This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/II/08

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział VII Hector Servadac • Część II. Rozdział VIII. • written by Juliusz Verne Rozdział IX→
←Rozdział VII Hector Servadac
Część II. Rozdział VIII.
written by Juliusz Verne
Rozdział IX→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział VIII,
w którym okaże się jasno, że lepiej aniżeli na Galji, handlować było na Ziemi.


Chwalić Boga! Mam wrażenie, że uniknęliśmy wielkiego niebezpieczeństwa! – odetchnął z ulgą kapitan Servadac, patrząc na pełną rozczarowania minę profesora.

Poczem zwrócił się do towarzyszów, równie jak on rozradowanych:

– W gruncie rzeczy nic wielkiego się nie dzieje! Odbywamy zwykłą podróż międzyplanetarną, podróż trwającą dwa lata! Ależ na samej Ziemi odbywa się dłużej trwające wędrówki. Jak dotąd nie mamy powodu uskarżać się na los i, jeśli tak pójdzie dalej, w niespełna piętnaście miesięcy ocucimy się na rodzimej planecie.

– I raz jeszcze ujrzymy Montmartre – dodał wesoło Ben-Zouf.

Istotnie, mogli mówić o szczęściu Galijczycy, że asteroida ich oparła się wpływom Jowisza, gdyż jednogodzinne tylko opóźnienie pociągnąć mogło za sobą nieobliczalne wprost następstwa, a przedewszystkiem przesunięcie Ziemi o blisko sto tysięcy mil od przewidzianego punktu zetknięcia. Ileż lat trzebaby czekać na powtórzenie się tych samych warunków! Czyż nie upłynęłyby wieki, a może i tysiąclecia, zanim nastąpiłoby ponowne zetknięcie? Poza tem gdyby Jowisz zmącił bieg, lub kształt orbity Galji, być może musiałaby ona już stale błądzić w przestworzach wśród planet i gwiazd.

Dnia 1-go listopada odległość słońca od Galji wyrażała się liczbą siedemnastu miljonów mil. Za dwa i pół miesiąca kometa minie swoje apheljum i od tej pory zacznie się już zbliżać do słońca.

Narazie na Galji było coraz mniej światła i ciepła. Panował stale półmrok. Siła światła i ciepła była dwadzieścia pięć razy mniejsza, aniżeli na Ziemi. Wciąż jednak jeszcze wschodziło słońce i Galja bez przerwy podlegała jego działaniu. Trzeba było się krzepić nadzieją, że wkrótce najgorsze minie. Ta nadzieja dodawała Galijczykom otuchy, podtrzymywała ich moralnie i fizycznie!

A Izaak Hakhabut?… Czy nie przeżywał tych samych niepokojów, które w ciągu ostatnich dwóch miesięcy nurtowały kapitana Servadac’a i jego towarzyszów?

Bynajmniej. Nie opuszczał on pokładu Hanzy od chwili zawarcia tak korzystnej dla niego transakcji z Galijczykami. Nazajutrz, po ukończeniu prac profesora, Ben-Zouf odniósł lichwiarzowi wagę i srebrne monety. Zarówno kapitał jak i procenty znajdowały się już w jego ręku. Jedynie niezwrócone dotąd a otrzymane w zastaw papierowe ruble łączyły go jeszcze z mieszkańcami groty.

Ben-Zouf pouczył go przy okazji, że Galja jest jedną wielką kopalnią złota, które jednakże, z powodu nadmiernej ilości, po powrocie na Ziemię straci całą swą wartość.

Izaak Hakhabut przypuszczał, że ordynans kpi sobie z niego. Nie wierzył jego opowieściom i z większą niż dotąd chciwością myślał o wymuszeniu maksymum brzęczącej monety od mieszkańców Galji.

Mimo to ani razu nie zaszczycił groty swoją wizytą.

– To jest zdumiewające – wyrażał niejednokrotnie zdziwienie Ben-Zouf – jak łatwo się przyzwyczaić do jego nieobecności!

Tymczasem mieszkaniec Hanzy przemyśliwał nad nawiązaniem stosunków z Galijczykami. We własnym, rzecz prosta, interesie. Niektóre z jego towarów zaczynały się już psuć, pragnął je więc spieniężyć, zanim znajdą się na Ziemi, gdzie wartość ich spadłaby wielokrotnie. Na rynku galijskim – gdzie był bez konkurencji – mógł ceny dowolnie śrubować. Moment był odpowiedni, gdyż zapasy kolonji Galijskiej zaczęły się już wyczerpywać. W spiżarni zabrakło oliwy, kawy, cukru, tytoniu i t. p. Kapitan Servadac postanowił właśnie wybrać się po zakupy na Hanzę.

Ta zgodność myśli kupującego i sprzedawcy musiała zbliżyć Hakhabuta do mieszkańców Gorącego Lądu. Obiecywał też sobie zyski nielada. Wyciągnie całe złoto, wszystkie pieniądze z portfelów Galijczyków.

– Tylko że – przychodziła refleksja – mój ładunek więcej jest wart niż oni są w stanie zapłacić, W jaki więc sposób pozbędę się towaru bez straty?

Ta myśl nie przestawała go dręczyć. Przypomniał sobie jednak w porę, że na Ziemi był nietylko kupcem ale i lichwiarzem. Czemuż na Galji miałby się wyrzec tak intratnego zawodu? Istotnie, pierwsza transakcja wypadła wszak nad wyraz pomyślnie. A zatem rozumując logicznie, będzie pożyczał pieniądze na procent, tym, rzecz prosta, których podpisy uzna za dobre. Są między Galijczykami ludzie godni zaufania, taki kapitan Servadac np., a zwłaszcza hrabia Timaszew. Rewersy podpisane na Galji nie stracą wszak wartości na Ziemi i w razie niewypłacalności pójdą do protestu… Bóg nie zabrania ludziom cenić wysoko swe dobro. Przeciwnie.

Snując takie marzenia Izaak Hakhabut wybierał się z wizytą do kapitana Servadac’a, który ze swej strony zamierzał odwiedzić właściciela statku.

Spotkanie doszło do skutku dnia 15-go listopada na pokładzie Hanzy. Sprytny kupiec nie narzucał się, czekał aż go poszukają.

– Ojcze Izaaku – rzekł kapitan Servadac, przystępując odrazu do sprawy – potrzeba nam kawy, tytoniu, oliwy i innych artykułów, w które zaopatrzona jest Hanza. Jutro przyjdę tu wraz z Ben-Zoufem kupić czego nam potrzeba.

– Litości! – zawołał Hakhabut, który wykrzyknik ten miał stale na końcu języka.

– Powiedziałem – podjął kapitan Servadac – że przyjdziemy „kupić”, rozumie pan? Kupić, to znaczy zabrać towar za umówioną cenę. Proszę więc powstrzymać swe żale.

– O, panie gubernatorze – odparł drżącym głosem Izaak – rozumiem dobrze! Wiem doskonale, że pan nie wyzyska biednego kupca, którego cały majątek jest narażony!

– Nie jest bynajmniej narażony! Powtarzam panu, że za wszystko zapłacimy.

– Gotówka?

– Gotówką.

– Bo rozumie pan, że udzielanie kredytu w tych warunkach…

Kapitan Servadac, zgodnie ze swym zwyczajem poznawania ludzi wszelkich typów, dał mu się wypowiedzieć do końca. Hakhabut ciągnął dalej:

– Mam wrażenie… tak sobie myślę, że na Gorącym Lądzie przebywają bardzo czcigodne osoby… pan hrabia Timaszew, sam pan gubernator…

Hector Servadac miał nieprzepartą chęć kopnąć to indywiduum, pohamował się jednak.

– Rozumie pan – łgał jak z nut skąpiec – że udzielając kredytu, nie mógłbym odmówić innym. To wywołałoby przykre sceny, których pragnąłbym uniknąć. I dlatego… zdaje mi się… lepiej nie kredytować nikomu.

– Zgadzam się w zupełności – odparł Hector Servadac.

– Ach, jakże się cieszę, że pan gubernator podziela moje zdanie. To jest jedynie właściwe pojmowanie handlu! Czy wolno mi zapytać, w jakiej monecie otrzymam zapłatę!

– W złocie, srebrze, miedzi, zaś po wyczerpaniu tych środków, w papierkach.

– W papierkach? – krzyknął ze zgrozą Hakhabut. – Oto czego się obawiałem!

– Czyżby pan nie ufał bankom Francji, Anglji i Rosji?

– Ach, panie gubernatorze, niema to jak złoto i tylko w wartość tego szlachetnego kruszcu wierzę!

– To też powiedziałem – tłumaczył uprzejmie kapitan Servadac – że narazie otrzyma pan złoto, gdyż mamy go poddostatkiem na Galji.

– O, kochane złoto! – cieszył się i dziękował Izaak.

Kapitan Servadac zabierał się do odwrotu.

– A zatem do jutra.

Hakhabuta dręczyła jedna jeszcze niepewność.

– Panie gubernatorze!…

– Proszę?

– Czy będę miał prawo naznaczyć ceny, jakie uznam za stosowne?

– Panie Hakhabut – odciął spokojnie oficer francuski – miałbym prawo naznaczyć ceny maksymalne, ale z prawa tego nie skorzystam. Naznaczy pan ceny przyjęte na rynkach europejskich. Nie inne.

– Litości! Panie gubernatorze!… Pozbawia mnie pan należnego zarobku!… To jest przeciwne zasadom zdrowego handlu… Mam prawo śrubować ceny z chwilą, gdy jestem jedynym sprzedawcą! Pan musi to zrozumieć w imię sprawiedliwości… W przeciwnym razie byłoby to właściwie wywłaszczenie mnie…

– Ceny europejskie! – brzmiała spokojna odpowiedź kapitana Servadac’a.

– Jakto, gdy nadarza się okazja do wyzyskania…

– Na to właśnie nie mogę pozwolić!

– Taka okazja może się nie powtórzyć…

– Okazja obdarcia bliźnich ze skóry. Doprawdy wstydzę się za pana. I proszę pamiętać, że w imię dobra ogółu przysługuje mi prawo sekwestru.

– Sekwestru tego, co należy mi się w obliczu Boga!

– Tak jest – odparł kapitan Servadac – nie będę jednak tracił czasu na wyjaśnianie spraw tak jasnych i znanych! Przywołuję pana do porządku i radzę się cieszyć, że kupujemy to, co moglibyśmy brać.

Żyd zaczął lamentować, ale kapitan już odchodził, rzucając tylko krótkie:

– Ceny europejskie, panie Hakhabut!

W tej rozpaczy pocieszała jednak skąpca myśl, że mimo cen europejskich zarobi jeszcze więcej, niż mógłby się spodziewać na Ziemi.

Nazajutrz, skoro świt, kapitan Servadac, który pragnął osobiście dopilnować transakcji, udał się w towarzystwie Ben-Zoufa i dwóch marynarzy rosyjskich na pokład Hanzy.

– No, cóż tam słychać, stary? – zawołał Ben-Zouf.

– Dziękuję za troskliwość – odparł Izaak.

– Chcesz nam podobno wyświadczyć przysługę?

– Tak… przysługę… ale za gotówkę…

– Według cen europejskich – dorzucił kapitan Servadac.

– Dobrze… dobrze… – ciągnął Ben-Zouf. – Nie będziesz długo czekał na regulację rachunku.

– Czego panom potrzeba? – pytał kupiec.

– Narazie po dziesięć kilo kawy, tytoniu i cukru, bo… porachuję ci kości. Jestem kapralem i znam się na towarze.

– A ja myślałem, że pan jest adjutantem pana gubernatora – dziwił się Hakhabut.

– Jestem nim w czasie wielkich uroczystości, ale na codzień przedzierzgam się w kaprala i chodzę na targ. No dalej, nie traćmy czasu.

– A zatem kawa, tytoń i cukier – powtarzał Żyd, udając się do składu. Po chwili wrócił niosąc dziesięć kilogramowych paczek tytoniu, w pełnem opakowaniu i banderolach.

– Oto tytoń – rzekł – po dwanaście franków kilogram, to czyni razem sto dwadzieścia franków!

Ordynans chciał już płacić, gdy powstrzymał go kapitan Servadac.

– Jeszcze chwilę, Ben-Zoufie. Trzeba sprawdzić, czy waga jest dokładna.

– Słucham, kapitanie!

– Pocóż to? – pytał Izaak. – Opakowanie jest nienaruszone, a waga wypisana na banderoli.

– Nie szkodzi – odparł kapitan Servadac, tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Dalej, stary, przynieś wagę! – naglił Ben-Zouf.

Po chwili Izaak umocował na haczyku wagi kilogramową paczkę tytoniu.

– Mein Gott! – zawołał nagle. Okrzyk ten istotnie był usprawiedliwiony. Na skutek innych praw ciążenia na Galji, strzałka wagi wskazywała tylko sto trzydzieści trzy gramy.

– Widzi pan – odezwał się z całą powagą kapitan Servadac – miałem słuszność, żądając sprawdzenia!

– Ależ panie gubernatorze…

– Proszę dołożyć do wagi jednego kilograma.

– Ależ na miłość Boską…

– Dalej, dokładaj – poganiał Ben-Zouf.

– Ależ, panie Ben-Zoufie…

I nieszczęśliwy Izaak kręcił się, jak mysz w ukropie! Ba, gdyby posiadał zwykłą wagę z odważnikami, nic podobnego nie mogłoby się przytrafić, jak to już wyjaśniono na innem miejscu.

Starał się jeszcze perswadować, chciał udobruchać kapitana. Ale ten był niewzruszony. Żądał, aby wskazówka stała na kilogramie, gdy za kilogram miał płacić.

Izaak musiał dokładać, nie szczędząc złorzeczeń, którym wtórował śmiech Ben-Zoufa i marynarzy rosyjskich. W rezultacie za kilogram tytoniu musiał dać siedem. To samo było z cukrem i kawą.

– Jeszcze ci źle, skąpcze – naigrawał się Ben-Zouf – może wolisz nam dać darmo?

Odważanie skończyło się wreszcie. Kupiec wydał po siedemdziesiąt kilogramów tytoniu, cukru i kawy, otrzymując za każdy z tych produktów cenę, odpowiadającą wartości dziesięciu kilogramów.

– Wszystko to wina Galji – drażnił skąpca Ben-Zouf – pocóż było zjeżdżać z towarami na Galję?

Kapitan Servadac, który chciał tylko nastraszyć Żyda i ubawić się jego osobą, ustalił teraz istotną zależność pomiędzy ceną i wagą i zapłacił całkowitą należność za siedemdziesiąt kilogramów każdego z nabytych produktów.

Wspaniałomyślny gest kapitana uspokoił lamenty sknery.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top