This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/II/07

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział VI Hector Servadac • Część II. Rozdział VII. • written by Juliusz Verne Rozdział VIII→
←Rozdział VI Hector Servadac
Część II. Rozdział VII.
written by Juliusz Verne
Rozdział VIII→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział VII,
w którym profesor i jego uczniowie żonglują sekstyljonami, kwintyljonami i innemi wielokrotnościami miljardów.


W kwadrans później całe towarzystwo zebrało się w ogólnej sali celem wysłuchania wyjaśnień, dotyczących ostatnich słów profesora. Ben-Zouf uprzątnął stół, poczem rozłożono na nim rulony zdobytych monet, począwszy od pięciofrankowych, a kończąc na półfrankowych.

– Panowie – zaczął zadowolony z siebie Palmyrin Rosette – ponieważ nie pomyśleliście w chwili katastrofy o zaopatrzeniu się w miarę metryczną i odważnik, zmuszony byłem obecnie znaleźć sposób zdobycia tych przedmiotów, niezbędnych do obliczenia siły przyciągania, masy i ciężaru gatunkowego mojej komety.

Nikt z obecnych nie próbował nawet odeprzeć stawianego im zarzutu. Wszyscy przywykli już do bezcerenionjalności profesora, znali jego sposób mówienia i postępowania.

– Panowie – podjął na nowo profesor – upewniłem się przedewszystkiem, że wszystkie nasze monety są prawie nowe, mało zużyte i nie uszkodzone przez tego chciwca. Mogę przeto z największą dokładnością przeprowadzić badania. Pragnę przedewszystkiem uzyskać miarę jednego metra ziemskiego.

Hector Servadac i jego towarzysze pojęli już intencje profesora. Wyjaśnień słuchali tylko przez grzeczność. Zato Ben-Zouf patrzył na uczonego, jak na popisujących się w jarmarcznych budach magików.

Oto na czem profesor oparł pierwszy swój pomysł, zrodzony w chwili, gdy usłyszał dźwięk monet w szufladzie Hakhabuta.

Wiadomo, iż system monetarny francuski jest dziesiętny, co wyraża się w ten sposób, że frank jest jednostką, ponad nim istnieją wszelkie jego wielokrotności, a pod nim różne jego ułamki dziesiętne.

Monety te – i na to profesor Rosette kładł nacisk największy – są dokładnie skalkulowane i mają, prawem przepisaną, stale jednakową średnicę. W ten sposób pewne jest, iż każda srebrna pięciofrankówka ma średnicę długości trzydziestu siedmiu milimetrów, zaś średnica pięćdziesięciu centymów – osiemnaście milimetrów.

Czyż nie jest więc łatwo otrzymać, przez zgromadzenie pewnej ilości tych monet różnej wartości, dokładnej miary, odpowiadającej powiedzmy tysiącowi milimetrów, składających się na miarę jednego metra!

Była to rzecz możliwa. Profesor wiedział o tem dobrze i zaraz przystąpił do wydzielenia z worka przyniesionych monet dziesięcio-, pięcio- i tyleż dwufrankowych, oraz dwudziestu sztuk półfrankówek.

Zrobiwszy pośpiesznie wyliczenie na karteczce, przedstawił ją audytorjum.

10 sztuk po 5 franków, średnicy 0,037 m. każda = 0,370 m.

10 sztuk po 2 franki, średnicy 0,027 m. każda = 0,270 m.

20 sztuk po 50 centym., średnicy 0,018 m. każda = 0,360 m.

Razem 1,000 m.

– Cudownie, drogi profesorze – rzekł Hector Servadac. – Pozostaje nam jeszcze ułożyć obok siebie tych czterdzieści monet, w ten sposób, aby linja ich środków leżała na jednej prostej, a otrzymamy dokładną długość ziemskiego metra.

– U licha! – zawołał Ben-Zouf. – Dobrze jest jednak być uczonym.

– On to nazywa uczonością – wzruszył pogardliwie ramionami Palmyrin Rosette.

Rozłożono na stole dokładnie obok siebie dziesięć pięciofrankówek, bacząc aby środki ich łączyła jedna prosta, w dalszym ciągu przyłączono do szeregu dziesięć dwufrankówek i dwadzieścia monet po pięćdziesiąt centymów. Poczem naznaczono ślady na krańcach utworzonej w ten sposób linji.

– Panowie – odezwał się profesor – oto dokładna długość metra ziemskiego.

Całej operacji dokonano z niezwykłą dokładnością. Zkolei podzielono metr na dziesięć równych części, otrzymując w ten sposób decymetry. Jedną taką cząstkę, odznaczoną na sznurku, wręczono mechanikowi Dobryny.

Był to rzemieślnik bardzo zręczny, który przy pomocy otrzymanej miarki sfabrykował z nieznanej substancji galijskiej bryłę objętości jednego decymetra sześciennego. Na to tylko czekał profesor. Długość metra udało mu się już określić. Należało stworzyć jeszcze masę jednego kilograma.

I ta sprawa nie przedstawiała żadnych trudności. Monety francuskie są bowiem nietylko dokładnie skalkulowane, ale posiadają ponadto idealnie dokładną wagę.

Tak np. pięciofrankówka waży ściśle dwadzieścia pięć gramów, co równa się wadze pięciu pojedynczych franków, ważących po pięć gramów każdy. Wystarczyło więc zgromadzić czterdzieści srebrnych monet pięciofrankowych, by otrzymać ciężar jednego kilograma.

Tego właśnie domyślili się od pierwszej chwili kapitan Servadac i jego towarzysze.

– Patrzcie no, państwo – podziwiał Ben-Zouf – widzę, że do tych spraw nie wystarczy być mądrym, trzeba jeszcze…

– Co jeszcze trzeba? – zapytał Hector Servadac.

– Trzeba jeszcze być bogatym.

Wszystkich ubawiła ta uwaga poczciwego ordynansa.

Po upływie kilku godzin mechanik wręczył profesorowi wykutą bryłę rozmiarów decymetra sześciennego.

Posiadając już ciężar jednego kilograma, objętość decymetra sześciennego i wagę sprężynową, można było natychmiast przystąpić do obliczenia masy, gęstości i siły przyciągania komety.

– Przypomnę tu panom – mówił profesor – jedno z praw Newtona, według którego siła przyciągania jest w stosunku prostym do masy i w stosunku odwrotnym do kwadratu odległości. Proszę bardzo zanotować to sobie dobrze w pamięci.

– Oto w woreczku tym – ciągnął – umieściłem czterdzieści pięciofrankówek. Na Ziemi stanowiły one wagę jednego kilograma. Czyli innemi słowy, gdybym będąc na Ziemi zawiesił woreczek ten na haczyku wagi, strzałka wskazywałaby wagę jednego kilograma. Czy to zrozumiałe?

Mówiąc to profesor nie spuszczał z oka Ben-Zoufa. Miał zwyczaj podczas wykładów obserwować słuchaczów najmniej inteligentnych, gdy bowiem oni pojęli jego ideę, był pewny, że wykład był jasny.

Ordynans kapitana Servadac’a miał wprawdzie swój rozum, był jednak nieukiem, a to w danym wypadku wychodziło na jedno.

Ponieważ twarz Ben-Zoufa nie wyrażała żadnych wątpliwości, profesor ciągnął dalej:

– A zatem, proszę panów, ten woreczek pięciofrankówek wieszam na haczyku wagi, a ponieważ działam na Galji, dowiemy się jaka jest jego waga na tej właśnie komecie.

Woreczek zawieszono, igiełka zadrgała i wskazała na tarczy ciężar stu trzydziestu trzech gramów.

– A zatem – podjął profesor – ziemski kilogram waży tu zaledwie sto trzydzieści trzy gramy, czyli około siedm razy mniej. Czy to jest zrozumiałe?

Ben-Zouf skinął głową i wykład trwał dalej.

– Teraz staje się jasne, dlaczego waga o dwóch szalkach nie zdałaby się tu na nic, gdyż odważnik i ciało ważone tracą to samo na ciężarze. Czy wszyscy to rozumieją?

– Nawet ja nie mam wątpliwości – odparł Ben-Zouf.

– Skoro ciężar ciał na Galji jest siedem razy mniejszy, aniżeli na Ziemi – dowodził profesor. – należy przypuścić, że i siła ciążenia stanowi tu siódmą część siły ziemskiego przyciągania.

– Słuszne! – zaopinjował kapitan Servadac. – Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego punktu, ale przejdźmy teraz, drogi profesorze, do masy.

– Nie, najpierw obliczymy gęstość – odparł Palmyrin Rosette.

– Oczywiście – wtrącił porucznik Prokop – masę obliczymy bez trudności, gdy znajdziemy objętość i ciężar gatunkowy Galji.

Rozumowanie porucznika było słuszne, należało nie tracąc czasu przystąpić do obliczenia gęstości. Tak też uczynił profesor. Wziął w rękę blok objętości sześciennego decymetra i tak ciągnął dalej:

– Ten blok, proszę panów, zrobiony jest z nieznanego nam materjału, który pokrywa całe terytorjum Galji. Wasza ignorancja w dziedzinie geologji nie pozwoliła wam bliżej określić, ani nazwać tego minerału.

– Tak jest, a jednak pragnęlibyśmy bardzo wiedzieć, jaki jest skład tej substancji – powiedział Hector Servadac.

– Zdaje się, iż mam prawo rozumować w ten sposób – kontynuował Palmyrin Rosette – jakgdyby Galja całkowicie i do samej głębi była z tej oto materji, której decymetr sześcienny trzymam w ręku. Ile ważyłby, on na Ziemi? Ważyłby dokładnie siedem razy więcej, aniżeli na Galji, albowiem, jak już zaznaczałem, siła przyciągania komety jest siedem razy słabsza, aniżeli Ziemi. Czy to nie jest jasne? Czemu wytrzeszczasz tak na mnie swe okrągłe oczy?

Pytanie to skierowane było do Ben-Zoufa.

– Bo nic nie rozumiem – odparł ordynans.

– Niemniej przoto nie będę tracił cennego czasu na udostępnienie tych prostych rzeczy twojej mózgownicy… Ci panowie zrozumieli i to mi wystarcza.

– Przeżyję ten cios – mruknął Ben-Zouf.

– Zważmy więc ten blok – mówił profesor – będzie to zupełnie to samo, jakgdybym na haczyku wagi zawiesił kometę.

Igiełka wskazała wagę kilograma i trzystu trzydziestu gramów.

– Kilogram trzysta trzydzieści gramów, pomnożony przez siedem – wołał profesor – daje w przybliżeniu dziesięć kilogramów. A zatem ciężar właściwy Galji jest prawie dwa razy większy od gęstości Ziemi. Gdyby nie to, wszystkie przedmioty ważyłyby tu nie siedem, lecz piętnaście razy mniej niż na Ziemi!

Wymawiając te słowa, profesor czuł, że ma uzasadnioną rację do dumy. Ziemia miała wprawdzie większa od Galji objętość, ale zato jego kometa przewyższała Ziemię gęstością i naprawdę nie wymieniłby jednej na drugą. Oto już średnica, obwód, powierzchnia, objętość, gęstość i siła przyciągania Galji były wiadome. Pozostawało obliczyć masę komety, inaczej mówiąc, jej ciężar. Była to operacja krótka i nieskomplikowana. Istotnie, skoro decymetr sześcienny substancji galijskiej ważył według miar ziemskich dziesięć kilogramów, waga całej Galji musiała być tyle razy większa, ile razy objętość jej przewyższała jeden decymetr sześcienny. Objętość ta, wyrażająca się liczbą 211,433.460 kilometrów sześciennych, zawiera w sobie ilość decymetrów wyrażająca się liczbą o dwudziestu i jednej cyfrze, a mianowicie: dwieście jedenaście kwintyljonów czterysta trzydzieści trzy kwadryljony czterysta sześćdziesiąt tryljonów. Ta sama liczba wskazywała wagę Galji w kilogramach. Była ona o cztery sekstyljony siedemset osiemdziesiąt osiem kwintyljonów pięćset sześćdziesiąt sześć kwadryljonów pięćset czterdzieści tryljonów kilogramów lżejsza od Ziemi.

– A ile waży właściwie Ziemia? – zapytał

Ben-Zouf, zupełnie oszołomiony temi miljardami miljonów.

– Czy ty wogóle wiesz, co to jest miljard – wtrącił kapitan Servadac.

– Niebardzo – brzmiała odpowiedź.

– A zatem wiedz, że od urodzenia Jezusa Chrystusa nie upłynęło jeszcze miljard minut i że gdybyś, mając dług miljardowy, od owej chwili co minutę wypłacał franka, to jeszczebyś go nie spłacił.

– Co minutę franka – zawołał istotnie przerażony Ben-Zouf. – Ależ byłbym zrujnowany w przeciągu kwadransa! Jakaż więc ostatecznie jest waga Ziemi?

– Pięć tysięcy osiemset siedemdziesiąt pięć sekstyljonów kilogramów – odparł porucznik Prokop – liczba wyrażająca się dwudziestu pięciu cyframi.

– A ile waży księżyc?

– Siedemdziesiąt dwa sekstyljony kilogramów.

– Tylko!? – zdziwił się Ben-Zouf. – A słońce?

– Dwa nonyljony – rzekł profesor – liczba trzydziesto i jedno cyfrowa.

– Dwa nonyljony – powtarzał Ben-Zouf – i może jeszcze z małą dokładką?

Palmyrin Rosette począł już na ordynansa spoglądać wyraźnie nienawistnie.

– A zatem – przerwał te dysertacje kapitan Servadac – na powierzchni Galji wszystko waży siedem razy mniej, aniżeli na Ziemi.

– Tak jest – odparł profesor – i dlatego siła naszych mięśni wzrosła tu siedmiokrotnie. Siłacz dźwigający na Ziemi sto kilogramów, tu mógłby ich unieść siedemset.

– Oto i powód, dla którego skaczemy tu siedem razy wyżej – wtrącił Ben-Zouf.

– Masz rację, Ben-Zoufie – zgodził się porucznik Prokop – a gdyby masa Galji była mniejsza, skakałbyś jeszcze wyżej.

– Nawet ponad wierzchołek Montmartre’u – dodał profesor, mrugając jednem okiem, czem wyprowadzał ordynansa z równowagi.

– A jakież jest natężenie siły ciężkości na innych gwiazdach? – spytał Hector Servadac.

– Pan tego nie pamięta? – zawołał z oburzeniem Rosette. – Był pan coprawda zawsze bardziej niż miernym uczniem!

– Przyznaję to ze wstydem – odparł kapitan.

– A zatem, skoro przyjmiemy przyciąganie Ziemi za jednostkę, siła ta na księżycu będzie wynosiła 0,16, na Jowiszu 2,45, na Marsie 0,50, na Merkurym 1,15, na Wenus 0,92, prawie tak samo jak na Ziemi, na słońcu wreszcie 2,45. Tam kilogram ziemski waży dwadzieścia osiem razy więcej.

– Człowiek naszej konstrukcji miałby wiele trudności z podźwignięciem się, skoroby upadł na słońcu – zauważył porucznik Prokop – a nośność wystrzelonej tam kuli armatniej nie przekroczyłaby kilkudziesięciu metrów.

– Świetne pole bitwy dla tchórzów – wtrącił Ben-Zouf.

– Wcale nie – zaprzeczył Hector Servadac – byliby bowiem zbyt ciężcy, aby mogli w porę uciec.

– Skoro to przysporzyłoby nam sił i lekkości, żałuję, że Galja nie jest jeszcze dużo mniejsza – zakonkludował Ben-Zouf.

Uwaga ta zraniła profesora, uważającego się za prawego właściciela Galji. Ofuknął też ordynansa.

– Myślałby kto – zawołał – że głowa tego nieuka nie jest jeszcze dostatecznie lekka! Uważaj gamoniu, aby ci jej lada podmuch wiatru nie porwał któregoś dnia.

– Dobrze – odparł Ben-Zouf – będę ją trzymał obu rękoma!

Palmyrin Rosette chciał się już usunąć, gdy kapitan Servadac zatrzymał go gestem:

– Przepraszam, drogi profesorze – rzekł – jedno jeszcze pytanie. Czy pan nie wie nic o substancji, z której zbudowana jest Galja?

– Być może wiem – odparł Palmyrin Rosette – istota tej substancji… przy gęstości dziesięć… Śmiałbym twierdzić… ach, gdyby to okazało się prawdą, dałbym ją Ben-Zoufowi, który śmie moją kometę porównywać z Montmartre’m.

– Więc pan twierdzi, jeśli wolno wiedzieć… – nalegał kapitan Servadac.

– Że ta substancja jest niczem innem – mówił profesor, skandując wyrazy – jak tellurkiem…

– Bah! tellurek… – zawołał Ben-Zouf.

– Jak tellurkiem złota! – kończył profesor. – Jest to ciało złożone, spotykane często na Ziemi. Składa się ono w danym przypadku z siedemdziesięciu procent telluru i z trzydziestu procent złota.

– Trzydzieści procent złota! – podziwiał Hector Servadac.

– Po dodaniu ciężarów właściwych obu tych ciał, otrzymamy w sumie dziesięć, czyli dokładnie cyfrę określającą gęstość Galji.

– Złotodajna kometa! – zdumiewał się Hector Servadac.

– Sławny Maupertuis przewidywał takie możliwości. Galja stwierdza, że miał słuszność.

– W takim razie, skoro Galja spadnie na Ziemię – zabrał głos hrabia Timaszew – zmieni tam całkowicie warunki ekonomiczne.

– Słuszna uwaga – zgodził się uczony – a ponieważ ten blok tellurku złota, który nas unosi w przestworzach, waży podług miar ziemskich dwieście jedenaście kwintyljonów czterysta trzydzieści trzy kwadryljony czterysta sześćdziesiąt tryljonów kilogramów, więc ilość złota, w jaką zaopatrzy Ziemię, będzie wynosiła około sześćdziesięciu jeden kwintyljonów złota.

Licząc po trzy tysiące pięćset franków kilogram, otrzymamy sumę dwustu czterdziestu sześciu sekstyljonów franków, co wyraża się dwudziestoczterocyfrową liczbą.

– Dnia tego – odparł Hector Servadac – wartość złota spadnie do minimum i stanie się ono najpodlejszym metalem świata.

Profesor nie słyszał już tej uwagi. Po ostatnich wyjaśnieniach opuścił bowiem salę zebrań i majestatycznym krokiem udał się w stronę obserwatorjum.

– Na co właściwie zdadzą się wszystkie obliczenia wykonywane przez tego swarliwego kuglarza? – spytał Ben-Zouf.

– Na nic – odparł kapitan Servadac – i na tem polega cały ich wdzięk.

Istotnie Palmyrin Rosette uprawiał tylko sztukę dla sztuki. Znał elementy komety, jej drogę międzyplanetarną i czas obiegu wokół słońca. Reszta, jak masa, gęstość, siła przyciągania, a nawet wartość metaliczna Galji poza nim nie interesowała nikogo. Wszyscy zajęci byli tylko myślą powrotu na Ziemię. Nikt nie dzielił z profesorem trosk ani radości teoretycznych jego rozważań.

Nazajutrz był dzień 1-y sierpnia, albo posiłkując się słownikiem Rosette’a, 63-i kwietnia galijskiego. W ciągu tego miesiąca kometą przebyła szesnaście miljonów pięćset tysięcy mil, oddalając się o sto dziewięćdziesiąt siedem miljonów mil od słońca. Ażeby w połowie stycznia osiągnąć apheljum, powinna się jeszcze posunąć wzdłuż orbity o osiemdziesiąt jeden miljonów mil. Przebywszy ten punkt zwrotny, zacznie się ponownie zbliżać do słońca.

Ale w takim razie Galja zmierzałaby do jakichś cudownych światów, których jeszcze nigdy uzbrojone w lunetę oko ludzkie nie oglądało.

Tak, profesor wiedział, co robi, nie opuszczając wcale obserwatorium. Żadnemu astronomowi nie dane było jeszcze dokonać tylu cudownych obserwacyj. Jakże pełne uroku były te noce galijskie! Najlżejszy powiew wiatru nie mącił ich pogody i ciszy! Firmament niebieski odsłaniał się w całej swej nagości i krasie i zdawał się nie skrywać już żadnych tajemnic.

Światem cudownym, ku któremu zmierzała Galja, był Jowisz, najwspanialsza z planet, podlegających władztwu słońca. W ciągu siedmiu miesięcy, które upłynęły od chwili zetknięcia Ziemi z kometą, kometa ta wytrwale ścigała wyprzedzającą ją jednak wciąż wspaniałą planetę. Dnia 1-go sierpnia obie gwiazdy rozdzielała już tylko przestrzeń sześćdziesięciu jeden miljonów mil, która do dnia 1-go listopada regularnie miała się zmniejszać.

Czy nie groziło z tej strony żadne niebezpieczeństwo? Czy Galja nie narażała się zbytnio, cyrkulując tak blisko Jowisza? Czy siła przyciągania Jowisza nie mogła okazać się groźna w swych skutkach? Oczywiście profesor, obliczając czas obiegu Galji, wziął pod uwagę magnetyczne zakłócenia wywołane nietylko przez Jowisza, ale również przez Saturna i Marsa. Ale jeśli się pomylił w rachubach?

W ten sposób upłynął miesiąc wśród ciągłych obrad Galijczyków i najlepszych nadziei Palmyrin Rosette’a. Dnia 1-go września odległość Galji od Jowisza wynosiła już tylko trzydzieści osiem miljonów mil, akurat tyle, ile wynosi odległość Ziemi od słońca. 15-go odległość ta zmalała do dwudziestu sześciu miljonów mil. Planeta Jowisza stawała się wciąż bliższa i wyraźniejsza, a Galja pędziła ku niej, jakby pociągana jakąś siłą niewidzialną.

Dnia 15-go października obie gwiazdy znalazły się w odległości trzynastu miljonów mil. Teraz istniały dwie alternatywy, albo Galja da się porwać sile przyciągającej Jowisza, albo nie da się wytrącić z orbity i nie dozna żadnych wstrząsów.

Nazajutrz Galja minęła Jowisza bez katastrofy. Można to było stwierdzić, obserwując wyjątkowo zły humor Palmyrin Rosette’a. Zwyciężył jako kalkulator, ale pobity został jako poszukiwacz awantur i przygód. Zamiast być najdumniejszym astronomem, czuł się najnieszczęśliwszym między Galijczykami.

Galja, poruszając się niezmiennie po swej orbicie, krążyła w dalszym ciągu wokół słońca, i co za tem idzie zbliżała się do Ziemi.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top