This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/23

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział XXII Hector Servadac • Część I. Rozdział XXIII. • written by Juliusz Verne Rozdział XXIV→
←Rozdział XXII Hector Servadac
Część I. Rozdział XXIII.
written by Juliusz Verne
Rozdział XXIV→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XXIII,
omawia ważne wydarzenia, które wzbudziły popłoch w całej kolonji Galijskiej.


Dnia 23-go marca, w trzy godziny po zachodzie słońca, ukazał się na horyzoncie księżyc i Galijczycy mogli skonstatować, że wchodził już w ostatnią kwadrę.

W przeciągu czterech dni zatem przeszedł od nowiu do pełni, co dowodziło, że miesiąc księżycowy na Galji skrócił się do połowy. W trzy dni później księżyc znikł zupełnie.

– Czy powróci jeszcze? – niepokoił się Ben-Zouf, który jako pierwszy odkrywca satelity specjalnie zainteresowany był jego losem.

W samej rzeczy, po tylu fenomenach kosmicznych wciąż jeszcze niezbadanych i zagadkowych, obserwacje dzielnego Ben-Zoufa nie były bez znaczenia.

26 marca, przy powietrzu bardzo czystem i suchem, termometr spadł do 12 stopni.

W jakiej odległości od słońca znajdowała się wówczas Galja? Jaka drogę przebyła po swej orbicie od daty podanej w dokumencie ostatnio znalezionym w morzu? Żaden mieszkaniec nie mógł na te pytania dać odpowiedzi. Pozorne zmniejszenie tarczy słonecznej nie mogło już być podstawą nawet prowizorycznych obliczeń. Należało tylko żałować, że anonimowy uczony nie przysyłał dalszych swych obserwacyj. Zwłaszcza kapitan Servadac martwił się solennie, że ta jednostronna korespondencja z jego rodakiem, nie przestawał bowiem uczonego uważać za Francuza, urwała się tak prędko.

– Możliwe jest – zwracał się do swych towarzyszy – że nasz astronom pisuje w dalszym ciągu, lecz jego wiadomości nie docierają do naszej wysepki. Teraz, gdy morze zamarzło, możemy się na długo pożegnać z nadzieją otrzymania jakiejkolwiek wieści od tego tajemniczego człowieka.

Morze istotnie było zupełnie pokryte lodem. Przejście ze stanu płynnego w stan stały odbyło się w czasie pięknej pogody, gdy najlżejszy nawet wietrzyk nie mącił spokoju wód galijskich. Stężona powierzchnia była tak gładka i jednolita, że przypominała zamarznięte jezioro, lub staw przeznaczony na ślizgawkę. Żadnej wypukłości, żadnego nabrzmienia, ani jednej szczeliny, lub zmarszczki. Jak okiem sięgnąć, hen poza linję horyzontu ciągnął się gładki, pozbawiony najlżejszej skazy lód.

Jakże inaczej wyglądają morza polarne. Pełno tam gór lodowych, brył nagromadzonych jedne na drugie, z których formują się najkapryśniejsze złomy, niby ruiny zamków średniowiecznych. Pola lodowe nie są tam niczem innem, jak nagromadzeniem różnej wielkości złomów lodu, rumowisk, które mróz utrzymuje w najdziwaczniejszych pozycjach, gór o kruchych podstawach, a jednak przewyższających maszty największych okrętów.

Nic niema stałego na tych oceanach arktycznych, ławice nie są odlewami z bronzu i każdy podmuch wiatru, każda zmiana temperatury natychmiast wprowadza deformację. Feeryczna dekoracja przeobraża się ciągle. Tu przeciwnie, morze Galijskie było jak tafla, stałe, twarde, nieczułe na wszelkie zmiany atmosferyczne. Olbrzymia biała płaszczyzna była jednostajniejsza od piasków Sahary, rozleglejsza od nieprzebytych stepów rosyjskich. Opancerzenie uwięzionych wód morskich twardniało, w miarę spadku temperatury, z dnia na dzień aż po dzień odwilży… Jeśli ta odwilż nastąpi kiedykolwiek!

Rosjanie, obyci z zamarzaniem mórz Północy, patrzyli z podziwem na gładką powłokę galijskich wód. W sercach ich, prócz podziwu, budziła się jednak i radość, gdyż nieskazitelna zmarznięta płaszczyzna nadawała się świetnie na ślizgawkę. Na Dobrynie znalazło się wiele par łyżew, które porozdawano amatorom. Liczba chętnych stale wzrastała. Rosjanie ćwiczyli Hiszpanów i wkrótce w czasie spokojnych, mroźnych dni wszyscy bez wyjątku Galijczycy kreślili piękne piruety na lodzie. Zwinny jak fryga kapitan Servadac nie ustępował już swemu profesorowi, hrabiemu. Mała Nina i Pablo zbierali rzęsiste oklaski. Nawet Ben-Zouf, który, nawiasem mówiąc, ślizgał się już niegdyś na wielkim stawie Montmartre’u, dokonywał cudów zręczności.

Ten rodzaj ćwiczeń higjenicznych i zdrowych stanowił główną rozrywkę mieszkańców Gorącego Lądu. W razie potrzeby mógł stać się również środkiem szybkiej lokomocji. Porucznik Prokop naprzykład, najlepszy łyżwiarz galijski, przebywał niejednokrotnie dziesięciokilometrową odległość Gorącego Lądu od Ostoi w przeciągu dwóch godzin.

– Oto już mamy czem zastąpić kolej żelazną starego świata – rzekł kapitan Servadac. – Ostatecznie łyżwa nie jest niczem innem jak ruchomą szyną, przytwierdzoną do nogi podróżnika.

Tymczasem temperatura stale spadała i termometr wskazywał przeciętnie piętnaście do szesnastu stopni poniżej zera. Wraz z ciepłem zanikało i natężenie światła, jakgdyby coraz to większa część tarczy słonecznej ulegała zaćmieniu. Rodzaj półcienia kładł się na wszystkie przedmioty i smutkiem napełniał oczy patrzących. Wytwarzało to stan przygnębienia moralnego, z którem należało walczyć. Jakże ci wygnańcy ziemscy mieli nie myśleć o pustce i samotni, która ich otaczała, gdy doniedawna tak silnie z życiem byli związani! Jakże zapomnieć, że Ziemia, a z nią cała ludzkość były już o miljony mil odległe od Galji i że odsuwały się codzień jeszcze bardziej? Czyż można było spodziewać się powrotu, skoro ten oderwany od całości blok coraz to dalsze zdobywał przestrzenie międzyplanetarne? Nic nie przemawiało za tem, że Galja nie opuści któregoś pięknego dnia przestrzeni, podległych działaniu słońca, i nie zacznie się poruszać w obrębie jakiejś nowej, nieznanej dotąd gwiazdy. Hrabia Timaszew, kapitan Servadac i porucznik Prokop byli jedynymi członkami kolonji Galijskiej, którzy myśleli o tych możliwościach. Jednak i towarzysze ich, nie przenikając tak głęboko tajemnic przyszłości, też wyczuwali na swój, nieświadomy być może, sposób groźne skutki jedynej, nie mającej podobnej w kronikach świata, sytuacji. Należało więc pomyśleć o rozrywce dla nich i tu właśnie ślizgawka oddała nieocenione usługi.

Skoro mowa o wszystkich mieszkańcach Gorącego Lądu, biorących udział w zbawiennej ślizgawce, należy z pośród nich oczywiście wykluczyć Izaaka Hakhabuta.

Mimo wzrastających wciąż mrozów Hakhabut nie pokazał się więcej od chwili przybycia z wysepki. Zgodnie z surowym zakazem kapitana Servadac’a nikt nie śpieszył odwiedzać go na Hanzie. Jedynie wąski słup dymu, wymykający się przez komin kabiny, wskazywał, że właściciel statku na nim przebywa. Wolał, nie korzystając z ciepła wulkanicznego, opalać jednomasztowiec własnym kosztem, niż opuścić Hanzę choćby na chwilę i podzielić życie ogółu. Któż bowiem w czasie jego nieobecności czuwałby nad cennym ładunkiem?

Poza tem zarówno Hanza jak i Dobryna umieszczone były dzięki staraniom porucznika Prokopa w ten sposób, aby mogły przetrzymać długą i ciężka zimę. Doskonale umocowane w zatokach, ujęte obecnie w żelazne kleszcze lodu, stały zupełnie nieruchomo, Gwoli bezpieczeństwa i na wzór podróżników, zimujących na morzach arktycznych, pod kadłubami statków przerąbano lodową powłokę. W ten sposób zmarznięta masa wód zbierała się pod kiłami okrętów i nie napierała już całą siłą na boki.

Morze Galijskie było teraz zamarznięte na całej przestrzeni i, podczas swej ostatniej bytności na wysepce, porucznik Prokop stwierdził, że pola lodowe ciągnęły się jak daleko wzrok sięgał na północ, wschód i zachód.

Jeden tylko zakątek tego potężnego basenu oparł się mrozom. Był to ów rodzaj malutkiej, umieszczonej u stóp centralnej jaskini, zatoczki, do której wylewała się gładka powłoka rozżarzonej do białości lawy. Tutaj, w obramowaniu skał, woda płynęła zupełnie swobodnie, kryształki lodu, powstałe pod wpływem zimna, natychmiast w cieple topniały. Woda syczała i zamieniała się w parę przy zetknięciu z lawą, ciągłość zaś tego procesu utrzymywała cząsteczki wody w stanie stałego wrzenia. Ten mały odcinek wolnego morza musiał w rybakach wzbudzać nadzieję połowu. Jednakże Ben Zouf osłabiał te zapędy, twierdząc, że „ryby zbyt już są rozgotowane, aby można je było złowić”.

W pierwszych dniach kwietnia niebo się zachmurzyło, nie sprowadzając jednak żadnej zmiany temperatury. Stale i równomiernie wzrastające zimno było niezależne od wilgotności powietrza. Nawet wiatry nie powodowały, jak to się dzieje w podbiegunowych krajach ziemskich, najlżejszych wahań temperatury. Nowa sferoida, oddalając się wciąż od źródła ciepła i światła, szła wytrwale ku zakreślonej przez Fourier’a dolnej granicy temperatur w atmosferze.

Szalały trąby powietrzne i burze, bez śniegu i deszczu, ale zato z wiatrami o nieokiełznanej sile. Wiatry te były groźne ze względu na ich parcie na potok lawy. Należało się obawiać naporu lawy do wnętrza sali ogólnej. Nadto huragan podniecał żarzenie, działając jak olbrzymi miech. Kilkakrotnie, na skutek silnych powiewów, potok przestawał płynąć na chwilę i fala zimnego powietrza wpadała do sali. Ale przerwy te były krótkotrwałe i rzadkie i raczej korzystne, niż szkodliwe dla mieszkańców groty, gdyż odświeżały powietrze. Księżyc ukazał się ponownie pod postacią cieniutkiego sierpa. Wracał więc po ośmiodniowej nieobecności, jak się tego pozwalały spodziewać dotychczasowe obserwacje. Mniej lub więcej uzasadnione obawy, że nie ukaże się już więcej mieszkańcom Galji, zostały zatem ku najwyższej radości Ben-Zoufa rozwiane. Wszystko zdawało się przemawiać za tem, że nic nie zamąci regularności, z jaką księżyc dwa razy miesięcznie odbywał swą drogę wokół Galji,

Wspomnieliśmy już, że od czasu zagłady terenów uprawnych, ptaki, które zabłąkały się w atmosferze galijskiej, gromadnie osiadły na wysepce Ostoi. Miały tam pożywienia poddostatkiem i dlatego całe ich chmary przybyły tu ze wszystkich krańców asteroidy.

Z chwilą nastania mrozów, gdy pola pokryły się śniegiem, który zczasem stał się twardą, nieprzenikliwą powłoką lodową, rozpoczęła się zbiorowa emigracja skrzydlatego bractwa do Gorącego Lądu.

Kontynent ten coprawda nie obfitował w żywność, lecz był zamieszkany. Dzikie nawet ptactwo szukało obecności ludzi, zamiast od nich stronić. Wszystkie resztki jedzenia wyrzucane codziennie na dwór znikały momentalnie bez śladu, ale zaspokajały one głód tylko znikomej części tej wielotysięcznej rzeszy. Znaczna ilość ptaków, kierowana głodem i zimnem, znalazła sobie schronienie w ciemnem wnętrzu jaskini.

Należało na nowo rozpocząć z niemi wojnę, gdyż współżycie stawało się z różnych względów niemożliwe. Polowanie stało się nowem urozmaiceniem codziennego życia i myśliwi małej kolonji kładli w nie całą duszę. Masy ptactwa groziły poprostu zagładą ludziom. Były one tak wygłodzone, żarłoczne, że wprost z rąk i ust ludzkich wyrywały skrawki mięsa i kromki chleba. Walczono z niemi przy pomocy kamieni, pałek, nawet broni palnej. I dopiero po długim szeregu zażartych walk oswobodzono się częściowo od niepożądanych gości, pozostawiając przy życiu tylko kilka par dla utrzymania gatunku.

Ben-Zouf był organizatorem i przewodniczącym tych krwawych potyczek. Jakże się miotał, jak krzyczał! Jakiemi żołnierskiemi wyzwiskami obsypywał nieszczęśliwe stworzenia! Niebywała obfitość zapanowała w spiżarni w ciągu tych kilku dni, zaopatrzono ją bowiem w setki dzikich kaczek, bekasów i kuropatw. Rzecz oczywista, że myśliwi z większą gorliwością te właśnie jadalne ptaki tępili. Wreszcie porządek został przywrócony. Pozostało jeszcze ze stu intruzów, ulokowanych w szczelinach skał i tych wytępienie było niepodobieństwem. Skończyło się na tem, że owe ptaki poczęły się uważać za stałych mieszkańców groty i nie dopuszczały do swych gniazd nowych przybyszów. Nastąpiło więc, drogą milczącej ugody, zawieszenie broni między Galijczykami a upartem ptactwem, które samorzutnie podjęło funkcję miejscowej policji. I jakże świetnie tę funkcję spełniało. Nieszczęśliwi, pozbawieni praw i przywilejów maruderzy nie wychodzili cało ze szponów zażartych choć pobratymczych tubylców.

Dnia 15-go kwietnia u wylotu galerji rozległy się głośne krzyki. To mała Nina wzywała pomocy.

Pablo poznał głos przyjaciółki i ubiegając Ben-Zoufa śpieszył na ratunek.

– Chodź, chodź! – wołała Nina. – One chcą mi go zabić.

Zbliżywszy się Pablo dostrzegł małą Włoszkę, osaczoną przez sześć ogromnych mew, z któremi biedactwo zmagało się resztką sił.

Uzbrojony w kij obrońca rzucił się między walczących i odegnał drapieżne ptaki, które jednakże zdążyły i jego dotkliwie pokaleczyć.

– Co się właściwie stało, Nino? – zapytał.

– Patrz, Pablo! – odparła dziewczynka, wskazując ptaka, którego tuliła do piersi.

W tej chwili właśnie nadbiegł Ben-Zouf i wziąwszy ptaka z rąk dziewczynki, zawołał:

– To gołąb!

Był to istotnie gołąb i to niepospolity, lecz pocztowy, na co wskazywały zlekka wygięte i podcięte skrzydła.

– Oho! – zawołał nagle Ben-Zouf. – Wszyscy święci! Ależ on ma u szyi uwiązany woreczek!

W kilka chwil później gołąb przechodził z rąk do rąk całego towarzystwa. Wszyscy zgromadzeni w wielkiej sali przyglądali mu się z ciekawością.

– Oto w jaki sposób doszły do nas wiadomości uczonego – obwieścił zgromadzonym kapitan Servadac. – Ponieważ morze zamarzło, używa ptaków do roznoszenia swych listów! Ach! Gdybyż tym razem nie poskąpił swego podpisu, a zwłaszcza adresu!

Z małego woreczka po walce z mewami pozostały już tylko strzępy. Otworzono go więc z łatwością i wewnątrz znaleziono krótką, lakoniczną notatkę, o brzmieniu następującem:

Galja.

Droga przebyta od 1 marca do 1-go kwietnia 39,700.000 mil.

Odległość od słońca 110,000.000 mil.

W drodze przyłączyła się Nerina.

Środków żywności zabraknie i…

Dalszy ciąg depeszy zniszczonej przez rozżarte mewy był nieczytelny.

– Ach, co za pech! – zawołał kapitan Servadac. – Był tam napewno podpis i data, a może nawet miejsce, z którego wysłana została notatka. Cała zredagowana już tym razem po francusku, a zatem napewno Francuz jest jej autorem. I oto nie mogli przyjść z pomocą temu nieszczęśnikowi!

Hrabia Timaszew i porucznik Prokop udali się na pobojowisko, łudząc się nadzieją odcyfrowania na jakichś oderwanych strzępach nazwiska, podpisu, jakiejś wskazówki, która mogłaby naprowadzić na ślad uczonego. Usiłowania ich były jednak daremne.

– Czyż nigdy nie dowiemy się, gdzie przebywa ten jedyny, prócz nas, wygnaniec Ziemi? – wołał zrozpaczony kapitan Servadac.

– Cóż to? – odezwała się nagle mała Nina. – Spójrz tylko, Ben-Zoufie.

I podała Ben-Zoufowi ptaka, którego dotychczas pieściła w swych rękach.

Na lewem skrzydle ptaka widniał wilgotny odcisk pieczęci, a na niej jedyne, lecz jakże wiele mówiące słowo: Formentera.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top