This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/II/10

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział IX Hector Servadac • Część II. Rozdział X. • written by Juliusz Verne Rozdział XI→
←Rozdział IX Hector Servadac
Część II. Rozdział X.
written by Juliusz Verne
Rozdział XI→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział X,
Jak świętowano na Galji dzień 1-y stycznia i co się zdarzyło pod koniec uroczystości.


Mrozy na Galji stawały się coraz dotkliwsze. Temperatura mierzona termometrem spirytusowym, albowiem rtęciowy odmawiał posłuszeństwa już przy 42 stopniach mrozu, spadła do 53 stopni poniżej zera.

Jednocześnie w zatoce, w której zimowały Hanza i Dobryna, powłoka lodowa wypiętrzała się zwolna pod kilami okrętów, wznosząc je coraz to wyżej. Hanza górowała już na pięćdziesiąt stóp nad poziom morza, jacht zaś, jako lżejszy, uniósł się jeszcze wyżej. Żadna siła ludzka nie byłaby w stanie tej pracy powstrzymać.

Porucznik Prokop, zaniepokojony losami jachtu, kazał zeń uprzątnąć wszystko, co się dało. Pozostał tylko motor, kadłub i maszty. Co jednak będzie, gdy kadłub ten, mogący w pewnych okolicznościach stać się jedynem schroniskiem kolonistów, zostanie strzaskany w czasie odwilży? Co zastąpi Dobrynę, gdy trzeba będzie opuścić Gorący Ląd i przenieść się ponownie na wyspę! Hanza, narażona na te same co i Dobryna niebezpieczeństwa, lecz o wiele mniej od niej wytrzymała, już teraz pochylała się w sposób zatrważający i katastrofa groziła jej każdej chwili. Izaak Hakhabut zaniepokojony swym losem tkwił jednak dzień i noc na straży ładunku.

W tych okolicznościach kapitan Servadac powziął decyzję, której skąpiec musiał się poddać bez szemrania. O ile bowiem jego osoba nie była nikomu do szczęścia potrzebna, o tyle ładunek Hanzy miał dla wszystkich wartość bezcenną. Trzeba go więc było ratować bez zwłoki. Kapitan Servadac starał się najpierw wzbudzić obawę u Hakhabuta. Nie udało mu się to jednak. Izaak nie chciał nawet słyszeć o przeprowadzce.

– Może pan dowolnie rozporządzać swoją osobą – odparł wówczas oficer francuski – ale ładunek statku przeniesiony zostanie do magazynów Gorącego Lądu.

Lamenty skąpca nie wzruszały nikogo i dnia 20-go grudnia przystąpiono do przeprowadzki.

W gruncie rzeczy Hakhabut winien był wdzięczność gubernatorowi, którego zarządzenie broniło jego interesów i zabezpieczało mu mienie.

Marynarze rosyjscy i Hiszpanie pracowali kilka dni bez przerwy. Ciepło ubrani, mogli bezkarnie chodzić po mrozie. Unikali tylko dotykania przedmiotów metalowych, aby nie zostawić na nich naskórka. Cała robota dokonana została szczęśliwie i ładunek Hanzy umieszczono w przestronnych galerjach Groty.

Izaak Hakhabut podążył, rzecz prosta, w ślad za towarami. Przyznać trzeba, że nie narzucał się swoją osobą. Widziano go bardzo rzadko. Sypiał obok swego ładunku, żywił się swemi zapasami. Bardziej niż skromne potrawy przyrządzał sam na maszynce spirytusowej. Galijczycy odwiedzali go tylko w sprawach zakupu i stopniowo cały zapas złota i srebra małej kolonji zdążał do małej szufladki, której kluczyk Hakhabut miał stale przy sobie.

Zbliżał się pierwszy dzień stycznia według kalendarza ziemskiego. Pierwszy stycznia, to znaczy rocznica spotkania kuli ziemskiej z kometą, rocznica kataklizmu, który wyrzucił w przestworza trzydzieści sześć istnień ludzkich. Jak dotąd wszyscy byli zdrowi i cali. Nowe warunki klimatyczne nie zaszkodziły ich zdrowiu. Stały, równomierny spadek temperatury, bez nagłych zmian i skoków nie wywołał nawet kataru. Trudno o bardziej zdrowe warunki klimatyczne od panujących na Galji. Wszystko wskazywało na to, że w razie powrotu komety na Ziemię, Galijczycy wrócą tam w komplecie. Chociaż dzień pierwszy stycznia nie był początkiem roku galijskiego i rozpoczynał jedynie drugą część obrotu wokół słońca, kapitan Servadac postanowił, nie bez słuszności, dzień ten świętować uroczyście.

– Nie należy – mówił do hrabiego i porucznika – odzwyczajać naszych towarzyszów od spraw ziemskich, najprawdopodobniej bowiem jeszcze do nich wrócimy. A gdyby się to nawet nie stało, powinniśmy wszyscy zachować Ziemię we wdzięcznej pamięci. Wszyscy nasi bracia na Ziemi świętować będą dzień Nowego Roku, świętujmyż także! Taka solidarność uczuciowa jest bardzo wskazana. Z rozmaitych punktów Ziemi obserwują napewno Galję, jeśli nie gołem okiem, to w każdym razie przez lunetę. Pewien rodzaj więzów naukowych łączy nas z kulą ziemską, nie przestaliśmy też dotąd należeć do układu słonecznego.

– Zgadzam się z panem, kapitanie – odparł hrabia Timaszew. – Jestem najgłębiej przeświadczony, że liczne obserwatorja zajmują się naszą kometą. Z pewnością lunety z Paryża, Petersburga, Greenwich, Cambridge i Melbourne niejednokrotnie nastawiane są w naszą stronę.

– Musimy być bardzo modni na Ziemi – podjął kapitan – i nie wątpię, że prasa informuje dokładnie o tem, co się z nami dzieje. Pamiętajmy więc o tych, którzy myślą o nas, i świętujemy wraz z nimi dzień Nowego Roku.

– Zgadzam się z panami – wtrącił wówczas porucznik Prokop – że sprawa komety budzi zainteresowanie na Ziemi, ale przypuszczam, że poza stroną naukową i zdawkową ciekawością inne jeszcze motywy grają rolę dominującą. Obserwacje, którym poświęcił się nasz uczony, przeprowadzone były z pewnością i z niemniejszą dokładnością na Ziemi. I tam znane już są elementy Galji. Wiadomo też, gdzie i kiedy nastąpi ponowne zetknięcie z Ziemią. Otóż twierdzę, że najbardziej rozpala umysły owa pewność spotkania. Posunę się nawet jeszcze dalej i powiem, że przedsięwzięto wszelkie środki ostrożności, o ile środki takie istnieją, dla uniknięcia katastrofalnych skutków zderzenia.

Rozumowanie porucznika było najzupełniej logiczne. Przypuszczalnie na Ziemi bardziej obawiano się, niż tęskniono za Galją.

Mimo wszystko postanowiono święcić dzień 1-y stycznia. Nawet Rosjanie przyłączyli się do Francuzów i Hiszpanów, chociaż według ich kalendarza Nowy Rok wypada o kilkanaście dni później.

Nadeszła Gwiazdka. Narodziny Chrystusa obchodzono uroczyście. Jedynie Izaak skrył się dnia tego jeszcze głębiej w swej ponurej jaskini.

W ostatnim tygodniu starego roku zawrzała gorączkowa praca. Ben-Zouf układał program zabawy. Rozrywki na Galji nie mogły być zbyt urozmaicone. Postanowiono, że wielki dzień rozpocznie wspólna uczta, a zakończy spacer po lodzie przy świetle pochodni.

– Obiad musi być smakowity, a spacer wesoły – cieszył się Ben-Zouf. – I czegóż nam trzeba więcej?

Ułożenie menu było trudnością nielada. Stad częste konferencje ordynansa z kucharzem z Dobryny. W rezultacie wypadła wcale szczęśliwa kombinacja kuchni francuskiej z rosyjską.

31-go grudnia wieczorem wszystko było gotowe. Zimne dania, konserwy mięsne, galarety i kompoty, zakupione za drogie pieniądze u Hakhabuta, zdobiły już stoły wielkiej sali. Dania gorące miały być przygotowane następnego dnia rano.

Wieczorem roztrząsano sprawę udziału w zabawie Palmyrin Rosette’a. Wypadało go zaprosić, ale czy przyjmie zaproszenie, było więcej niż wątpliwe.

Z uwagi na niechęć profesora do wszelkich odwiedzin, posłano przez młodego Pablo zaproszenie piśmienne. Lakoniczna odpowiedź brzmiała:

„Dziś mamy 135-ty czerwca, a jutro będzie 1-y lipca na Galji, posługiwać się trzeba kalendarzem galijskim”.

Była to odmowa naukowo uzasadniona, ale w każdym razie odmowa.

1-go stycznia, w godzinę po wschodzie słońca, Francuzi, Hiszpanie, Rosjanie i mała Nina, jako przedstawicielka Włochów, zebrali się przy stole w dużej sali Wielkiej Groty. Ben-Zouf i kucharz Dobryny przeszli samych siebie. Wina były wspaniałe, nie brakowało nawet wódki.

Było, jak to powiedział Ben-Zouf, i smacznie i wesoło.

Głośne okrzyki przy toastach nie oszczędziły nawet uszu zagłębionego w pracy Palmyrin Rosette’a.

Po skończonym obiedzie pozostawały jeszcze trzy godziny dnia. Ubrano się ciepło i wyruszono na spacer, który miał się przeciągnąć do nocy. Straszliwy mróz nie dokuczał nikomu, gdyż zupełna cisza panowała w powietrzu. Na lodzie nałożono łyżwy i wyruszono w świat w pojedynkę lub grupami. Hrabia Timaszew, kapitan Servadac i porucznik Prokop, jak zwykle, trzymali się razem. Hiszpanie z niezwykłą gracją i szybkością mknęli hen, aż po linję horyzontu.

Marynarze z Dobryny, zgodnie ze zwyczajami swego kraju, ustawili się rzędem i ująwszy pod prawe ramiona grubą linę, pędzili długim wężem, jak pociąg na szynach. Pablo i mała Nina, trzymając się za ręce i pokrzykując wesoło, jak ptaki wypuszczone na wolność, to zbliżali się do grupy kapitana, to znów od niej uciekali. Te dwie młode istoty uosabiały całą radość, a może i całą nadzieję kolonji galijskiej.

Nie należy zapominać Ben-Zoufa, który ze szczerym, niefrasobliwym humorem, przenosił się od grupy do grupy. Łyżwiarze posuwali się szybko i wkrótce zniknęli za linją łuku, który znaczył horyzont Gorącego Lądu. Kilkakrotnie zatrzymywano się dla nabrania tchu, ale na chwilę tylko, z obawy przed przeziębieniem. Potem ruszono w dalszą drogę w kierunku Ostoi. Dotarcie do wysepki było niemożliwością, gdyż zapadająca noc kazała myśleć o powrocie. Słońce chyliło się już ku zachodowi, a raczej ku wschodowi, w każdym razie zbliżało się szybko ku linji horyzontu. Na niebie nie było najlżejszego obłoczka, żadnego z tysiąca blasków i cieni towarzyszących na Ziemi zachodowi słońca.

Oko, ślizgając się po zmarzniętej tafli morskiej, nie napotykało nawet ostatniego zielonego promienia, niknącego w głębinie wód. Na Galji nieznane były czarowne efekty zachodu. Tarcza słoneczna, rozszerzona wskutek załamania, miała wyraźnie zarysowane kontury, zanikała nagle, jakgdyby wpadała w głąb tafli lodowej, i momentalnie następowała noc. Przed schyłkiem dnia kapitan Servadac zgromadził całe towarzystwo i rozkazał wszystkim trzymać się razem, aby nie zbłądzić i cało wrócić do domu. Zapanowała głęboka ciemność, gwiazdy migotały sennie i blado.

Drogę pędzącym łyżwiarzom oświetlały jedynie pochodnie. Ich długie, ogniste języki pędziły zygzakiem za uciekającymi, jak rozwinięte na wietrze sztandary.

W godzinę później ukazało się na horyzoncie czarne wybrzeże Gorącego Lądu. Płonące strumienie lawy opadały z hukiem na zamarzniętą taflę wód.

Taki stan rzeczy trwał blisko pół godziny. Zbliżano się szybko do lądu, gdy wtem krzyk jakiś zamącił ciszę nocna.

Krzyk ten wyrwał się z piersi Ben-Zoufa. Wszyscy przyśpieszyli biegu, tnąc lód stalowemi łyżwami. Wówczas przy świetle, bliskich już zagaśnięcia pochodni, dostrzeżono wyciągniętą w stronę lądu rękę Ben-Zoufa.

Powszechny okrzyk zgrozy odpowiedział na głos ordynansa…

Wulkan nagle zgasł. Lawa, ściekająca ze szczytu, przestała płynąć. Zdawało się, że jakiś huragan przeszedł nad kraterem.

Wszyscy zrozumieli, że źródło ognia zamarło. Nie będzie już sposobu zwalczenia okrutnej zimy galijskiej… Czyżby groziła im już śmierć, śmierć lodowa?

– Naprzód! – zawołał silnym głosem kapitan Servadac.

Pochodnie zgasły. Posuwano się naprzód wśród zupełnych ciemności. Ląd był niedaleko… Poomacku wspinano się na zlodowaciałe głazy… pociemku trafiono do galerji i wielkiej wspólnej sali.

Panowały tu głębokie ciemności i zimno dotkliwe. Świetlna zasłona nie zamykała już wielkiego otworu i, wychylając się nazewnątrz, porucznik Prokop dostrzegł, że płynne dotychczas, bo zasilane potokami lawy, jeziorko przymorskie zamarzło całkowicie. W ten sposób zakończył się na Galji tak wesoło rozpoczęty dzień Nowego Roku.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top