This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/I/24

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział XXIII Hector Servadac • Część I. Rozdział XXIV. • written by Juliusz Verne Cześć II
Rozdział I
→
←Rozdział XXIII Hector Servadac
Część I. Rozdział XXIV.
written by Juliusz Verne
Cześć II
Rozdział I
→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XXIV,
w którym kapitan Servadac i porucznik Prokop rozwiązują wreszcie kosmiczną zagadkę.


Formentera! – zawołali prawie jednocześnie hrabia Timaszew i kapitan Servadac. Była to nazwa jednej z mniejszych wysp Balearskich, położonych na morzu Śródziemnem. Wskazywała ona w sposób dokładny miejsce pobytu autora dokumentu. Ale skąd wziął się tam ten Francuz i czy wogóle jeszcze się tam znajduje?

Wszystkie notatki, objaśniające położenie nazwanego fragmentu kuli ziemskiej, pochodziły najwidoczniej z Formentery.

W każdym razie ostatni, dostarczony pocztą gołębią, list stwierdzał, że dnia 1-go kwietnia, to znaczy dwa tygodnie temu, uczony był jeszcze na posterunku. Między ostatnią depeszą i dokumentami dawniejszemi istniała jednak ta zasadnicza różnica, że brak jej było wszelkich oznak zadowolenia i dobrego samopoczucia. Żadnych wykrzykników w rodzaju „Va bene”, „all right”, czy „nil desperandum”. Poza tem depesza ta, zredagowana całkowicie w języku francuskim, była naglącem wezwaniem o pomoc, skoro informowała, że zapasy żywności są już na wyczerpaniu.

Wszystkie te spostrzeżenia sformułował w kilku słowach kapitan Servadac, poczem dorzucił:

– Przyjaciele, musimy natychmiast wyruszyć na pomoc temu nieszczęśnikowi…

– Lub tym nieszczęśnikom… – wtrącił hrabia Timaszew – w każdej chwili jestem gotów wyruszyć z panem, kapitanie.

– Musieliśmy – odezwał się wówczas porucznik Prokop – przepływać koło Formentery w czasie naszej podróży rozpoznawczej. A skoro nie zauważyliśmy żadnego lądu, to tylko dowód, że z wysp Balearskich, podobnie jak z Gibraltaru i Ceuty, pozostała tylko niewielka wysepka.

– Musimy ją odnaleźć choćby była najmniejsza – odparł kapitan Servadac. – Poruczniku, jaka odległość dzieli nas od Formentery?

– Około stu dwudziestu kilometrów, kapitanie. Ale w jaki sposób zamyśla pan odbyć tę drogę!

– Na łyżwach, rzecz prosta! Czy nie podziela pan mego zdania!

– Ruszamy zatem, kapitanie – naglił hrabia, wykazujący zawsze gotowość niesienia pomocy bliźnim.

– Hrabio, – wtrącił z nagłem ożywieniem porucznik Prokop – chciałbym ci zwrócić pewną uwagę, nie w celu powstrzymania cię od obowiązku, lecz raczej w celu skierowania całej sprawy na pewniejsze tory.

– Słucham, Prokopie!

– Chcesz wyruszyć z kapitanem. Tymczasem mróz wzmaga się ciągle, termometr wskazuje dwadzieścia dwa stopnie poniżej zera, szalona zaś wichura czyni z tej temperatury niemożliwą do zniesienia. Przypuściwszy nawet, że będziecie przebywali po dwadzieścia kilometrów na dobę, potrzeba wam sześciu dni na przybycie do Formentery. Poza tem trzeba zabrać żywność nietylko dla was, ale i dla tych, lub dla tego, którego macie ratować…

– Zaopatrzymy się w plecaki, jak żołnierze – wtrącił kapitan Servadac, który nie dopuszczał myśli o trudnościach lub niewygodach tej wyprawy.

– Cóż z tego? – rzucił chłodno porucznik Prokop. – Przyzna pan, że będziecie musieli niejednokrotnie w drodze zażyć choć kilku godzin snu. A powierzchnia lodowa jest gładka i jednolita i nie będziecie mogli na wzór Eskimosów wykopać sobie kryjówki w lodowych bryłach.

– Będziemy pędzili bez wytchnienia, dzień i noc – odparł kapitan Servadac – i zamiast sześciu, będziemy w drodze tylko trzy, a może nawet dwa dni.

– Przypuśćmy nawet, że dobrniecie do Formentery w przeciągu dwóch dni, chociaż jest to zupełnie niewykonalne. Co zrobicie z omdlewającymi z zimna i głodu mieszkańcami wysepki? Jeśli dogorywających powleczecie za sobą, sprowadzicie tu trupy!

Słowa porucznika Prokopa wywarły głębokie wrażenie. Wszyscy pojęli niewykonalność wyprawy w podobnych warunkach. Było oczywiste, że w razie zawiei śnieżnej hrabia i kapitan nędznie zginą na bezkresnej przestrzeni lodowej.

Kapitan Servadac pełen poświęcenia i zapału starał się nie widzieć trudności. Buntował się przeciwko zimnej rozwadze porucznika Prokopa. Podtrzymywał go też wierny Ben-Zouf, gotów każdej chwili towarzyszyć swemu panu, w razie gdyby zawiódł hrabia Timaszew.

– A więc, hrabio? – pytał Hector Servadac.

– Uczynię to, co i pan, kapitanie. Nie możemy zostawić bez pomocy bliźnich, pozbawionych jedzenia, a może i dachu nad głową. Stanowczo nie możemy! – odparł hrabia Timaszew. Poczem, zwracając się do porucznika Prokopa, dodał:

– Skoro niema innych sposobów dotarcia do Formentery od tych, które ty odtrącasz, musimy jednak z nich skorzystać i, da Bóg, wyprawa powiedzie się szczęśliwie!

Pogrążony w myślach porucznik nie odpowiedział na razie.

– Ach, gdybyśmy mieli sanki! – zawołał Ben-Zouf.

– Sanki można z łatwością zbudować – odparł hrabia – ale skąd wziąć psa, lub renifery, któreby je ciągnęły.

– Mamy dwa konie, które można odpowiednio podkuć – upierał się Ben-Zouf.

– Nie wytrzymają tej temperatury i padną w drodze.

– Trzeba ryzykować – rzucił Servadac. – Szykujmy sanki!

– A wiec do roboty!

– Nie, kapitanie. Mamy pewniejszy i szybszy od pańskich koni motor, który wytrzyma trudności podróży.

– Jakiż to? – zdziwił się hrabia.

– Wiatr – brzmiała prosta odpowiedź.

Wiatr, w istocie! Amerykanie potrafili wspaniale wyzyskać wiatr do sani żaglowych. Na olbrzymich przestrzeniach preryj sanie te rywalizują zwycięsko z ekspresami, osiągając szybkość pięćdziesięciu metrów na sekundę, to znaczy stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Kierunek wiatru w tej chwili był pomyślny. Można było uzyskać szybkość piętnastu do dwudziestu mil na godzinę. Czyli przy sprzyjających okolicznościach można będzie osiągnąć Formenterę pomiędzy dwoma wschodami słońca. Motor był gotów. To dobrze. Poza tem porucznik Prokop zapewnił, że i sanki nie dadzą na siebie czekać. Istotnie, czyż długi na dwanaście stóp, mogący pomieścić pięć do sześciu osób kajak Dobryny nie mógł odegrać roli sanek? Należało tylko dla podparcia boków użyć dwóch szyn żelaznych, na których ślizgałby się jak na łyżwach? Mechanik jachtu może wykonać tę robotę przez kilka godzin. Czyż saneczki te, popychane wiatrem, nie pomkną jak strzała po gładkiej tafli lodowej? Można je też przykryć brezentem, który w pewnym stopniu ochroni jadących od mrozu. Zaopatrzeni w futra, środki żywności, napoje orzeźwiające, małą przenośną maszynkę spirytusową, świetnie doprowadzą podróżni swój zamiar do skutku. Nie da się wymyślić nic lepszego, ani praktyczniejszego. Jedno tylko nasuwało się zastrzeżenie.

Wiatr był pomyślny dla podróży na północ, lecz co będzie w drodze powrotnej na południe?…

– Mniejsza o to – zawołał kapitan Servadac – myślmy narazie tylko o dobrnięciu do tych nieszczęśliwych. Później pomyślimy o odwrocie!

W razie przecież, gdyby wiatr nie zmienił kierunku do chwili powrotu, istniała możliwość takiego lawirowania, aby, nie odwracając kierunku biegu, dostać się na południe. Zresztą, to się zobaczy później.

Mechanik Dobryny, któremu dano do pomocy kilku marynarzy, wziął się natychmiast do pracy. Pod wieczór wehikuł opancerzony podwójnem wygiętem ku przodowi okuciem żelaznem, zabezpieczony daszkiem i rodzajem metalowego wiosła, mającego bronić przed nagłemi skrętami, zaopatrzony w żywność, naczynia i koce, gotów był do drogi.

Wówczas porucznik Prokop zażądał pozwolenia towarzyszenia kapitanowi w zastępstwie hrabiego, Z jednej strony nie należało sanek obarczać zbyt wielką ilością osób, aby zostawić miejsce dla mieszkańców Formentery, z drugiej strony kierowanie żaglami, jak i orjentowanie się w podróży, wymagało pewnej ręki i pełnej świadomości dobrego żeglarza.

Hrabia Timaszew protestował początkowo, ale uległ wreszcie prośbom kapitana Servadac’a, który zobowiązał go do objęcia w czasie jego nieobecności rządów na Ostoi i Gorącym Lądzie. Wyprawa była w gruncie rzeczy pełna niebezpieczeństw, uczestnicy jej byli ciągle narażeni. Każda silniejsza burza mogła zniszczyć niepewny wehikuł, i w razie, gdyby kapitan Servadac miał nie wrócić, hrabia był jedyną osobą, która potrafiłaby pokierować losami małej kolonji. Zgodził się więc pozostać.

O wschodzie słońca dnia 16-go kwietnia kapitan Servadac i porucznik Prokop załadowali sanie. W chwili gdy wyruszali w podróż, mróz sięgał dwudziestu pięciu stopni. Towarzysze żegnali się z wielkiem wzruszeniem. Zmartwienie odebrało Ben-Zoufowi mowę. Wszyscy marynarze rosyjscy i hiszpańscy pragnęli uścisnąć dłonie podróżnym. Hrabia przycisnął do piersi odważnego oficera i uściskał wiernego Prokopa. Gorące pocałunki małej Niny, której wielkie oczy nabrzmiały łzami, zakończyły tę wzruszającą scenę. Po kilku minutach sanie z rozpiętemi żaglami zniknęły z oczu patrzącym.

Sanie zaopatrzone były w dwa żagle, z których jeden nastawiono pod wiatr. Lekki wehikuł pomknął z niezwykłą szybkością, którą pasażerowie jego obliczali na conajmniej dwanaście mil na godzinę. Porucznik Prokop przy pomocy busoli, umieszczonej na przedzie sani, kierował się wprost ku Formenterze.

Jazda była wyjątkowo równa, sanie nie podlegały najlżejszym nawet wstrząsom, których przecież nie da się uniknąć w najlepiej zbudowanych pociągach. Straciwszy na powierzchni Galji wiele ze swej dawniejszej wagi ziemskiej, mknęły z szybkością dziesięć razy większą, niż to było możliwe w warunkach ziemskich. Kapitan Servadac i porucznik Prokop mieli chwilami wrażenie, jakgdyby unosili się w powietrzu ponad lodowemi polami. Faktycznie jednak nie opuszczali ani na chwilę szklistej powierzchni, o czem świadczyła pozostająca za nimi chmura śnieżnego pyłu. Poza tem ani śladu życia na całem tem pustkowiu. Ogólne wrażenie beznadziejnego smutku. Mimo to jednak jakiś czar poezji, któremu każdy uległ na swój sposób, owionął dusze podróżników. Porucznik Prokop badał, kapitan Servadac zaś przeżywał piękno pejzażu. Gdy nadszedł zachód słońca i coraz rzadsze jego promienie padały na sanki, zacienione wielkim żaglem, gdy wreszcie nagła noc nastąpiła po dniu, zbliżyli się bezwiednie do siebie, ściskając się w milczeniu za ręce.

Zapanowała ciemna noc. Księżyc był dopiero na nowiu i tylko gwiazdy jaśniały wspaniale na ciemnym firmamencie. Porucznik Prokop zastanawiał się nad niebywałą odległością gwiazd między sobą, wobec której jakże nikłą wydawała się wciąż wzrastająca odległość Galji od słońca! Kapitan Servadac myślał tylko o swych rodakach, do których pędził z pomocą.

Zgodnie z drugiem prawem Keplera szybkość Galji wzdłuż orbity zmniejszyła się od dnia 1-go marca do 1-go kwietnia o dwadzieścia miljonów mil. W tym samym czasie odległość od słońca wzrosła o trzydzieści dwa miljony mil. Znajdowała się więc Galja prawie w środku strefy planet teleskopowych, które krążą pomiędzy Marsem i Jowiszem. Tem się tłumaczy pozyskanie nowego satelity, ochrzczonego w ostatnim biuletynie mianem Neriny. W ten sposób Galja, według ściśle sformułowanych praw, ciągle oddalała się od swego centrum słonecznego. A może nieznany uczony ujmie całą orbitę Galji w ścisłą formułę matematyczną i określi czas, kiedy Galja znajdzie się w swem apheljum?[1] Ten punkt określiłby wówczas maksymalne oddalenie i począwszy od niego, planeta zbliżałaby się już do swej gwiazdy dziennej. Poznanoby w ten sposób dokładnie długość słonecznego roku na Galji.

Porucznik Prokop do świtu był pochłonięty temi niepokojącemi medytacjami. Uradzili teraz z kapitanem zwolnienie tempa jazdy. Doszli bowiem do wniosku, że przebyli już w linji prostej sto kilometrów drogi. Zwinęli żagle i, mimo ścinającego krew w żyłach mrozu, poczęli z niezwykłą skrupulatnością badać bezkresną białą równinę.

Była całkowicie pusta. Najmniejsze wzniesienie skalne nie zakłócało idealnej płaszczyzny lodu.

– Czyśmy się nie zapędzili nieco za bardzo na zachód od Formentery? – niepokoił się kapitan Servadac, studjując mapę.

– To nie jest wykluczone. Nie pozostaje nam nic innego jak oddać się na wolę wiatru.

– Zróbmy więc to – zgodził się kapitan Servadac – i nie traćmy ani chwili czasu!

Sanki skierowano dziobem na północny wschód. Hector Servadac, stawiając czoło dotkliwemu zimnu, stanął na przodzie pojazdu. Wszystkie siły skoncentrował we wzroku. Nie szukał słupa dymu, który świadczyłby o kryjówce nieszczęśliwego uczonego, gdyż liczył, że brak mu nietylko żywności, ale i paliwa. Raczej szukał na horyzoncie zarysu jakiejś skały, wynurzającej się z otchłani lodu.

Nagle oko kapitana Servadac’a roziskrzyło się, a wyciągnięta ręka wskazywała z uporem jeden punkt na horyzoncie.

– To tam, tam! – wołał.

I wskazał jakiś kształt zarysowany na linji łuku horyzontu. Porucznik Prokop podniósł do oczu lunetę.

– Tak jest – odpowiedział – słusznie, to tam! To najwyraźniej wieża, służąca do geodezyjnych pomiarów. Nie było już wątpliwości! Rozwinięto żagle i całym pędem ruszono w kierunku dojrzanego objektu, odległego conajmniej o dziesięć kilometrów.

Kapitan Servadac i porucznik Prokop, wzruszeni do głębi, nie mogli wymówić słowa. Wieża rosła w oczach i wkrótce ujrzeli są na płaskiej podstawie skał, leżących ciemną plamą na białem polu lodowem.

Jak słusznie obawiał się kapitan Servadac, żaden dymek nie unosił się z wysepki. Zważywszy na trzaskający mróz, nie należało się już łudzić! Znajdą niewątpliwie zastygłe zwłoki nieszczęśliwych. Po dziesięciu minutach, na kilometr drogi od wysepki, porucznik zwinął żagiel, gdyż wiedział, że sanie nabytym rozpędem dobrną do brzegu.

Wówczas silniejsze jeszcze wzruszenie ścisnęło serce kapitana Servadac’a.

Na szczycie wieży powiewał strzęp niebieskiej etaminy. To wszystko, co pozostało z bandery francuskiej!

Sanie potrącały już o pierwsze skały. Wysepka była maleńka, nie miała nawet pół kilometra obwodu. Była to pozostałość Formentery i całego archipelagu wysp Balearskich. U stóp wieży wznosiła się nędzna, drewniana chata o szczelnie zamkniętych okiennicach.

W mgnieniu oka kapitan Servadac i porucznik Prokop wdrapali się na skały, przesadzili pokryte lodem kamienie i stanęli u progu chaty.

Hector Servadac zapukał do drzwi zamkniętych od wewnątrz.

Cisza… Zawołał – żadnej odpowiedzi…

– Poruczniku, proszę do mnie – wezwał towarzysza. I wspólnemi siłami wyważyli nawpół spróchniałe drzwi. W ponurej izdebce panował zupełny mrok i absolutna cisza. Mieszkaniec lepianki najwidoczniej ja opuścił, lub też zmarł, bezradny wobec okrutnego losu. Otworzono okiennice i światło przeniknęło do wnętrza.

W wygasłem palenisku komina było nieco zimnego popiołu. W kącie stało łóżko. Na łóżku wyciągnięta postać ludzka.

Kapitan Servadac podszedł bliżej i krzyk przerażenia wyrwał mu się z piersi:

– Nie żyje! Zmarł z zimna i głodu!

Zkolei porucznik Prokop pochylił się nad ciałem nieszczęśnika.

– Przeciwnie! Żyje! – zawołał.

I wlał pomiędzy zaciśnięte wargi zemdlonego kilka kropel mocnego środka orzeźwiającego. Lekkie westchnienie, a zaraz potem wypowiedziane słabym głosem słowo:

– Galja?

– Tak… tak… Galja – odparł kapitan Servadac – to znaczy?…

– Moja kometa, to jest moja kometa!

Poczem wyczerpanie znów zwyciężyło i chory popadł w stan zupełnego odrętwienia. Kapitan Servadac uświadomił sobie tymczasem, że stanowczo zna tego uczonego, tylko nie mógł sobie przypomnieć, gdzie go spotykał.

Nie można było nawet myśleć o ratunku, lub pielęgnowaniu w nędznej chatynce, w której brak było rzeczy najelementarniejszych.

Hector Servadac i porucznik Prokop powzięli szybką decyzję. W jednej chwili zemdlony człowiek, jego przyrządy fizyczne i astronomiczne, ubranie, papiery, książki i jakieś stare drzwi, które służyły do obliczeń, znalazły się w saniach.

Wiatr, który na szczęście w trzech czwartych zmienił kierunek, był pomyślny. Skorzystano z tego, rozpięto żagle i opuszczono szczątki wysp Balearskich.

Po trzydziestu sześciu godzinach podróży, dnia 19-go kwietnia, witani owacyjnie przez mieszkańców Gorącego Lądu, dwaj dzielni towarzysze wracali do domu. Uczonego, który przez cały ten czas nie otworzył oczu i nie przemówił ani słowa, złożono w wielkiej wspólnej sali.

Koniec części pierwszej.

Przypis

  1. ↑ Punkt najbardziej od słońca oddalony. (Przyp. tłum.).

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top