This is an archive copy of wikilivres.ca as of 18 February 2017 (from the WikiTeam dump). The original site is closed.

Hector Servadac/II/11

Free texts and images.
Jump to navigation Jump to search

←Rozdział X Hector Servadac • Część II. Rozdział XI. • written by Juliusz Verne Rozdział XII→
←Rozdział X Hector Servadac
Część II. Rozdział XI.
written by Juliusz Verne
Rozdział XII→
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XI,
w którym kapitan Servadac i jego towarzysze tak sobie radzą, jak tego wymagają, okoliczności.


Całą noc aż do białego dnia Galijczycy spędzili w niesłychanem podnieceniu. Palmyrin Rosette, zmarznięty do szpiku kości, zmuszony był opuścić obserwatorjum i szukać schronienia w galerjach Wielkiej Groty. Była to może jedyna okazja zapytania go, czy obstaje przy chęci podróży międzyplanetarnej na swej niezamieszkanej komecie, odpowiedziałby mimo wszystko prawdopodobnie twierdząco. Nikt jednak nie miał ochoty narażać się na wymysły, które towarzyszyłyby bez wątpienia temu dialogowi.

Hector Servadac i jego towarzysze skryli się również w najgłębszych galerjach i pieczarach. W wielkiej, szerokim otworem patrzącej na świat, sali, temperatura była nie do zniesienia. Wilgoć jej ścian zmieniała się już w kryształki i gdyby nawet udało się zatkać olbrzymi otwór, który niegdyś przesłaniały strumienie lawy, mróz byłby nie do wytrzymania.

W samej głębi ciemnej galerji utrzymywała się jeszcze jaka taka ciepłota. Ale niewielka to była pociecha. Czuło się wyraźnie, że ciepło uciekało. Cała góra sprawiała wrażenie człowieka w agonji, któremu najpierw stygną kończyny i tylko serce opiera się najdłużej mroźnemu podmuchowi śmierci.

– A więc – zawołał kapitan Servadac – musimy zamieszkać w samem sercu wulkanu!

Nazajutrz zebrał wszystkich towarzyszów niedoli i przemówił do nich w te słowa:

– Przyjaciele, cóż nam właściwie zagraża? Mróz, ale tylko mróz. Zapasów mamy obfitość, konserw również. Do przetrzymania tych kilku zimowych miesięcy potrzeba nam tylko trochę ciepła, którem doniedawna tak hojnie szafowała natura. Otóż ciepło to istnieje najpewniej we wnętrzu Galji i tam musimy go szukać.

Te pełne ufności słowa dodały otuchy strapionym Galijczykom. Hrabia Timaszew, porucznik Prokop i Ben-Zouf ścisnęli serdecznie dłoń kapitana.

– Malutka Nino – zwrócił się Hector Servadac do dziewczynki – czy nie bałabyś się zejść w głąb wulkanu!

– Nie, kapitanie – odparła rezolutnie dziewczynka – zwłaszcza jeśli Pablo będzie nam towarzyszył…

– Pablo pójdzie z nami! On jest odważny, nie boi się niczego! Prawda, Pablo?

– Pójdę wszędzie za panem, panie gubernatorze – odparł chłopiec.

Należało bezzwłocznie przystąpić do dzieła.

Nie było mowy o posuwaniu się wzdłuż krateru zewnętrznego. Nogi ślizgałyby się po skorupie lodowej, nie znajdując żadnego punktu oparcia. Konieczność nakazywała zejście wdół po stopniach wykutych w skale. Im prędzej tem lepiej, gdyż mróz przenikał do najzaciszniejszych zakątków groty.

Porucznik Prokop zbadał dokładnie rozkład i kierunek wewnętrznych tunelów i wskazał te, które jego zdaniem prowadziły do centrum wulkanu. Wąskie te korytarze istotnie były nieco cieplejsze, zapewne substancja mineralna ich ścian była dobrym przewodnikiem ciepła. Łączyły się one z dawnem łożyskiem, które znów niewątpliwie za punkt wyjścia miały źródło wybuchu lawy, czyli krater centralny.

Z wykonaniem planu nie zwlekano ani chwili. Marynarze rosyjscy, kierowani światłą radą porucznika, wykazywali wiele dobrej woli i zręczności. Oskardy i motyki nie wystarczały do przebicia drogi. Trzeba było stosować miny i rozsadzać skały przy pomocy prochu. Praca postępowała szybko i już po upływie dwóch dni doprowadziła do pomyślnych rezultatów. Cała kolonja tymczasem dygotała z zimna.

– Jeśli się nie dostaniemy do głębin wulkanu, jesteśmy straceni – wypowiedział swe obawy hrabia Timaszew.

– Czyż pan nie ufa Wszechmogącemu? – zagadnął kapitan Servadac.

– Owszem, ale wyroki Jego są niezbadane. I nie nam sądzić Jego zarządzenia. Szczodra wczoraj ręka, zdaje się dziś skąpić swych darów…

– Niezupełnie – odparł kapitan – jest to raczej próba naszej odwagi. Jakiś głos wewnętrzny mówi mi, że całkowite wygaśnięcie wulkanu jest niemożliwe. Ognisko wewnętrzne płonie z pewnością i powstrzymanie potoku lawy jest tylko chwilowe.

Porucznik Prokop poparł wywody kapitana. Prawdopodobnie utworzył się nowy krater i potoki lawy skierowały się w inną stronę, ale nie wygasły.

Palmyrin Rosette nie brał udziału w dyskusjach, ani w pracy. Jak potępieniec wałęsał się z kąta w kąt. Ulokował lunetę w wielkiej sali i chociaż marzł do szpiku kości, coraz wymykał się na obserwacje. Wracał zły, złorzeczący i zapewniał, że Formentera była dużo lepszą siedzibą.

Zbawcze uderzenie kilofa miało miejsce dnia 4-go czerwca. Wielkie kamienie posypały się z hukiem do otwartego komina. Porucznik Prokop zaobserwował, że nie spadały prostopadle i rad był z tej obserwacji. Tunel nie był zbyt stromy, łatwiejsze zatem będzie zejście nadół.

Gdy przebito już dość duży otwór, pierwsi do piekieł zstąpili kapitan z porucznikiem, w towarzystwie niosącego pochodnię Ben-Zoufa. Droga była kręta o łagodnym spadku. Schodziło się wygodnie nie ryzykując całości żeber i nóg. Nadto ściany pełne były wyżłobień, grot, występów skalnych i pod przykrywającym je popiołem wyczuwało się solidne oparcie. Wulkan musiał być niezbyt dawnego pochodzenia i powstał najwidoczniej podczas kataklizmu zderzenia komety z Ziemią. Dlatego ściany komina nie były jeszcze przeżarte przez lawę.

– Wszystko w porządku – cieszył się Ben-Zouf – świetne schody!

W istocie, z trudem posuwano się wdół, albowiem w schodach – posługując się językiem ordynansa – brakowało wielu stopni. Po upływie pół godziny osiągnięto głębokość pięciuset stóp w kierunku południowym. Po drodze napotykano rozmaite głębokie pieczary i groty, ale ani śladu galerji. Ben-Zouf przy pomocy pochodni oświetlał je w mgnieniu oka. Były to głębokie dziury, lecz bez rozgałęzień, które cechowały górne piętro.

Galijczycy nie mieli jednak wyboru. Musieli się chwytać każdej deski ratunku.

Nadzieje kapitana Servadac’a nie były płonne. Im głębiej, tem było cieplej. Nie był to zwykły wzrost temperatury, jaki odczuwany w kopalniach ziemskich. Przyrost ciepła był tu o wiele szybszy i większy. Na dnie niewygasłego, jak to słusznie przypuszczano, wulkanu musiała wrzeć lawa. Rtęciowy termometr obserwowany przez porucznika i barometr w rękach kapitana wskazywały jednocześnie wzrost temperatury i głębokości.

Na głębokości sześciuset stóp termometr wskazywał sześć stopni poniżej zera.

– Sześć stopni to za mało na przeciąg kilku miesięcy – rzekł kapitan Servadac. – Musimy zejść głębiej, zwłaszcza, że wentylacja tu jest jeszcze zupełnie dobra.

Istotnie, przez wielki otwór szczytowy wdzierało się z zewnątrz powietrze, można więc było spokojnie zejść jeszcze dalej.

Posunięto się jeszcze na czterysta stóp w głąb. Była to głębokość dwustu pięćdziesięciu metrów pod poziomem Galijskiego morza. Rtęć w termometrze wzniosła się prawie do zera. Ta temperatura, zważywszy na jej stałość, mogła już być znośna.

– Zostańmy tu – zaproponował Ben-Zouf. – Zmarzluchy mogą pójść głębiej, ale ja już tu czuję się zupełnie dobrze.

Należało jednak zbadać, czy w miejscu tem będzie można się jako tako urządzić.

Hector Servadac i jego towarzysze przysiedli na skale i przy świetle pochodni badali zakątek, w którym się zatrzymali.

Mówiąc prawdę, trudno było o coś mniej wygodnego. Była to duża i głęboka grota, mogąca pomieścić całą kolonję galijska, wyzyskanie jej jednak sprawiało trudność nielada. Ze wszystkich stron rysowały się różne wgłębienia, mogące pomieścić prowjanty, ale o oddzielnych pokojach dla hrabiego i kapitana nie mogło nawet być mowy. Znalazłby się jedynie mały zakątek dla Niny. Trzebaby się więc zgodzić na życie wspólne w całem tego słowa znaczeniu. Duża grota byłaby jednocześnie jadalnią, salonem i sypialnią. Trzebaby się zaszyć pod ziemię jak krety, bez możności przespania zimy, jak one to czynią.

Z oświetleniem poszłoby łatwo, można było użyć lampy i latarki, gdyż oliwy i spirytusu było poddostatkiem.

Kontakt ze światem zewnętrznym niezupełnie zostanie zerwany, gdyż Galijczycy na zmianę będą robili wycieczki do Wielkiej Groty, lub skał przybrzeżnych, chociażby dla przyniesienia lodu, który topniejąc da wodę do mycia i innych potrzeb życiowych.

Po krótkiej naradzie postanowiono się tu przeprowadzić. Będzie się żyło w ciasnej gromadzie, ale w rezultacie nie gorzej, niż żyją mieszkańcy krajów arktycznych. A takich przecież jest wielu.

Wyjaśnił to w kilku słowach porucznik Prokop, obeznany ze zwyczajami okolic podbiegunowych, i towarzysze jego postanowili przezimować w grocie, skoro nie można było inaczej.

Zatem niezwłocznie przystąpiono do przeprowadzki. Nie było chwili do stracenia, gdyż zimno coraz groźniej dawało się we znaki w górnych galerjach i nigdy żadna przeprowadzka nie odbyła się chyba tak prędko. Zabrano tylko rzeczy najpotrzebniejsze, łóżka i zapasy żywności.

Palmyrin Rosette przeniósł się ze wszystkimi, ale nie pozwolił na przeniesienie lunety. Nie była ona coprawda stworzona dla tej ciemnej nory i została na swym trójnogu w wielkiej sali na górze.

Zbyteczne byłoby wspominać o lamentach Izaaka Hakhabuta. Tyradom i żalom nie było końca. Uważał się za najnieszczęśliwszego kupca na świecie. Mimo wszystko jednak pilnował przeprowadzki i nie spuszczał z oka swych towarów. Umieszczono je w oddzielnej wnęce, którą miał zamieszkiwać lichwiarz.

Po upływie kilku dni zainstalowano się zupełnie. Porozmieszczane gdzie niegdzie latarki oświetlały drogę do Wielkiej Groty. Było to bardzo tajemnicze i w bajce z tysiąca i jednej nocy byłoby pełne uroku. Wspólna grota oświetlona była lampami Dobryny.

Dnia 10-go stycznia wszyscy byli już ulokowani i jako tako zabezpieczeni przed temperaturą zewnętrzną, która spadła już do sześćdziesięciu stopni.

– Wszystko w porządku – wołał stale pogodny Ben-Zouf. – Z pierwszego piętra przenieśliśmy się do suteryn, ot i wszystko!

Tymczasem kapitan Servadac, hrabia Timaszew i porucznik, chociaż nie dawali nic poznać po sobie, niepokoili się o przyszłość. Jeśli wulkan wygaśnie a wyliczenia zawiodą i trzeba będzie jeszcze raz zimować na Galji, skąd weźmie się paliwa, którego brakło dotychczas?

– Przyjaciele – rzekł kapitan Servadac – czekajmy cierpliwie. Mamy dużo czasu do namysłu i dysputy! Czemu przypuszczać najgorsze?

– Słusznie – zgodził się hrabia. – Potrzeba jest matką wynalazku, a póki nie przyszła ostatnia chwila, nie myślmy o tem. Ta zima, sądzę, przejdzie spokojnie.

– I ja tak sądzę – rzekł porucznik Prokop. – Wciąż słychać wrzenie lawy, wylew zdaje się być stały i regularny.

– Zgadzam się z tobą, Prokopie, i nie boję się wygaśnięcia wulkanu – odparł hrabia – gnębi mnie inna możliwość.

– Jakaż? – zaciekawił się kapitan Servadac.

– Co będzie, jeśli lawa znienacka potoczy się dawnem korytem? Wówczas jesteśmy zgubieni.

– Na miłość Boską! – zawołał kapitan. – O tem nie myślałem!

– Mamy się na baczności – uspokajał porucznik – i nie damy się zaskoczyć.

W pięć dni później Galja w drodze międzyplanetarnej minęła swe apheljum i znajdowała się wówczas w odległości dwustu dwudziestu miljonów mil od słońca.

Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 71 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top