalegał kapitan, podając dziecku kawałek lodu.
– Uważaj, Pablo! Zobaczysz jaką czarodziejką jest nasza mała Nina.
Nina rozbujała rękę i rzuciła lód na ciche wody… W tej samej chwili dał się słyszeć chrobot kry, rozciągającej się aż poza granice horyzontu. Morze Galijskie pokryło się lodem.
| Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh |